30.11.2012

Galeria lipieni

Może tak postrzegany świat wędkarstwa, przemówi do wyobraźni autorów i redaktorów galerii zdjęć, wspomnianych i cytowanych w poprzednim wpisie.
W tym miejscu słów aż nadto,  przemówią obrazy ...

Fot. Maciej Sarnik
Lipienie złowione we wrześniu 2010, w rzece płynącej przez tajgę na północy Mongolii


Adam Wojtak, zdjęcia lipieni mongolskich z września 2011r., złowionych przez Tomka
Talarczyka


Fot. Andrzej Olszewski, Roztocze


Lipień-Raba-Gdów-22-czerwca, nadesłane przez Jacka Płacheckiego


Kolega Waldek ( lipień nie mierzony ale na oko miał ok 46-47 cm), San-Zwierzyń-listopad



Serdecznie dziękuję wszystkim Kolegom, za nadesłane zdjęcia




29.11.2012

Nagroda za martwą rybę


Oto mamy organ, raczej oficjalny jak z tytułu wynika:
Wiadomości Wędkarskie
Magazyn wędkarski wydawany przez PZW
Ukazuje się od 1936 roku


Jednak od roku 1936, zaszły spore zmiany, czego Redakcja Wiadomości Wędkarskich oraz Działacze ZG PZW , nie raczyli zauważyć.
Nowoczesne wędkarstwo to Catch and Release, co stanowi raczej  rzekomą misję współczesnych działaczy Związku.
Trudno  oprzeć się wrażeniu, że jest to jedynie rzucony na rybkę slogan, za którym nie idą działania by przesłanie ”złap i wypuść” miało właściwy wydźwięk i należne miejsce w mediach będących udziałem Zarządu Głównego PZW.
Dotyczy to zarówno strony internetowej ZG, stron Zarządów Okręgowych jak i Kół oraz wydawnictwa „Wiadomości Wędkarskie” .
Co gorsze, zgodnie z potrzebą sięgania do nowoczesnych form komunikacji i przekazu jak Facebook, nowoczesność kończy się jedynie na zaistnieniu PZW, na tym portalu społecznościowym.
Kończy, bo trwa tam w najlepsze  propagowanie oraz nagłaśnianie przekazu płynącego z akcji ”Nagroda miesiąca ” oraz ”Rekordy na plan”, czyli okazałych, martwych ryb pozujących do zdjęć wraz ze swoimi łowcami. 
Wystarczy zajrzeć pod dowolny adres w/w mediów, by przekonać się, jaka postawa oraz wizerunek współczesnego wędkarza ( nie mylić z nowoczesnym) dominuje w związkowym przekazie ...  W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę, na komentarze zawarte w treść linku: 
 http://www.ww.media.pl/?page=Structure&id=5&nid=237
Mięsiarstwo w najczystszej postaci, nominowane, propagowane i nagradzane.
Nie tylko od święta, w przypadku pojawienia się wiadomości o rybie rekordowej, ale na co dzień przez rutynową wręcz publikację niezliczonych zdjęć okazów, w scenerii łazienkowo - klozetowej, na stronach ZG PZW, galeria  - Członkowie PZW
Trudno też uznać, jedyny zresztą zwrot w zapisie ”Zasady zgłaszania medalowych ryb”, za szczególnie fortunny:
6.b).Jeżeli wędkarz zdecyduje się na wypuszczenie ryby zaraz po jej złowieniu, konieczne jest fotograficzne udokumentowanie połowu, serią nie budzących wątpliwości zdjęć zrobionych w różnych ujęciach (niezależnie od natychmiastowego poinformowania redakcji).
Zwrot, który w żaden sposób nie przemawia do wyobraźni wędkarzy, bo jest jedynie uregulowaniem warunkowego postępowania,  przy zgłaszaniu rekordu. 
http://www.ww.media.pl/?page=Structure&id=17

Efektem prowadzonej od dziesięcioleci, w prawie niezmienionej postaci, akcji ”Zgłaszanie ryb medalowych”, jest nieprzerwana parada zdjęć wyjątkowo pięknych, lecz nieżywych ryb.
Nie pomylę się chyba podając, że 99% okazów zgłaszanych w tej formie, pozuje do zdjęć w wydaniu nieco zasuszonym.
Niestety dotyczy to również łososiowatych, jak zgłoszenie w formie martwej, w 2010 roku Pstrąga potokowego o wadze 5,34 kg ( przy okazji polecam lekturę komentarzy, poniżej publikacji WW)
Aby nieszczęścia było mało, ów rekord ( i taka forma zgłoszenia) uznany został za rybę roku 2010.
http://www.ww.media.pl/?page=Structure&id=5&nid=203

Dodatkowym zaniedbaniem w regulaminie i zasadach zgłoszania do medali, w kontekście C&R , jest przyjęcie kryterium wagowego, a nie wymiaru ryby.
Po pierwsze, niewielu wędkarzy ma dostęp do wagi na łowisku, co zwykle skutkuje ważeniem dopiero po zakończonym wędkowaniu, czyli ryby martwej.
Szczególnie do wagi precyzyjnej, lub umożliwiającej dokładny pomiar bardzo dużego okazu.
Jak widać w przypadku historii pstrąga opisanej powyżej, decydowały dekagramy o Rekordzie Polski a perspektywa takiego tytułu jest zbyt kusząca, by zdać się na prowizoryczne ważenie żywej ryby.
Po drugie, ważenie jest zabiegiem nieco skomplikowanym, niebezpiecznym dla ryby i przedłużającym znacząco czas jej przebywania poza środowiskiem wodnym. 
Jeśli idea C&R, ma być rzeczywistą i szczerą intencją działaczy, należy przyjąć kryterium długości ryby.
Pomiar dokonywany w sposób szybki oraz nieinwazyjny, łatwy i w miarę bezpieczny, do przeprowadzenia bezpośrednio w łowisku.
Skoro podczas części zawodów wędkarski, również rangi GP, przyjmuje się do punktacji wymiar a nie wagę złowionych ryb i jest to miarodajne, skoro w ten sposób można wyłonić nawet Mistrza Świata,  to również wymiar może być wystarczającym kryterium w klasyfikacji wszystkich ryb zgłaszanych do rekordów oraz medali.

Normy medalowe "WW"

Bardzo cennym głosem,  REKORD... I CO DALEJ?  ... jest wypowiedź Kolegi Artura Gąsiorkiewicza, który na stronie internetowej WW , w części opisującej „Rekordy na plan”, odwołuje się do sumienia i rozsądku wędkarzy oraz  zachęca do uwalniania ryb zgłaszanych.
Głos ten pozostaje jednak tylko apelem, jak widać z niezliczonych wizerunków łowców oraz ich "rybich kotletów", na łamach w/w portali internetowych oraz wydawnictwa  ... 
W tym celu powołano nawet specjalny dział WW, pod tytułem "Pochwal się" i choć apel Redakcji o nadsyłanie zdjęć ryb w naturalnym otoczeniu, odniósł skutek (przynajmniej na etapie publikacji), to żywotność ryb przez to się nie poprawiała, bo wszystkie tam prezentowane, są po prostu martwe.
http://www.ww.media.pl/?page=Structure&id=44 

Z tego przekazu płynie smutny wniosek, że z całej szlachetnej idei ”złap i wypuść”, pozostaje póki co – tylko złap, z dopiskiem ... i przyduś.
Małym pocieszeniem, w znaczeniu liczebności tej grupy, wobec sześciuset tysięcznej społeczności zrzeszonych w PZW, jest postawa wędkarzy muchowych, którzy od dawna jawnie manifestują swoją dezaprobatę do obnoszenia się z martwą rybą łososiowatą.
Wyjątkiem jest tu niestety nadal troć, która bardzo powoli zyskuje zwolenników Catch and Release

Może już czas, by przesłania, apele oraz szczere intencje zamienić na konkretne działania a raczej przeciwdziałania publikacji zdjęć pozbawionych życia ryb .
Postępowanie według zasady Catch and Release, ma odnieść sukces nie tylko edukacyjny, ale wymierny w postaci zachowania w naszych wodach najokazalszych ryb, jaki tych, co do tego miana aspirować będą za lat kilka.
Potrzebne są szybkie zmiany, w postaci przyjmowania zgłoszeń do Tabeli rekordów oraz  ryb medalowych,  wyłącznie  którym, w sposób udokumentowany zwrócono wolność oraz wprowadzenie kryterium długości ryby.

Jeśli natomiast tak radykalna propozycja, przerasta percepcję Działaczy i Redaktorów, może by choć zaniechać publikacji wszelkich zdjęć, wskazujących na konsumpcyjny charakter połowu, lub godzących w poczucie estetyki i dobrego smaku.
Wizerunków zachęcających do traktowania ryb wyłącznie jak mięsa, które w dzisiejszych czasach, nie powinno już być celem naszych wędkarskich wypraw.




28.11.2012

Mucha tygodnia


Spey Style
Haczyk: Partridge CS10/2 rozmiar #1
Nić: Danville Flymaster 6/0
Ogonek: Papuga Ara
Tułów: Dubbing mix, przewinięty Uni - French Oval
Jeżynka: Papuga Ara
Jeżynka tułowia: kura Olive
Skrzydełka: Mallard



27.11.2012

Orvis Battenkill Disc Drag Reel

Kołowrotek ten można określić, tylko jednym słowem – Kultowy
Właściwie można by na tym stwierdzeniu poprzestać, ale w poszukiwaniu sprzętu często zaglądamy do najnowszych katalogów firm, lub z niecierpliwością czekamy zapowiedzi nowinek na nadchodzący rok.
Pomijamy w ten sposób okazje do nabycia sprzętu, choć często używanego, jednak o parametrach, jakości i trwałości, których mogą pozazdrościć bardziej nowoczesne i współczesne produkty.
Jednak są wędziska i kołowrotki muchowe, które mimo że produkowane przed laty, w ramach  starszych technologii, stają się ponadczasowe.
Bez wątpienia jest nim kołowrotek muchowy, Orvis Battenkill Disc.



Miałem wielką ochotę przybliżyć Wam jego pełną historię, jednak tego typu informacje są szczątkowe, niewiele stron hobbystycznych podaje coś więcej, jak również firmowa strona Orvisa.
Zwracałem się kilkakrotnie do producenta o wiedzę dotyczącą historii tego modelu, jednak do dnia dzisiejszego nie doczekałem się odpowiedzi, mam nadzieję, że kiedyś będzie ku temu okazja.
Firmowe stwierdzenie, kapitalny stosunek jakości do ceny, czy 100% gwarancji i satysfakcji, w tym przypadku brzmią banalnie.
To kołowrotek na całe życie, opinia ta króluje wśród miłośników, by nie powiedzieć fanatyków tego modelu na całym świecie.
Gromadzą całe kolekcje, wszystkie warianty produkowane przez lata, jednak za najbardziej ostatecznie ukształtowany model przyjmuje się Orvis Battenkill Disc, który prawdopodobnie został też wyprodukowany w największej liczbie egzemplarzy i funkcjonuje jako powszechny kołowrotek użytkowy.
W 2004 roku produkcja tego modelu została przeniesiona na Daleki Wschód.
Choć trudno stwierdzić jak to odbiło się na jakości, to celem westchnień i poszukiwań są zwykle modele sprzed tego roku, sygnowane napisem Made in England.
Skupiając się na tych modelach, moje poszukiwania wskazują na dwie wersje z modyfikacjami, różniącymi się konstrukcją hamulca lub raczej na dwa kołowrotki o bardzo podobmym wyglądzie..
Pierwszy to Orvis Battenkill BFR ( British Fly Reel ) z systemem click & pawl,  widoczny na zdjęciu ze strony - link powyżej.
Wyróżnia go głośniejsza praca, mały zakres regulacji oporu hamowania, ale jest łatwiejszy w utrzymaniu i konserwacj.
Drugi, to Orvis Battenkill Disc (BFR), z systemem pojedynczej zapadki, widoczny na zdjęciu. 
Z hamulcem typu Drag, z bezpośrednim dociskiem drugiej zębatki przez skokowo regulowane pokrętło hamulca.
Schemat budowy:
http://www.orvis.com/orvis_assets/files/0608_BKDisc.pdf



Modele różnią się napisem na obudowie:
Kołowrotki w drugiej wersji, sygnowane są napisem DISC
Natomiast wersje click & pawl, takiego napisu nie posiadają.
Wersję hamulca można tez łatwo rozpoznać, patrząc na kołowrotek od strony pokrętła hamulca, bo wersji click & pawl wyraźnie widać przez otwory obudowy, podwójny system zapadek,  co zapewne może być istotne, przy przeglądaniu zdjęć kołowrotka na aukcjach internetowych.

Kołowrotek Orvis Battenkill Disc Drag, produkowany jest w trzech wielkościach 3/4, 5/6 i 7/8, ale jego największa wersja nawet wśród zdecydowanych entuzjastów  nie uchodzi za maszynkę do walki z wyjątkowo dużymi okazami łososiowatych.
Traktowany jest jako niebywale solidny i przyjazny model do codziennego użytku w spotkaniach ze standardową wielkościowo rybą, zamieszkującą rzeki całego świata. 
Tradycyjna, wąska szpula wersji 5/6 mieści 75 yds, 68 m podkładu oraz linkę WF 5. 
Na uznanie, jak na tak starą konstrukcję, zasługuje niska waga całego kołowrotka - 120g
Posiada prosty mechanizm wymiany szpuli oraz ustawienia wersji prawo, lub leworęcznej.
Korpus i szpula wykonane są odpornego na korozję stopu aluminium, pokryte emalią, której kolor i faktura podkreśla nieco archaiczną konstrukcję. 
Jednak nie dajcie się zwieść tej surowej powierzchowności, pozostałe mechanizmy to mosiężne tuleje oraz inne elementy ze stali nierdzewnej, stanowiące o jego żywotności i niezawodnej, płynnej pracy w każdych warunkach.
Rozważając zakup nowego, lub kolejnego kołowrotka, może warto mieć na uwadze powiedzonko:
”Więcej chromu, więcej złomu” i rozważyć proozycję Orvis Battenkill Disc. Obecnie jego cena na aukcjach eBay, oscyluje między 100 a 150 dolarów amerykańskich a swoją marką i sławą przebija wiele obecnie produkowanych kołowrotków, w podobnym przedziale cenowym..


26.11.2012

Lisia kita


Sierść lisa, o tym materiale napisano już dużo, szczególne w kontekście much trociowych i łososiowych.
Jego doskonała praca w wodzie oraz możliwość farbowania na wszelkie kolory, od lat znajduje uznanie wśród łowców najokazalszych z łososiowatych.


The Garry Dog V.
Haczyk: AK 481 #2
Nić: Danville Flymaster 6/0
Tułów: UNI Flos Black, przewinęty Uni French Gold
Jeżynka: kogut żółty, perlica
Skrzydełka: underwings czerwona koza, żółty lis

Sierść lisa w naturalnych kolach to nieograniczone pole do tworzenia innych, często własnych wzorów streamerów, much mokrych i nimf.
W lisiej kicie znajdziecie wszelkie odcienie i barwy nawiązujące do naturalnego ubarwienia ryb i owadów, które Wasze muchy będą imitować.
Również włosy o różnej sztywności, aż do podszerstka włącznie, które odpowiednio przygotowane i zmiksowane osobno lub połączone z innym materiałem, doskonale nadają się na dubbingi i budowę tułowi nimf lub mokrych much  
Kolory od typowego rudego, przez wszelkie odcienie brązu i popielatego, aż do czarnego.
Szczególnie cenone są  futra o czarnych  końcówkach włosia a lisa takiego w gwarze łowieckiej zwie się ”Węglarzem”.


Skoro już przy tym jesteśmy, należy podkreślić, że obecnie futro z lisa a szczególnie kita, jest bardzo tanim materiałem, dość łatwym do pozyskania od myśliwych.
W naturze  przez stosowane od lat szczepionki przeciw wściekliźnie, w sposób znaczący zwiększyła się populacja tych drapieżników, choć straciły na popularności jeśli chodzi o ich pozyskanie podczas polowań. 
Przy okazji, dzięki ich dużej liczebności, nierzadko mamy okazję podczas wędkarskich wypraw, trafić na resztki ich uczty w postaci kupki piór,  z czego i my  możemy sobie nieco uszczknąć.

Jak już wspomniałem materiał ten świetnie pracuje w wodzie, jednak należy zwrócić uwagę na etapie wiązania muchy, by stosować go oszczędnie.
Nadmiar materiału to błąd, który często sam popełniam, zapominając, że po namoknięciu robi się ciężki a nasza mucha staje się spora kluchą.
Bywało, że nad wodą musiałem muchy odchudzać, skubać, przycinać, co zwykle nie wpływa dobrze na ich trwałość, pracę a jedynie zmniejsza wagę i objętość.
Skrzydełko z lisa, szczególnie duże, często składające się z kilku warstw o różnych kolorach , jak w przypadku much łososiowych, wymaga podparcia przez underwings, czyli warstwę nieco sztywniejszego materiału jak sierść kozy lub wiewiórki.
W imitacji żabki widocznej poniżej podparciem skrzydła z lisa, jest farbowana na zielono sierść z ogona wiewiórki.
Podobnie jak w pierwszym wzorze łososiowy, gdzie skrzydło z żółtego lisa, podparte jest pasmem włosia kozy barwionej na czerwono.



W konstrukcji streamerów często używamy zonkera, czyli paska skóry mocowanego na całej długości trzonka haczyka z wystająca częścią ogonową. W takich przypadka stosowane są paski futra o bardziej miękkiej sierści, z królika lub  piżmaka.
Widywałem też konstrukcje zonkreów, gdzie pasek mocowany jest wyłącznie przy samej główce, dla poprawienia falowania materiału w wodzie.
Tak tez postępujemy z sierścią lisa, z której skrzydełko wykonane jest z pęczka włosia mocowanego u nasady oczka.
W małych straeamerach, tam gdzie lisiego materiału jest niewiele, nie wymaga to dodatkowego poparcia skrzydła



Również w konstrukcji klasycznych zonkerów, sierść lisa znajduje zastosowanie do wykonania jeżynki, w tym wypadku ułożonej wokół całej główki


Skrzydełka mokrych much, tu granicą jest raczej rozmiar haczyka #12, ponieważ lisia sierść jest dość śliskim materiałem a dociągnięcie jej relatywnie cieńszą nicą wiodącą może być kłopotliwe, jak i uformowanie zgrabnej główki z koniecznością ukrycia w niej resztek materiału, mimo, że przy mniejszych muchach stosujemy go wyjątkowo oszczędnie.


Na koniec muchowa fantazja, kiedyś popełniłem ją z myślą o troci, może o połowach morskich, jednak wody nie widziała.
Cała jej konstrukcja, to w zasadzie dubbing z lisa.

O wielu innych zastosowania lisiej kity nie piszę, odsyłając Was do własnej wyobraźni, imadełka, prób nad wodą oraz poszukiwań wzorów i recept w literaturze.





25.11.2012

Wypada się przedstawić


Przestrzeń wirtualna, zwykle skłania nas do przyjęcia dwóch postaw. Pierwsza to pełna anonimowość, gdzie prawie bezkarnie możemy wygłaszać wszystko i do wszystkich, nie zważając na kulturę i konsekwencje jakie wynikają ze słów i poglądów jakie głosimy. Zwykle w takich sytuacjach przyjmujemy mocarne pseudonimy, tzw. niki, nasze adresy mailowe są ukryte i tylko numer IP świadczy nieco o naszej identyfikacji. Postawa druga, to pełna jawność naszych danych , wizerunku i postaci na tle środowiska, z którym się identyfikujemy. Jesteśmy osobami znanymi, rozpoznawalnymi nie tylko z twarzy i nazwiska, ale też z tego co robimy, jaka jest nasza wiedza faktyczna i dokonania. W takim przypadku zwykle cechuje nas kultura wypowiedzi, jak i rzetelność głoszonych treści opinii oraz poglądów.

Jednak dzisiejsze z Wami spotkanie będzie zupełnie inne. Blog funkcjonuje od miesiąca, w tym czasie doczekał się ok. 10.000 odsłon, zatem wypada się przedstawić, szczególnie, że taka forma wypowiedzi zobowiązuje do pewnego rodzaju szczerości i jawności autora. Zatem … na imię mam Artur, lat 52, urodzony w Gdyni, gdzie spędziłem pierwsze 42 lat życia. Dalszą część życia, aż do dnia dzisiejszego spędziłem w Wejherowie, gdzie sąsiedztwo rzeki Reda, skłoniło mnie do wędkarstwa muchowego, którego jak wynika z wyliczeń, historia ma zaledwie lat dziesięć. Wędkarsko wychowałem się i ukształtowałem nad Sanem w Dynowie i od tamtych czasów, tykała we mnie bomba zegarowa z opóźnionym zapalnikiem pod nawą Rzeka. Z domu rodzinnego mojego ojca, widać było most na Sanie, na który biegłem co rano popatrzeć na stojące pod nim świnki, brzany oraz klenie, bolenie rozganiające stadka uklejek i jelczyków, wokół ostróg mostu. Nad sanem spędziłem najpiękniejsze chwile dzieciństwa i wakacji, zawsze w całości poświęcane na wędkowanie.

Choć byłem dzieckiem, później nastolatkiem w grupie zaprawionych w boju miejscowych wędkarzy stanowiących liczną rodzinę, to zawsze z dumą i wytrwałością starałem dotrzymać im kroku. Wędkowanie w Sanie w tamtych czasach to przesiadywanie nad jego brzegami kilka dni z rzędu w prowizorycznych szałasach, spanie na posłaniu z traw i palenie ogniska drzewem, które rzeka niosła. Łowienie świnek a szczególnie brzan, tak walecznych, którym nie wiele ryb potrafi dorównać. Pisze o talach sześćdziesiątych i początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy San był tętniąca życiem rzeką a ryba stała na rybie. Czekać trzeba było tylko nieco deszczu, by tracona i wyższa woda rozbudzała w rybach amok żerowaniaTamte czasy, tamte ryby, sprzęt i warunki wędkowania zrodziły twardość i odporność na wszelkie niewygody i niedostatki, dając mi dziś możliwość spędzania dni czy tygodni na wodą bez względu na warunki pogody, ekwipunek, czy zasobność portfela.

Jak wielu z Was, przez kolejne lata przeszedłem długą wędkarska drogę, pełną przygód, sukcesów i porażek, na wszelkiego typu łowiska i z udziałem wszelki metod wędkowania, by ostatecznie zatrzymać się ponownie nad brzegami rzeki, tym razem z wędką muchową w dłoni.


Jak widać początki były skromne, również sprzęt i ekwipunek, ale jeszcze dziesięć lat temu rzeka wybaczała wszystko, brak muchowego doświadczenia, niewłaściwie dobrane sznury muchowe, czy pierwsze muchy własnoręcznie wiązane. Rzeka była dzika, odludna, piękna i obdarzała rybami nawet muchowych nowicjuszy. W tamtych czasach moim nieodłączny towarzyszem wędkarskich wypraw, był wyżeł „Kajetan”, dla mnie po prostu Kajtek, który zwykle cierpliwie czekał na brzegu rzeki, choć bywało, że osobiście sprawdzał, co tam u mnie słychać. W jego towarzystwie, bezpiecznie zapuszczałem się w rozległe trzcinowiska, nabijałem kilometry brzegami mniej znanych i rozpoznanych rzek czy jezior. Spokojnie zasypiałem przy ognisku, nie martwiąc się o siebie, sprzęt, czy zapasy.



W moim przypadku wybór sprzętu wędkarskiego nie jest dyktowany modą czy pogonią za nowinkami, ale wyznawaniem zasady ” Jeśli jesteś biedny , kupuj rzeczy drogie”, choć bardziej tą zasadę odniosłem do pozostałego wyposażenia niż do wyboru wędziska i a tym bardziej kołowrotka. Poszukiwania sprzętowe zakończyłem na  relatywnie starym modelu Sage XP oraz kołowrotku Orvis, uznając, że do końca życia spełnią moje oczekiwania. W obu przypadkach nie jest to wybór przypadkowy, poprzedzony licznymi próbami innego sprzętu, choć nie z najwyższej półki. Wędzisko w klasie AFTM 5 długości 9' i dobrany do niego kołowrotek, dają mi komfort połowu nimfą, mokrą czy też suchą muchą. Małe streamery też pracują na tym zestawie właściwie, choć rzadko na nie łowie, uznając streamera za komplikowanie sobie życia wobec możliwości sięgnięcia po spinning. Zdecydowanie większą uwagę przykładam do kolekcji linek muchowych, od pływających, przez intermediate , do tonących w różnych klasach, preferując przy tym firmę Cortland. Jednak za rzecz najcenniejszą uznaję własnoręcznie wiązane muchy, jako klucz do sukcesu i wędkarskiego spełnienia.



Rodzina ciągnie mnie za uszy, by wrócić do Gdyni a ja, jak Koziołek Matołek zapieram się całym swoim jestestwem, by tego nie robić. Piękne miasto, w którym spędziłem wiele lat życia, pewnie ciekawsze od wielu innych naszych miast, ale nie ma tam rzeki. Ciągle czuje jej niedosyt i raczej gotów jestem przesunąć swoje obecne domostwo o kolejne pięćset metrów w jej kierunku, niż ruszyć się gdziekolwiek indziej. Wtedy pierwsze odprowadzenie linki muchowej do tyłu, mógłbym już wykonać w kapciach i pidżamie, trzymając w drugiej ręce kubek gorącej, porannej kawy. Muchówkę zabierałem do pracy, by pod nieobecność szefa wykonać choć kilka rzutów na trawniku przed firmą. Moja jaskinia, zawalona jest wszelkiej maści sprzętem wędkarskim, który od lat obrasta kurzem, bo nie jest muchowy. Opuszczam rzekę, staje w drzwiach domu i zastanawiam się o co to zrobiłem, przecież dzień jeszcze długi. Może jakaś grupa wsparcia, terapia 12 kroków, o ile krok pierwszy będzie w kierunku rzeki.
Dzień bez imadełka?
 - Kochanie kolacja na stole ...
 - Za chwile, dokończę jeszcze muszkę i co … jem zimną jajecznicę, choć i tak lepsza niż zimny bigos.
  - Kochanie film się zaczyna ...
 - Za chwilę, nie mogę teraz puścić skrzydełka i co … jak się skończył, zabili go czy uciekł ?. Zaczynam odnosić wrażenie, że moja lewa ręka przekształca się w kołowrotek, prawa rośnie, chudnie i przybiera kształt muchowego wędziska. Zamiast włosów rosną mi pióra a ciało pokrywa się rybią łuską. Czekam jeszcze chyba tylko chwili, aż wyrosną mi skrzela i zanurzę się w rzece by łowić sam siebie. To jakiś obłęd, jak to przerwać ... ???. To proste, jutro idę na ryby





24.11.2012

Obserwowanie rzecznego środowiska, to pouczająca lekcja



Obserwowanie rzecznego środowiska, to pouczająca lekcja, tym bardziej gdy potrafimy rozpoznać jego mieszkańców.
Emocje jakie towarzyszą nam, gdy stajemy nad brzegiem rzeki, pobudzają naszą wyobraźnię do tego stopnia, że myślimy wyłącznie o końcowym rezultacie naszej nad wodą obecności, czyli o rybach.
W takich chwilach ślepa wiara w uniwersalność naszych nimf, prowadzi często do porażki, szczególnie na wodach, których nie znamy.
Dla wielu doświadczonych muszkarzy, spoglądanie pod nadbrzeżne kamienie jest sprawą oczywistą, jak również umiejętność rozpoznania rodzaju a często gatunku znajdujących się tam bezkręgowców.
Ta elementarna wiedza, pozwala na właściwy wybór nimfy, możliwie wiernie naśladującej to co w danej wodzie i w danej chwili „piszczy”, czyli jest podstawą diety miejscowych ryb.

Ryby są tylko częścią wodnego środowiska i choć zwykle stoją wysoko na szczeblach drabiny pokarmowej, jednak by móc się tam znaleźć, rzeka musi stanowić zdrowy ekosystem, z nieprzerwanym łańcuchem pokarmowym.
Może zatem warto zanim zapuścimy nasza muchę w wodnej toni, rozejrzeć się wokół nas i przekonać się w jakiej kondycji jest rzeka i co potencjalnie w związku z tym może nam zaoferować.
Wielu jej mieszkańców, choć nie stanowi to bezpośredniego przełożenia na konstrukcję naszych much, jest ważnym wskaźnikiem czystości i kondycji rzeki.
Takimi są z pewnością mięczaki, które w składzie pokarmowym lipienia, są znikomą częścią, jednak stanowią istotne ogniwo rzecznego ekosytemu.
Ich obecność jest także pozytywnym sygnałem informującym nas, że rzeka ma się dobrze w znaczeniu czystości wody oraz wszelkie procesy biologiczne przebiegają właściwie, czego wynikiem jest sprzyjające środowisko do życia ryb.
Obecnie prowadzone są dalsze badania oraz już praktyczne testy ujęć wody pitnej w warunkach laboratoryjnych, na zasadzie biomonitoringu z użyciem małża z gatunku Skójka zaostrzona, z wykorzystaniem natychmiastowej reakcji mięczaka, na nagłą zmianę jakości wody.



Skójka zaostrzona (Unio tumidus), Linnaeus, 1758

Mięczaki, szczególnie małże osiągają dość znaczne rozmiary i odszukanie ich nie stanowi większego problemu, o ile rzecz jasna występują w rzece z powodów wyżej opisanych, lub strefa geograficzna jest ich naturalnym obszarem występowania.
Charakterystycznym gatunkiem słodkowodnego ślimaka o znacznych rozmiarach - ok. 50 mm, zasiedlającego rzeki Polski jest Żyworodka rzeczna. 
Zamieszkuje większe rzeki wraz z ich starorzeczami, głównie w Polsce północno – środkowej.
Z moich obserwacji, występuje obecnie, dość licznie w rzece - Wda.


Żyworodka rzeczna (Viviparus viviparus) Linnaeus, 1758


Wda, odcinek powyżej Hodowli pstrąga w Wojtalu, typowa kraina występowania Żyworodki rzecznej.
Rzeka zdecydowanie zwalnia bieg, tworząc dość rozległe rozlewiska i kanały, nabierając charakteru rzeki nizinnej.


To już pstrągowo – lipieniowa Wda, odcinek Zimne Zdroje.


Jednak jednym z najbardziej tajemniczych przedstawicieli ślimaków wodnych jest Rozdepka rzeczna, choćby ze względu na swoja wielkość i ubarwienie, zwykle muszle tych mięczaków nie przekraczają 15 mm.
To jedyny przedstawiciel słodkowodny rodziny Neritidae, występujący w naszych wodach.
Jej słonowodni bracia, osiągają nieco większe rozmiary, zwykle ok 30- 40 mm i reprezentowani są w liczbie kilkudziesięciu gatunków, zazwyczaj pięknie ubarwionych, szczególnie z mórz tropikalnych.



Rozdepka rzeczna, (Theodoxus fluviatilis), Linnaeus, 1758

Wracając do naszego podwórka, Rozdepka rzeczna jest gatunkiem rzadkim i prawnie chronionym jak i wszystkie ślimaki i małże w Polsce.
Jej głównym obszarem występowania jest Polska północna i nie zasiedla też wszystkich rzek jak i jezior, w związku z tym nie jest uniwersalnym papierkiem lakmusowym.
Jednak gdy spotkamy ją podczas naszych wędrówek nad wodami, możemy być pewni dobrej kondycji rzeki.
Pozostaje nam w takiej chwili zajrzeć pod kolejny kamień i przekonać się co jeszcze wodna toń kryje i co jest specjalnością wędkarskiej kuchni w rzecznej karcie dań.

Nie o góry się człowiek potyka a o kamienie, to stare chińskie przysłowie, chyba jest tu na miejscu.


23.11.2012

Nie potrafię łowić kleni


Radunia, jedna z najpiękniejszych rzek Pojezierza Kaszubskiego.
Rzeka o bardzo zmiennym charakterze, miejscami przypomina wody nizinne o leniwym nurcie, by za chwilę nabrać cech wody górskiej, gdzie nurt zdecydowanie przyspiesza. stając się typową krainą pstrąga.
Wiele ciekawych opisów turystycznych znajdziecie w internecie, jednak dla nas najważniejsze są jej walory wędkarskie.




Mój przyjaciel, z którym łączyło mnie przed laty, wielkie zamiłowanie do spinningu a obecnie stawiający pierwsze kroki w muchowaniu, obrał sobie tą rzekę za cel wędkarskich wypraw.
Z wielką determinacją i wędkarską pasją rozpoznaje bojem Radunię, odwiedzając jej wszystkie odcinki.
Jego meldunki z własnych obserwacji, pierwsze lipieniowe sukcesy, jak i te płynące z opowieści miejscowych wędkarzy, wskazują Radunię jako bardzo atrakcyjne miejsce wędkarskich wypraw, szczególnie wobec możliwości spotkania ogromnego klenia. 
Rzadko mu towarzyszę, ale myślę że tym sposobem popełniam spory błąd taktyczny, bo obecność mojej rzeki za domem, powoduje ogólną niechęć do odwiedzania innych rzek i zbyt szybkie zniechęcenie łowieniem na obcej wodzie.
Radunię odwiedziłem zaledwie kilka razy, wracając o kiju, nie licząc kilku niewielkich pstrągów i lipieni.
Jednak wiem, że to rybna woda, która potokowym kabanem i ogromnym kleniem stoi.
Radunia nie jest wodą łatwą, bo odcinek pstrągowy to zarośnięta po brzegach, bystra woda, pełna dołów i zawad, wlewów, bystrzyn, czyli to co tygrysy lubią najbardziej.
Natomiast odcinki kleniowe to zwykle odsłonięte brzegi, woda o leniwym nurcie a mój kontakt z tą rybą ogranicza się jedynie do obserwacji stojących jak kłody kleni.


Przynajmniej w moim wydaniu, wszelkie próby skuszenia ich muchą, kończą się totalnym ignorowaniem, lub szybkim znikaniem ryb z pola widzenia.
Nie potrafię łowić kleni, przynajmniej w warunkach jakie ta rzeka oferuje, ale tym bardziej drażni to moją ambicję i motywuje do powrotu nad jej wody w przyszłym sezonie.
Klenie pamiętam jedynie z mojego dzieciństwa, gdy łowiłem je na Sanie w w Dynowie, na wiśnię lub dziką czereśnię zbierane do metalowych kanek z dzikich drzew rosnących przy drogach prowadzących do okolicznych pół.
Były to jednak inne czasy, inne wiśnie, inne klenie, które były ogromne, bo ja byłem mały.
Dziś są przedmiotem moich westchnień i poszukiwań drogi  skutecznego ich łowienia  na muchę, w warunkach wód północy.
Pierwsze próby poprzedziłem wykonaniem kilku much, zgodnie z podpowiedziami Kolegów i zaleceniami płynącymi ze stron internetowych.
Preferowany kolor czarny, lub klasyczne wzory jak Red Tag Wet, co niniejszym uczyniłem, nie zaznając jednak kontaktu z kleniem.


Takie jest moje wyobrażenie mokrej, kleniowej i jeśli popełniam błąd w doborze i sposobie wiązania muchy, to tu należy upatrywać niepowodzenia.
Jednak mając na uwadze to drugie, większość tych much, była chętnie gryziona przez pstrągi na Redzie więc z czymś  tam się rybom kojarzą, ale widać kleniom nie.
Jednak bardziej przyczyny porażki  upatruję w sposobie prezentacji lub zbyt małej ilości prób, w bardzo niekorzystnych warunkach, jak na tak ostrożną rybę jak kleń.
Zatem długa jeszcze droga przede mną, godziny przy imadełku oraz nad brzegami Raduni.

Dodatkowym, niemałym kłopotem jest możliwość odwiedzania tej rzeki jedynie w weekendy i to raczej letnią porą, gdy nieprzerwane spływy kajakowe nawiedzają Radunię.
Wczesne, poranne godziny, lub zapadający wieczór niestety nie wiele zmieniają, bo świt zaczyna się od pozdrowień hardcorowych amatorów wioseł a wieczór tych bez kondycji, co to ledwie ciągną do bazy.
Łatwiej odnaleźć wyczerpujący opis rzeki serwowany przez kajakarzy, niż wędkarską podpowiedź jak tą rzekę ugryźć.

Kleń jaki jest, każdy widzi … i tyle mi pozostało z tegorocznego sezonu na Raduni.


Temu co skutecznie klenie na muchę łowi w wodach północy,
kapelusza chylę i o naukę proszę ...




22.11.2012

Catch and Release z własną muchą



Myślę, że łatwiej zrozumieć przesłanie Catch and Release - złap i wypuść, w przypadku samodzielnego wiązania much.
Czasem dość trudno przekonać się do wypuszczania i ponownego łowienia tych samych ryb, gdy Twoje pudełka wypełniają zakupione muchy.
Muchy ze sklepu, to tylko automatyczny dodatek do ”wędkarza muchowego”, kupujemy wędkę, kołowrotek, wodery, siatkę na ryby oraz muchy, idziemy nad rzekę łowić … w tym momencie zabranie ryb z łowiska, jest zwykle oczywistym dopełnieniem komercyjnego gotowca.
Muchową wędką operujemy lepiej lub gorzej, mamy drogi lub tańszy sprzęt, jednak nie to stanowi o naszym sukcesie, bo na końcu każdego zestawu jest mucha.
Jeśli rybę potraktujemy wyłącznie jako przeciwnika, który ma zweryfikować nasze umiejętności czytania wody, wykonania i doboru odpowiedniej muchy oraz sposobu jej prezentacji, to inaczej rybę postrzegamy i nabieramy do niej szacunku.
W takiej chwili szczególnie doceniamy rybne łowisko, pełne dorodnych, cwanych ryb, które nie jedno już widziały i smakowały.

Ich instynkt oraz nabywana z wiekiem ostrożność, stawiają nam tym wyższą poprzeczkę, im starszą i większą rybę zamierzamy skusić naszą muchą.
Rzeczna toń, zwykle o kryształowo - czystej wodzie, to doskonałe środowisko do obserwowania jej mieszkańców.
Choć często decydujemy się na podanie muchy w miejsce oznak powierzchniowego żerowania, to czasem zdarza się łowić ”na upatrzonego”,
Jest nim okazały potokowiec nieopatrznie ustawiony poza swoją kryjówką, którego zaskoczyliśmy cicho stąpając w kierunku brzegu, lub kleń jak kłoda zawieszony w spowolnionym nurcie rzeki.
To są wyzwania dla naszej wyobraźni, pomysłowości oraz muchowego warsztatu.
Takie ryby wymagają niekiedy, wielokrotnego powrotu nad rzekę, szukania pory ich aktywności, ale przede wszystkim sprostania ich kaprysom i rybiemu sprytowi.
To dla nich spędzimy długie wieczory przy imadełku, przerzucimy tomy literatury i wysłuchamy opowieści z rodzaju - Dziadek przy kominku ...
Przychodzi kiedyś dzień triumfu, nasza sucha mucha zastanie wessana przez wieki pysk, poczujemy silne targnięcie sznura na końcu którego, mokra mucha pląsała w w wodnej toni, nasz zestaw wytrzyma w walce z wielką rybą.
Będziemy spełnieni i pozwólmy by tego spełnienia doświadczył Kolega, który podążać będzie tą samą drogą, na szlaku której jest imadełko do wiązania much a na jej końcu ryba, której kiedyś zwróciliśmy wolność.

Nie ma nic bardziej radosnego w życiu wędkarza muchowego, niż złowienie ryby na własnoręcznie wykonaną muchę.
Wiązanie much nie jest trudne a proste wzory powstaną z Twoim udziałem, za naprawdę niewielkie pieniądze.
Potrzebne imadełko, nawijarka do nici, szczypce do jeżynek, szpulka nici wiodącej i na początek paczka haczyków muchowych w rozmiarze 8.
Małe nożyczki znajdziesz w domu, jak i nieco wełny ze starego swetra na dubbing, przewijkę z miedzianego drucika, ze nieczynnego urządzenia elektrycznego i już możesz zaczynać.
Przy użyciu tych podstawowych narzędzi naprawdę można ukręci skuteczne, na początek ... mokre muchy.
Jak widać na zdjęciu, do dziś używam najtańszych narzędzi, imadła Royal za 69 zł i nawijarki za 4,99 zł.
Nie używam też wiązadełka, wykonując wszelkie węzły w rękach, również te końcowe po formowaniu główki oraz przyrządu do dubbingu, skręcając go w palcach na pojedynczej nici wiodącej.
More muchy, to ogromne pole możliwości wykorzystania wszelkich napotkanych materiałów, w domu, na spacerze, w lesie, na wsi, nad wodą
Większość sierści oraz promieni wszelkich piór, nadaje się na skrzydełka układane w pęczek.
Co bardziej wybrane, na jeżynki i ogonki a wszelkie wełny po zmiksowaniu w starym  młynku do kawy, na dubbingi tułowia
Nie potrzebujesz też wymyślnego stanowiska krętacza, wystarczy twoje biurko z lampką i stare pudło po narzędziach, gdzie po zakończonej pracy chowasz swoje skarby.
Nie kupuj, na to przyjdzie czas, znajdź stary kołnierz z lisa po cioci Kloci, szalik z dna szafy, sylwestrowe boa siostry lub stroik z piór.
Recz jasna, w miarę możliwości finansowych można od razu lub z czasem kupić wszystkie wymienione, jak i niewymienione narzędzia i materiały, które ułatwią naukę i następnie prawidłowe wiązanie much.
Jednak nie jest to warunek konieczny, na etapie Twoich pierwszych prób
Na początek szukaj naturalnych materiałów, są przewidywalne podczas pracy w wodzie w przeciwieństwie do syntetyków.




Nie jest to arcydzieło sztuki wiązania, ale ma być ilustracją, jak z prostych materiałów można wykonać muchę.
Na ten czas zapomniałem o suto wypełnionych pudłach z materiałami, gromadzonymi cierpliwie przez lata i rozejrzałem się po domu.
Tułów, to pasemko wełny z szalika, ogonek i skrzydełko to wyskubana sierści lisa, ze starej czapki.
Jednak jestem przekonany, że na tak prostą muszkę można skusić pstrąga, czego i Tobie życzę.
Śmiało, zacznij od takiej muszki, z czasem dołożysz jeżynkę, tułów wykonasz z rasowego dubbingu a lista na skrzydełkach zastąpisz, początkowo pęczkiem promieni a po czasie, pięknie masowanymi piórami z lotki kaczki.

Nie wiesz jak to wszystko sklecić do kupy ... masz internet
Przykłady wiązania much, w postaci filmów i ilustracji step by step, wypełniają strony Youtube oraz większości portali o tematyce muchowej.

Bywa też, używając slangu spinningowego – woda jest przebłyszczona.
Wszelkie standardowe, kupione muchy zawiodą, jak i te otrzymane  z pudełek napotkanych wędkarzy, co wtedy …?
Wiążesz swoją muchę, Twojego killera, Twoją małą tajemnicę, która rodzi się przy imadełku i podczas ponownego spotkania z rybą, której kiedyś zwróciłeś wolność … bo ona tam czeka i zawsze udzieli ci odpowiedzi.
Jeśli natomiast wszelkie Twoje próby zawiodą i wracasz o kiju, należy sobie powtórzyć słowa Kuby Chruszczewskiego, lub jego kolegi, które Kuba cytował (przepraszam za niedokładność źródła)

”Jak się lipieniowi moja mucha nie podoba, to niech sobie zrobi lepszą”