29.01.2013

Dziś łowiłem nie tylko wędką



Dziś łowiłem nie tylko wędką, ale też aparatem fotograficznym. Ten drugi sposób okazał się bardziej skuteczny, by zaprezentować Wam kolejną rybę z Redy. Na sąsiednim stanowisku, skądinąd bardzo sympatyczny Kolega, posadził na kiju okazałego pstrąga tęczowego. Ryba uderzyła w wobler prawie pod nogami łowiącego, po czym zakotłowała się w płytkiej wodzie. Wędkarz nieco uspokoił jej harce, czekając na dogodny moment lądowania, po czy wprawnym ruchem podebrał pstrąga i wyniósł na brzeg. Pomiar wykazał 64 cm, choć z racji grubości, masy i krępej budowy, to naprawdę okazała zdobycz. Uścisk ręki, gratulacje i pamiątkowa fotka, dla Was oraz dla szczęśliwego łowcy, wysłana mailem. Dla mnie dzień bez sukcesów, nie licząc małego pstrąga potokowego, którego wizerunku nawet nie śmiem zamieścić obok tej pięknej ryby.
Bez sukcesów, nie znaczy bez emocji, gdyż możliwość obserwowania i kibicowania zmaganiom Kolegi, wystarczająco nagrodziły dzisiejszy wypad nad brzegi Redy. Rzeka nadal w swoim dotychczasowym nurcie, w niezamienionym poziomie i klarowności wody. Pośniegowa woda jeszcze nie ruszyła, mimo dziennej odwilży nocą jest mróz a solidnie zmrożony do tej pory śnieg powoli oddaje wodę do rzeki. Nieco pada deszcz i pewnie można się spodziewać łącznie z odwilżą zmiany stanu rzeki w najbliższych dniach, jednak póki nie ruszą wody dorzecza, warunki będą dobre do wędkowania. Jest ciekawie, chmury zaciemniają wodę i jeden z najbliższych dni zapewne będzie czasem powrotu nad brzegi Redy. Każdy wypad nad jej wody to potencjalna okazja spotkana dorodnej łososiowatej, każde podanie przynęty może przynieść zaskakujące wydarzenia, w rzece która niejednego potrafi zadziwić i zaskoczyć.



27.01.2013

Wiedziałem, wiedziałem, że nie wytrzymam w domu



Wiedziałem, wiedziałem, że nie wytrzymam w domu,
Jakoś tak koło południa zrobiło się nieco cieplej a chmury przycisnęły powietrze do ziemi, zwiastując niż.
W takiej chwili zapala się lampka w głowie i pora wyskoczyć, choćby na godzinkę nad wodę.
Trotka 49 cm, niedługo kazała czekać, bo już w nastym rzucie skusiła się na woblera Kenart Winner - 6cm T
Hol bez emocji, ale choć satysfakcja w wyboru chwili dnia oraz woblera z grupy, której w tym sezonie zawierzyłem.


Tęczakowe smaki



Haczyk Partridge YL2A#8
Nić Uni 8 Black
Tułów i ogonek Marabou
Główka czarny dubbing
Mylar Tinsel #14

Nadchodzące, niż baryczny i odwilż, nie dają mi spokoju w poszukiwaniach ciekawego wzoru muchy na pstrągi tęczowe.
W tym sezonie pokazała się ich spora ilość a zapowiadana pogoda oraz ”przebłyszczone” woblerami łowisko, co raz śmielej skłaniają do sięgnięcia po muchówkę.
Jak dotąd nie miałem odwagi wleźć do rzeki, ale przykład muchowego desperata podziałał na wyobraźnię.
Zwłaszcza, że łowiąc pośród zwolenników spinningu, jako jedyny miał udane lądowanie sporego tęczaka.
Chyba pójdę za jego przykładem, przeproszę się z neoprenami i pośród pomstujących spinningowych trociarzy, zapuszczę swoje muchowe wynalazki w wody rzeki.




26.01.2013

Woblery Kenart ... słów kilka.



Dwa najbliższe dni, to przerwa w połowach. Jest paskudny wyż, woda bardzo niskiego stanu, prześwietlona słońcem. Mróz choć w okolicach minus 10 stopnic C, nie jest wprawdzie jeszcze dokuczliwy, szczególnie wobec braku wiatru. Jednak wszelkie okoliczności pogodowe, łącznie z okupacją brzegów rzeki przez dziesiątki wędkarzy, skłoniły mnie do pozostania w domu. Rzeka przy obecnej presji jest już deczko zmaltretowana a sylwetki wędkarzy doskonale widoczne dla ryb w płytkiej i klarownej wodzie, potęgują ich ostrożność,  nie rokując spotkania z trocią, ani nawet tęczakiem. Najbliższy wypad nad rzekę to pewnie początek tygodnia, gdy nastąpić ma lekka odwilż, mam nadzieję powiązana z niżem barycznym i zachmurzeniem. Takie są plany, ale czy usiedzę w domu?

Mam zatem czas na kręcenie much, nadrobienie zaległości w uzupełnianiu muchowych pudełek oraz na pisanie tych kilku słów, tym razem o woblerach – Kenart. Dla mnie są pewnego rodzaju odkryciem sezonu, bo w poprzednich pozostając wiernym słynnym ”Góralom”, jakoś nie przyszła mi ochota ani pomysł sięgnięcia po woblery innych producentów. Kenarty w tym sezonie w arsenale trociowych przynęt, to raczej przypadek a po części względy ekonomiczne, bo woblery tej firmy można jeszcze gdzieniegdzie, wydłubać za cenę 9 złotych polskich. Nie ukrywam też, że wybór jest konsekwencją obserwacji nad rzeką, tego co z początkiem sezonu proponowali rybom inni wędkarze a co w przypadku Kenartów, okazało się wyborem słusznym. Jednym słowem woblery łowne i skuteczne, choć niepozbawione wad. Skupimy się na dwóch modelach trociowych ”KENART DYNAMIC” oraz ” KENART FOX”, pomijając model ”SNECK”, którego nie preferuję z racji inaczej osadzonego steru, powodującego głębokie schodzenie.



Teraz po kolei ...
Zalety:
  1. Cena, wspomniana wyżej, choć po wyczerpaniu zapasów, przestanie być atrakcyjną, ponieważ już obecnie w ramach tegorocznych dostaw, w detalu oscyluje w granicach 12 – 15 zł.
  2. Kolorystyka, zaleta bez wątpliwa, ponieważ oba wymienione wzory oferowane są , czyli Model ”Fox”, oraz Model ”Dynamic” w 9 ubarwieniach, rozmiar, odpowiednio: ”Fox” - 6 i 8 cm oraz ”Dynamic” 5, 6 i 7 cm.
  3. Taka rozmiarówka, pozwala na swobodny dobór wielkości do łowiska i pory roku, szczególnie przy uwzględnieniu oferowanej kolorystyki, opisanej symbolami producenta a więc łatwej do wskazywania, polecania i we wszelkiej wymianie poglądów, na temat własnych doświadczeń.
  4. Praca w wodzie, dynamiczna, choć nie taka jak ”Górali”, czy ”Patyczaków”
  5. Z kilku zaczytanych opiniach spotkałem się z określeniem pracy ”Kenartów”, że są agresywnie i czuje się je na przysłowiowym ”Łokciu”, jednak jestem daleki od takiej opinii na podstawie własnych doświadczeń.
  6. Skuteczność, to zaleta niekwestionowana, jednak z dwóch opisywanych wskazałbym na model ” Dynamic”
 

  
Wady:
  1. Zbrojenie, szczególnie kotwiczki w modelach ze starszej oferty, beznadziejnej jakości, tępe i bezwarunkowo do wymiany, przed rozpoczęciem wędkowania.
  2. W modelach produkowanych na świeżo, zastąpione już solidnymi kotwiczkami ”HAYABUSHA” i problem został rozwiązany.
  3. Trwałość, to wada największa i grzech producenta, choć wynika to z technologii produkcji ponieważ materiałem na korpusy jest swego rodzaju utwardzana pianka. Zdecydowanie zbyt krucha, powodująca obluzowanie lub często wyłamanie steru oraz ubytki w miejscu jego osadzenia, w przypadku solidniejszego zaczepu.  Stąd zalecenie wielu wędkarzy o dodatkowym wzmocnieniu, podklejeniu steru, przed rozpoczęciem użytkowania.

Podsumowując, woblery mimo wad, godne polecenia, skuteczne i warte miejsca w arsenale trociowych i pstrągowych przynęt, na cały sezon.


25.01.2013

Mucha tygodnia Tęczakowy skórzak



Haczyk TMC 5263 #6
Nic Uni 8 czerwona
Podkład Uni Stretch Orange
Tułów pasek skórki tchórzofretki
Jeżynka kura czarna
Główka 3.3 mm Orange

21.01.2013

Łyżka troci, w beczce dziegciu

Troć … dla jednych temat westchnień i wypraw przez całą Polskę, wędkarskie święto i pora mierzenia się z walecznym drapieżnikiem rzek północy. Tej grupie wędkarzy towarzyszą wielotygodniowe przygotowania, obmyślane strategie i dylemat wyboru rzeki i miejsca połowu. Celem ich wypraw jest złowienie troci i choć zwykle zabierają rybę z łowiska, to stwierdzenie, że jadą pozyskać rybę jest chyba ostatnim, które można im przypisać. W takich okolicznościach kontakt z trocią, udane lądowanie choćby jednej ryby jest ukoronowaniem trudu wyprawy, nie mówiąc już o dublecie, będącym szczytem marzeń. Dla innych, stanowiących część społeczności miejscowych wędkarzy, nie jest istotny połów troci w znaczeniu wyżej opisanym a rutynowe pozyskanie łososiowatych w ilościach maksymalnie możliwych. To spece, doskonale znający łowisko, wszelkie miejscówki i strategie połowu, których celem jest codzienny odłów troci, bez jakikolwiek ograniczeń ilościowych. Ostatnie dni spędziłem nad rzeką mając okazję przyjrzeć się temu procederowi, co gorsza uprawianemu w majestacie prawa i związkowych przepisów.

Złowienie dubletu, nie jest sygnałem do zakończenia wędkowania a wręcz przeciwnie, porą do zwiększenia starań pozyskania kolejnych ryb, bo dwie pierwsze świadczą jedynie o obecności na wybranym odcinku, dużej ich ilości. Zatem ryby lądują w pośpiechu w reklamówkach i plecakach i połów trwa dalej w najlepsze Niektórzy nico się krygują, zanosząc zdobycz do bagażnika samochodu, ale część niekoniecznie jadąc dalej woblerami po rzece na ”żywca”. Co bardziej strachliwi lub przezorni, zanoszą w pośpiechu ryby do domu, by po godzinie zameldować się ponownie nad rzeką, rozpoczynając połów od początku z czystą kartą. I tu pytanie o czystą kartę a dokładniej o rejestr połowu.

"Zgodnie z nowymi wymogami Ustawy "Prawo wodne" oraz Uchwały Krajowego Zjazdu Delegatów PZW. Polski Związek Wędkarski został zobowiązany do prowadzenia racjonalnej gospodarki na wodach oraz składania corocznych sprawozdań zawierających między innymi dane o wędkarskich połowach ryb."

Tyle tytułem wprowadzenia, natomiast już z samej definicji wynika, że ten stale kontrowersyjny wymóg, ma nie tylko na celu sprawozdawczość, ale jak sam siebie określa: "Polski Związek Wędkarski został zobowiązany do prowadzenia racjonalnej gospodarki na wodach ..." Czym zatem jest owa racjonalna gospodarka, jak nie egzekwowaniem limitów dziennych przez system kontroli, ale przede wszystkim przez wykorzystanie istniejącego i kosztownego narzędzia jakim jest rejestr połowu.

Niestety instrukcja wypełniania rejestru połowu, przynajmniej w Okręgu gdańskim, nie nakłada obowiązku natychmiastowego wpisu złowionej ryby łososiowatej a wręcz nakłania do kłusownictwa wędkarskiego, podając:
REJESTR POŁOWU RYB w wodach okręgu gdańskiego PZW
3. Instrukcja Wypełniania Rejestru
a) Rubryki „Data” i „Numer łowiska” wypełniamy przed rozpoczęciem wędkowania.
b) Wszystkie pozostałe dane, wypełniamy po zakończeniu wędkowania.

Nieco odmienne brzmi zapis Okręgu słupskiego:
REJESTR POŁOWÓW WĘDKARSKICH NA WODACH ZO PZW SŁUPSK
INSTRUKCJA DO REJESTRU POŁOWU RYB
1. Rubryki "data" i "numer łowiska" wędkarz ma obowiązek wypełnić przed rozpoczęciem wędkowania. Oznaczenia łowiska podano w odrębnym rozdziale.
2. Po złowieniu i zabraniu ryb w rubryce "gat. ryby" wpisujemy symbol oznaczony liczbami do 27 wg poniższego zestawienia:
Jednak nadal nie oznacza to w obu przypadkach ( w zapisie Okręgu słupskiego mogę się mylić), obowiązku bezwzględnego i natychmiastowego wpisu do rejestru, złowionej ryby łososiowatej:
Gdańsk:
b) Wszystkie pozostałe dane, wypełniamy po zakończeniu wędkowania.
Słupsk:
2. Po złowieniu i zabraniu ryb w rubryce "gat. ryby" wpisujemy symbol oznaczony liczbami


Obowiązek, w znaczeniu natychmiast po zabraniu ryby z łowiska, przed rozpoczęciem dalszego wędkowania, wpisania do rejestru połowu pstrąga, troci i lipienia (wody północy) powinien być bezwzględny i obligatoryjny, jasno sprecyzowany w Instrukcji wypełniania rejestru, ale też winien stanowić ponad – okręgowy zapis w RAPR. W inny przypadku nawet kontrola wędkujących, nie jest w stanie stwierdzić ilości odłowionych w danym dniu ryb łososiowatych, zgodnie z opisanymi wyżej przypadkami. Oczywiście nadal będzie to ”narzędzie: niedoskonałe, jednak może choć w części ostudzi zapędy amatorów trociowych nadkompletów a sam Rejestr zacznie spełniać swoje funkcje i zadania.

Jednym słowem, złowiłeś rybę łososiowatą.
Zabierasz ?
Natychmiast wpisujesz do rejestru … koniec, kropka.

Kontrola:
Po trzydziestu pięciu latach wędkowania doczekałem się wreszcie pierwszej kontroli Społecznej Straży Rybackiej, mającej miejsce w dniu wczorajszym nad brzegami Redy. Ludzie, jak ja się ucieszyłem,  na widok mitycznych i obrosłych w legendę postaci. Oni  na prawdę istnieją, ludzie z krwi i kości.

Członkowie SSR, jak się przedstawili, reprezentowali Koło wędkarskie – Rumia. Pięcioosobowa grupa ”kontrolerów”, przespacerowała się brzegiem rzeki, dając popis ignorancji i braku odpowiedzialności z racji pełnionych przez siebie funkcji.

Przebieg kontroli:
 -  Dzień dobry, Społeczna Straż Rybacka Koło Rumia
 -  Dzień dobry
 -  Czy rejestr połowu wypełniony
 -  Tak, wypełniony
 -  Dziękuję, do widzenia

Równie dobrze mogłem odpowiedzieć, że jestem w ciąży. Żadnego sprawdzenia wpisu w rejestrze, żądania okazania pozwolenia na wędkowanie z aktualnymi opłatami, okazania ryb, przejrzenia plecaka. Czyli związkowa łapa, klapa, buźka, goździk i następny roszę. Jeśli tak maja wyglądać kontrole SSR, to lepiej niech Koledzy podarują sobie swoją społeczną pracę, bo tylko szkodzą PZW i jego rzekomej racjonalnej gospodarce na wodach. Utwierdzają jedynie wędkarskich kłusowników o bezkarności i możliwości odłowu dowolnej ilości łososiowatych, wobec braku skutecznego narzędzia dokumentowania limitu dziennego oraz  nieskutecznej kontroli i  nie egzekwowaniu , jak się okazuje i tak martwego zapisu.

Instrukcja Wypełniania Rejestru
d) Należy pamiętać o wymiarach i okresach ochronnych ryb oraz limitach dobowych - wagowych i ilościowych, ryb zabieranych z łowiska. Ta pokorna prośba, jako jedyny oręż w walce z wędkarskim kłusownictwem, zapewne w przekonaniu działaczy PZW chroni nasze łowiska.





19.01.2013

Troć na początek i koniec dnia


Jak zwykle spóźniony nad wodę z racji domowych obowiązków, stanąłem nad brzegiem ostatni. Była to pora, gdy wszyscy wędkarze obłowili już początek odcinka i popędzili w dół rzeki, zatem ku mojemu zdziwieniu byłem sam. Do dyspozycji miałem atrakcyjny, choć już solidnie poranną porą przeczesany nurt i jakoś bez wiary zapuściłem tam wobler. Zaledwie w trzecim rzucie nastąpiło uderzenie ryby, choć niezbyt solidne, gdyż wobler akurat wpłynął w strefę martwej wody, tworzonej wirem poza ostrym prądem. Zacięcie było zdecydowanie spóźnione a ryba choć posadzona na kiju ruszyła początkowo dwa metry w górę rzeki, nie dając jeszcze wyobrażenia o swojej sile i wielkości. Dopiero nagły zwrot i dynamiczna ucieczka w dół, pozwoliła się przekonać co naprawdę uwiesiło się na końcu zestawu. Srebrniak ogromny, którego nie byłem w stanie zatrzymać.

Żyłka na solidnie dokręconym hamulcu, schodziła w niesamowitym tempie a mimo to ryba nadal parła z nurtem rzeki. Pozostało mi zyskać kila metrów schodzą po oblodzonych skarpach, dając jej jeszcze trochę pola do utraty sił. Brzegi poniżej nie dawał już szans na lądowanie i na nic moje zabiegi a pozostało jedynie dokręcić hamulec i tak ją zatrzymać. W tym momencie troć wykręciła solidnego młynka pod powierzchnią, pokazując swoją wielkość i niczym nie naruszoną siłę i wypięła się z woblera. Była naprawdę wielka, ale i nie chcę spekulować podając szacowany wymiar, po prostu kawał morskiego srebrniaka. Tych co jeszcze spali w okolicznych domach w pobliżu rzeki, z pewnością obudziło moje donośnie, męskie przekleństwo.

Tak zaczął się dzień i może dla innych, spotkanie z taką rybą mogło być zwiastunem następnych emocji, jednak dla mnie oznaczało to koniec wrażeń, bo jakie, inne mogły by je zastąpić. Honor trociarza nakazuje jednak pozostać nad rzeką, bo przecież każdy kolejny rzut może przynieść kontakt z rybą i mimo zawodu i rozczarowania i ja nad rzeką pozostałem. Dzień przebiegał monotonnie, by nie powiedzieć nudnie. Wokół co jakiś czas padały ryby, małe srebrniaczki i tęczaki a ja wypuszczałem woblery stale wracając myślami do porannych wydarzeń. Szukałem powodów przegranej a to mało zdecydowanego zacięcia a to tępych kotwiczek a to znów błędów w holowaniu i ostatecznie przyszło mi uznać, że nie zawsze wygrywa się z rybą.

Tak dobrnąłem do godzin przedwieczornych, gdy większość opuszczała o kiju rzekę i właściwie w geście desperacji zszedłem ze stromej skarpy na miejscówkę, którą już kilka razy w ciągu dnia obłowiłem. Stojąc tam powtarzałem sobie:
 -  to już ostatni rzut i kończę
 -  dobra, to już naprawdę ostatni
Tak za może piątym przyrzeczeniem, targnęło wędziskiem a pod krzakami gdzie zniosło wobler, zakotłowała się zacięta ryba Tym razem bez niespodzianek, choć jakie mogły by być po lekcji z poranka. Nieco więcej zdecydowania i srebrniak 56 cm wylądował na brzegu.
Tak więc jeden z kolejnych dni na Redą, zacząłem i zakończyłem trocią, szkoda tylko że nie w odwrotnej kolejności.

18.01.2013

Trocie z Redy na filmowo

 
Nie mam się dziś czym pochwalić z własnego połowu, zatem podzielę się z Wami scenkami na żywo z lądowania dwóch troci, srebrniaka i kelta, złowionych przez jednego wędkarza.
Nie były to okazy, odpowiednio ok. 50 i 60 cm, ale obie ryby zostały złowione w krótkim ostępie czasu i miałem okazję filmować obie scenki.
Jakość nie jest najlepsza, bo mój stary aparat, ma rozdzielczość mniejszą niż współczesne telefony komórkowe, ale liczą się intencje. 
Sposób lądowania ryb nie jest mistrzostwem świata, ale wielu miejscowych wędkarzy tak właśnie kończy ostatni akt trociowego dramatu, przez wyniesienie na żyłce lub wyślizgnięcie ryby na brzeg.







16.01.2013

Pstrągowe hołubce


Dzisiejszy dzień nad wodą chyba długo zapamiętamy.
Piszę w liczbie mnogiej bo, jako świadek wydarzeń, również pozostanę pod wrażeniem niedawnych tęczakowych wyczynów.
Jednak po kolei, dla mnie dzień zakończył się srebrniaczkiem 45 cm i jak dotąd nie mam szczęścia wychylić się poza ten wymiar, przynajmniej w znaczeniu skutecznego podebrania ryby.
Mimo to dzień muszę uznać za udany, w przeciwieństwie do sąsiada ze stanowiska obok.
Takiego pecha, by nie powiedzieć upokorzenia jakiego doznał owy wędkarz ze strony pstrągów tęczowych, chyba nie zapomni na długie lata.
Sami wiecie jak długo trzeba niekiedy chodzić za zimowym drapieżnikiem a często bywają dni o kiju, które wliczone są przecież w zimowe zmagania.
Tym bardziej, gdy po setkach rzutów posadzi się wreszcie na kiju konkretna ryba, radość i emocje często przerastają łowiącego.

Łowiliśmy stojąc dość ciasno a oba brzegi okupowane były przez wędkarzy , mimo to nikt nie wchodził sobie w paradę, bo woblery podawane pod przeciwległy brzeg, niewielkim łukiem powracały do naszych stanowisk.
W takich warunkach nastąpiło uderzenie ogromnego tęczaka a hol z racji dość krótkiej żyłki, był zdecydowany i twardy, chyba zbyt twardy jak na tak waleczną rybę, która wykręcała wszelkie figury znane tylko olbrzymim tęczakom.
Całą scenę  mogłem obserwować z 5 metrów, widząc zmagania ryby i wędkarza jak na dłoni oraz ocenić wielkość i gatunek a bez wątpienia był to pstrąg tęczowy o długości ok. 70 cm.
Klocek jak się patrzy, napakowany "testosteronem", czyli ryba która w rzece spędziła sporą część życia, silna jak tur i nie mniej waleczna.
Ku rozpaczy łowiącego, po którymś z kolei rybim hołubcu, żyłka strzeliła ze świstem i wielkie cielsko zawinęło się z powrotem do wody.
Widziałem w oczach kolegi żal i rozczarowanie a późniejsze mini dochodzenie wskazało węzeł przy krętliku jako winowajcę.
Opisuję tą scenkę, choć pewnie nie wiecie dlaczego na wstępnie użyłem słowa "upokorzony przez tęczaki”, bo zejście ryby z haka, czy słabość zestawu czasem się zdarza i nie ma nic w tym zdrożnego, no może poza niedbalstwem wykonania węzła na zmęczonej żyłce.
Zatem już wyjaśniam …
Emocje opadły, Kolega pogodził się z przegrana i podreptał w górę rzeki.
Nie minęła godzinka, gdy ponownie zameldował się na poprzednim stanowisku i rozpoczął przegląd wody woblerem a po dosłownie 10 minutach posadził na kiju kolejnego pięknego tęczaka.
Nie był już tak okazały, ale uczciwe 50 cm, zostało tym razem podebrane zgodnie ze sztuką
I teraz …
Radość i zadość uczynienie poprzedniej porażki były tak wielkie, że wędkarz wypiął rybę z kotwiczek, odłożył sprzęt na brzeg, po czy uniósł pstrąga w geście triumfu, okazując go wszystkim zebranym.
W tym momencie ryba trzepnęła solidnie ogonem, zabujała się na palcach trzymanych pod skrzelami i zwaliła się z powrotem do wody  ...   i tyle ją widzieliśmy.
Nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać razem z dzisiejszym pechowcem, ale groteskowość tej sceny i okoliczności pozbycia się dwóch pięknych ryb jednego dnia, z pewnością zapadną w mojej i jego pamięci.
Niezależnie od tęczakowych wydarzeń, dzień obfitował w inne wrażenia, bo podczas holu mojego srebrniaczka, wędkarz z przeciwległego brzegu posadził na kiju również srebrną troć, sporo większą, którą z powodzeniem podebrał i wyniósł na brzeg.
Od wielu godzin, siedzę w ciepłym domu, popijam kawkę i piszę te parę słów z dzisiejszych wydarzeń.
Jednak jestem przekonany, że nasz pechowiec nadal stoi nad brzegiem rzeki , marznąc czesze wodę, w myśl zasady  -  do trzech razy sztuka.




15.01.2013

Zostanę gumofilcem


Zimno jak pies, takim zdaniem wypada skwitować wczorajszy dzień.
Nie wiem skąd taki przenikliwy ziąb, bo termometr wskazywał zaledwie – 5 st. C, słońce lekko wychylało się zza chmur i chyba wyżowa pogoda i suche, przenikliwe powietrze potęgowało wrażenie chłodu do kości.
Wydeptane ścieżki nad brzegami zamieniły się w lodowiska, chyba za sprawą osiadających porannych, zimowych mgieł a żadne obuwnicze wynalazki, nie pozwalały utrzymać równowagi podczas stąpania po oblodzonych skarpach.
Ponownie w takich warunkach przyszło trzymać się wybranych miejscówek i cierpliwie je obławiać, co zmuszało do stania w miejscu i tym bardziej przemarzaniu.
Nad rzeką wykreowała się stała ekipa miejscowych wędkarzy i łowienie przypomina obecnie pracę na pół etatu, czyli każdy siedzi ”za swoim biurkiem” i w skupieniu przerzuca papiery w postaci co raz to nowych błystek i woblerów.
Trochę to już nudne i monotonne, ale pogoń za rybą na niższych odcinkach, nadal mi się nie uśmiecha, zważywszy na obecne warunki wędkowania.
Z muchówki dość szybko przyszło mi zrezygnować, bo oblodzenie linki stawało się uciążliwe a dźwięk przesuwania się jej przez przelotki, przypominał szorowanie papierem ściernymi
Do laski powrócił spinning, nieco poręczniejszy w obecnej sytuacji.
Niestety główny nurt rzeki i ty razem poskąpił kontaktu z rybą a jedynie wyjście sporego pstrąga tęczowego, nieco nagrodziło koszmarnie zimny dzień.
Ten jednak zachował się w iście szczupakowym stylu, czyli zawinął się tuż pod nogami w chwili gdy wobler opuszczał już rzeczną toń.
Pewnie chwilkę odprowadzał wobler, decydując się na atak w ostatniej chwili, tym razem szczęśliwej dla niego.
Najbliższe dni to spadek temperatury z kulminacją w weekend, kiedy to ma być zdecydowanie najzimniej i chyba na ten czas przyjdzie mi odpuścić rzeczne zmagania.
Druga połowa miesiąca zapowiada się na plusie, mam nadzieję również w znaczeniu sukcesów wędkarskich.
Zapowiadane temperatury powyżej zera, dadzą nieco odetchnąć od przenikliwego zimna, tak ostatnio bolesnego i uciążliwego.

Na ostatnie mrozy, nawet neopreny nie są skutecznym rozwiązaniem, bo jakiś geniusz projektując takie spodniobuty zakończył je gównianymi kaloszkami z cienkiej gumy, o określonej pojemności skarpet, które można tam upchać.
Patrząc z perspektywy ostatnich dni, sam się dziwię dlaczego jeszcze nie sięgnąłem po gumofilce.
Pewnie dlatego, że ich nie mam, bo jakoś do tej pory wydawało mi się, że niepolitycznie jest się stawić nad brzegami rzeki, w obuwiu z mienionej epoki.
Butach kojarzonych z wędkarstwem szuwarowym i będących synonimem mało rozgarniętego wędkarza, dla którego wyjazd nad wodę stanowi sposób na urozmaicenie rodzinnej diety,
Z drugiej strony, mimo że wędkarze trociowi z sezonie zimowym obuci są we wszelkiej maści plastikowe i skóropodobne wynalazki, niekoniecznie różnią się od wyżej wymienionego.
Moja służba wojskowa przypadła na czas ”Stanu wojennego” a co bardziej już leciwi pamiętają z autopsji, jaka wtedy była mroźna zima.
W tamtych czasach jedynie skutecznym rozwiązaniem, były wojskowe oficerki zwane „Gumofilcami” i słusznie, bo w skutecznej ochronie przed mrozem, mogły je przebić jedynie ruskie walonki.
Dodatkowa warstwa termiczna, wykonana była w postaci wkładek z wielu warstw gazet wyciętych na kształt stopy i tak zmontowany wojskowy zestaw anty - mrozwy, był rewelacyjnie skutecznym rozwiązaniem.
Tak zabezpieczeni staliśmy godzinami na warcie, lub przemierzaliśmy leśne ostępy w patrolach i mróz dla nóg nigdy nie był straszny.
Jedynym mankamentem, były szerokie cholewy, co przy wysokim i kopnym śniegu, powodowało nieustanne sypanie się jego do środka.
W latach dziewięćdziesiątych, wymyślono jednak na potrzeby myśliwych, gumofilce z dodatkowym kołnierzem nad cholewą, zawiązywanym na łydce i problem się rozwiązał.
Pozostaje mi zatem odszukać w zakamarkach handlowych ponadczasowych butów zimowych z mienionej epoki i cieszyć się ciepłymi stopami, może wobec ironicznych uśmieszków wędkarzy obutych i odzianych we współczesnych salonach wędkarskich.


13.01.2013

Czas na muchowanie


Kolejny dzień nad brzegami Redy, zapowiadał się wyjątkowo atrakcyjnie.
Już poprzedniego wieczoru przestał sypać obfity śnieg a słupek termometru zatrzymał się rano na - 5 stopniach C.
Słońce chowało się za ołowianymi chmurami i taki też kolor miała podniesiona woda rzeki.
Zrobiło się tajemniczo i kusząco a każdy fragment rzeki sugerował obecność troci.
Wiatr ustał całkowicie i mimo braku słońca i ujemnej temperatury zrobiło się ciepło a jedynym przewidywanym mankamentem, miały być zamarzające przelotki wędziska.
W takiej scenerii zameldowała się dość znaczna grupa wędkarzy, jednak nie na tyle duża, by stworzył się tłok a wędkowanie było mało komfortowe.
Szybko jednak okazało się, że będzie to trudny dzień do połowu, ponieważ brzegi rzeki zasypane były grubym kożuchem świeżego śniegu i poruszanie się stromymi na tym odcinku skarpami, stało się lekkim koszmarem.
Sporo czasu zajęło wędkarskim butom, wydeptanie nowych ścieżek i stanowisk w śnieżnej ponowie a zajęcie to było na tyle męczące, że większość nie zdecydowała się na dalekie zapuszczanie się brzegami, od miejsca parkingowego.
Jednym słowem wędkarze zatrzymywali się na długi czas nad jedną miejscówką, próbując znaleźć sposób na troć, zmieniając woblery i błystki zamiast stanowiska.
Zawiodła też metoda przytrzymywania przynęt w upatrzonym miejscu nurtu, bo szybko okazało się, że podniesiona, pośniegowa woda wypłukała ogromne ilości zielska ze stawów i osadników pobliskiej hodowli pstrąga tęczowego.
Woblery pracowały zaledwie kilkanaście sekund, po czym nabierając na kotwiczki i stery wszelkiego rodzaju śmiecia, przestawały spełniać swoją funkcję.
Wszystkie te okoliczności spowodowały skupienie się wędkarzy na stosunkowo niewielkim odcinku rzeki, okupujących oba jej brzegi.
W tych warunkach łatwo było obserwować zmagania wszystkich zgromadzonych i śledzić ewentualny kontakt z trocią.
Mimo wytrwałości i kilku ładnych godzin próbowania wszelkich przynęt i metod odnalezienia się w tych warunkach, nikt nie uświadczył kontaktu z rybą a jedynie honor trociarza nakazywał trwać do końca na swoich stanowiskach, w nadziei chyba na cud.
Wytrwałość tą nagrodziła rzeka tylko jednemu z napotkanych Kolegów, gdy wreszcie po wielu godzinach posadził na kiju rybę.
Po dość długim holu, raczej na pstrągowym niż trociowym sprzęcie, okazał się nią być pstrąg tęczowy ok 50 cm., jednak sądząc po barwach i kształcie, to też kolejny uciekinier z hodowli, który może spędził nico życia w rzece.



Zatem kelta, srebrniaka ani tęczaka morskiego, ani widu ani słychu, przynajmniej na opisywanym odcinku Redy, czyli poniżej jazu.
Schodzący z rzeki wędkarze mimo minorowych min, nie tracili optymizmu na nadchodzące kolejne dni sezonu a snute teorie o rychłym spływaniu kelta, który rzekomo zatrzymał się w górnych odcinkach rzeki i jeszcze nie bierze, dodawały otuchy i nadziei.
Jak widać każdy sposób jest dobry i każda choćby mało prawdopodobna sugestia, by ponownie zameldować się nad wodą.
Nie ma jeszcze weekendowych wieści z dolnego odcinka, gdzie można było spodziewać się srebrniaka, ale ze względu na ograniczenia czasowe, nie prędko się tam wybiorę.
Pozostaje mi do dyspozycji łowisko jak wyżej i czas chyba przeprosić się muchówką i włączyć ją obok spinningu do arsenału środków połowu.
Szczególnie, że ostatnimi dniami zapłaciłem bolesne frycowe w postaci licznych woblerów pozostawionych w nurcie rzeki.
Przyszedł czas na odkurzenie pudeł ze materiałami muchowymi, tych do których od wieków nie zaglądałem ze względu na kolorowe piórka, jakże nie przystające do lipieniowych much.
No cóż, jedni pogonią dalej z arsenałem woblerów, inni do sklepu by uzupełnić zapasy a ja biedny żuczek do imadła, wiązać tęczakowe streamerki …





11.01.2013

John Goddard 1923 - 2012


26 grudnia 2012 roku, w wieku 89 lat zmarł John Goddard .
Jego nazwisko wprost kojarzy się ze słynną suchą muchą ”Goddard Caddis”, jednak do jej powstania przyczyniły się wieloletnie obserwacje żywych owadów i pogłębianie wiedzy entomologicznej autora.
Zamysł wykonania łownych suchych much był  na tamte czasy rewolucyjny, ponieważ polegał nie tylko na śledzeniu rzecznego życia owadów, ale też na wykorzystaniu technik fotograficznych.
Owady pochodzące znad rzeki Itchen w Barton Abbotta, w pobliżu Winchester, odławiane były żywe a następnie fotografował je Cliff Henry, przyjaciel Goddarda.
To wymagające łowisko było pierwszą i mocną motywacją do poszukiwań nowych, łownych  much, mogących sprostać wyrafinowanym gustom tamtejszych ryb.
W ten sposób w latach 50 – tych ubiegłego wieku, powstał cykl makrofotografii, do których autor nieustanne powracał podczas zimowych wieczorów, projektując i wykonując kolejne, własne wzory.
Konsekwencją pasji wędkarskiej, entomologicznej i fotograficznej autora, było opublikowanie w 1967 roku, książki ”Trout Fly Recognition” ( 1974 2nd edn reprint. A & C Black. London )

Kolejna współpraca, tym razem z  Brianem Clarkiem doprowadziła nie tylko do wydania następnej książki ” The Trout & The Fly” (1982), ale też do pionierskich badań nad żerowaniem pstrągów w nocy.
Wynikiem doświadczeń i obserwacji autorów w warunkach laboratoryjnych, było rozwiązanie zagadki widzenia przez ryby owadów siadających na wodzie nocą, przez tworzenie odnóżami oraz pozostałymi częściami ciała napięcia powierzchniowego wody, które jak mini soczewki skupiały nikłe światło gwiazd i księżyca. 
Te maleńkie plamki światła widoczne wyłącznie spod lustra wody,  dawały rybom sygnał i wskazywały miejsce do ataku.

Jego wędkarska pasja prowadziła go w odległe części świata i w dużej mierze Goddardowi należy zawdzięczać odkrycie i propagowanie takich łowisk jak wody Azorów, Norwegii, Nowej Fundlandii, Nowej Zelandii, RPA i Kenii.
Dziedzictwo autora to również około 50 wzorów nowych much, jak również liczne publikacje:
Trout Flies of Stillwater (1969)
Trout Flies of Britain & Europe (1991)
John Goddard’s Trout Fishing Techniques (1996)
Understanding Trout Behaviour (with Brian Clarke, 2001)
Reflections of a Game Fisher (2002)
The Trout Fly Patterns of John Goddard (2004).

Z żalem zegnamy wielką postać  światowego wędkarstwa muchowego, dziękując za tak wiele co nam pozostawił.





10.01.2013

Reda, tęczaki zamiast troci


Prognozy chyba się sprawdzą, sypie śnieg i temperatura spada.
Woda robi się co raz ciekawsza, choć dziś warunki wędkowania i środek tygodnia wyczyściły brzegi Redy z wędkarzy.
Nieliczni ze spotkanych dość szybko się poddawali, kończąc wędkowanie z narastającymi z każdą minutą opadami mokrego śniegu i wzmagającym się wiatrem.
Troci ani widu, jedynie tęczaki dość aktywnie zadość czynią odmrożonym dłoniom.
Nadal nie są to okazy, ale dzisiejszy 45 cm, nieco nagrodził wydeptane kilometry przez ostatnie dni.
Drugi, chyba podobnej wielkości spadł z kija po krótkim holu, zatem dzień a raczej dwie godzinki nad wodą należy uznać za udane, mimo okropnej pogody.



09.01.2013

Reda, sezon trociowy ciąg dalszy



No cóż, mimo że kilka ryb zaliczyłem w tym sezonie, to chwalić nadal nie ma się czym. Tęczaki małe, uciekinierzy z hodowli i wymiarowy srebrniak, czyli nic godnego obiektywu. Wczorajszy dzień był do pewnego stopnia szczęśliwszy, bo posadziłem na kiju pięknego morskiego tęczaka, takiego ok. 60 cm, ubarwionego jak z żurnala. Duża, cwana ryba jednak mnie przechytrzyła, uderzając w wobler w trzeciej godzinie czesania wody, gdy rzuty powtarzamy już automatycznie a myślami błądzimy niekoniecznie wśród rzecznych głębin. Jednym słowem prawie go nie zaciąłem, szczególnie że branie było delikatne jak na taką rybę. By nieszczęść było mało, tęczak poszedł od razu w górę rzeki a na wysokości mojego stanowiska pod brzeg luzując żyłkę. Zakotłował się się pod nogami, na taką chwilę bym ocenił jego wielkość, dojrzał intensywne, purpurowo - fioletowe barwy, po czym trzepnął pyskiem i tyle go widziałem. Na szczęście nadchodzące dni rokują udany połów, sypnęło obficie śniegiem i jest odwilż a woda może wreszcie poniesie poziom rzeki i trąci kolorem kawy.

Na zdjęciu powyżej rzeka dnia wczorajszego, po pierwszym prószeniu zimy. Jeszcze trzy dni temu wyglądała na scenerię listopadową a stan przypominał letni niżówkę. Tak długo utrzymująca się odwilż, brak opadów deszczu a potem śniegu, wysokie temperatury w grudniu spowodowały szybkie spłynięcie kelta do morza. Potarłowa troć praktycznie nie pada łupem wędkarzy nie licząc kilku zgłoszonych i zasłyszanych sztuk. W tym sezonie króluje srebrniak, szczególnie na dolnym, ostatnim udostępnionym odcinku Redy. Panuje tam jednak spory (delikatnie mówiąc) tłok i wędkowanie nie należy do przyjemnych, szczególnie na prostej i odsłoniętej linii brzegu. Parkingi zapchane samochodami podobnie jak brzegi, przez pasażerów powyższych, bez względu na dzień tygodnia z oczywistym apogeum w weekend. Idzie spora zima od północy, co oznacza kolejne schody dla trociarzy w postaci zamarzających przelotek, mrozu do – 15 stopni C i może lodowatych wiatrów, które szczególnie są dokuczliwe na dolnej Redzie. Jednak żadne przeciwieństwa pogody i losu nie zatrzymają w domu trociowego towarzystwa do którego i ja przyłączę, szukając srebrnego lub tęczowego szczęścia …

Stan rzeki z początku stycznia






07.01.2013

Mucha tygodnia Black & Orange Wet Fly


Haczyk:  Daiichi 1530#8
Nić:  Danville Flymaster 6/0
Ogonek:  rude futro z zonkera, królik
Tułów: Dubbing czarny Hends, przewinięty Uni French Silver jako mocowanie jeżynki tułowia
Jeżynka: kura orange, kura czarna
Pozostałe materiały: jeżynka tułowia - czarna kura


01.01.2013

Pierwszy dzień sezonu na rzece Redzie




Pierwszy dzień sezonu na rzece Redzie, był sporym rozczarowaniem, chyba dla wszystkich wędkarzy, którzy wybrali środkowy odcinek rzeki.
Z grupy około trzydziestu, których spotkałem nikt nie zameldował o kontakcie z trocią, nie mówiąc już o złowieniu.
Doniesiono tylko o jednej rybie, troć – 60 cm złowionej na wysokości Pileszewa ( miejsce bliżej nieznane) i ta sensacyjna wiadomość krążyła dodając otuchy i nadziei licznie zgromadzonym wędkarzom.
Atmosfera mimo to była super, ludzie mili, zadowoleni z możliwości spotkania nad rzeką wielu kolegów oraz mini wycieczek wędkarskich z Trójmiasta, wśród których odnajdywali dawno nie widzianych znajomych.
Jedynym małym zgrzytem, był krótko - nimfowy amator styczniowych lipieni, któremu się nie doczytało o nakazie połowu wyłącznie z brzegu, albo widok rzeki w barwach listopadowych, zamącił nieco w głowie ( lub noworoczny zespół dnia wczorajszego)
Dzisiejszy dzień był bardzo ciepły, zresztą jak i wiele poprzednich a po ostatnich opadach i roztopach nie ma śladu.
Poziom rzeki jest normalny, poza niewielkim trąceniem wody.
Zaufałem tradycyjnym jak na początek sezonu woblerom w jaskrawych barwach, Góralom i agresywnym Patyczakom choć nie wiem czy uznać to za błąd w strategii, bo wielu Kolegów łowiło na ciemne woblery, również mniejsze, pstrągowe oraz na wahadłówki, jak widać bez powodzenia.
Wygląda na to, że w tym roku troć postawiała nieco wyżej poprzeczkę i przyjdzie nam się nieco natrudzić, nachodzić i pogłówkować jak i czym ją skusić.
Nie mam wieści z pierwszej ręki jaka była sytuacja na innych rzekach, ale z doniesień typu kolega - koledze, wynika że sytuacja była dość podobna na Słupi i Łebie.
Zatem spokojnie, to dopiero pierwszy dzień sezonu i mam nadzieję, że troć była jedynie ciężko przestraszona hukiem sylwestrowych fajerwerków.