28.03.2013

Po co idziemy na ryby ?



Gdy w promieniach wschodzącego słońca przemierzacie ścieżkę ku rzece, zroszoną poranną mgiełką zastanawiacie się czasem po co idziecie wędkować. Dla wielu odpowiedź wydaje się oczywista, idziemy złowić ryby. Tak i dla mnie motywacja ta stała się od pewnego czasu podstawowym kryterium wyboru łowiska, metody, sprzętu przekładanym na stosowne pory roku lub dnia. Chętniej ostatnio sięgam po spinning odsuwając muchową wędkę jak legendarny plasterek kiełbasy, którym najadał się ubogi student przesuwając go nosem po kromkach suchego chleba, aż do końca ostatniej skibki z pokrojonego bochenka.

Wędkowanie na muchę stało się jedynie równoprawną metodą, wybieraną w chwilach przewidywalnych sukcesów, przynajmniej nie mniejszych niż w przypadku łowienia na obrotowe błystki czy woblery. Może wracają stare spinningowe nawyki, przekonanie wynikające z dawnej świetności łowisk oraz prostoty i łatwości połowu rzecznych i jeziorowych drapieżników. Choć nimfa, sucha czy mokra mucha bezwzględnie przypisana jest nadal do jesiennej pory mojej rzeki, to już pozostałe miesiące niekoniecznie. Gdzieś zgubiłem tą pierwotną radość stawania nad brzegiem wody, która w początkowych latach przygody przypisana była wyłącznie wędce muchowej.

Piszę dziś o tym, bo nadchodząca wiosna sprzyjać będzie podobnym dylematom i nieustannej huśtawce nastrojów wynikających z wyboru metody połowu. Po prawdzie jednak do przemyśleń i nostalgicznego powrotu do czasów muchówki, skłoniła mnie postawa kolegi po kiju. Choć od dziesięcioleci razem łowiliśmy na spinning a jego kroki w kierunku wędkarstwa muchowego skierowane zostały zaledwie lat kilka temu, to właśnie on skłonił mnie do rewizji moich poglądów. Patrząc na jego nieustający entuzjazm w połowach na muchę, trzymanie się kurczowo tej metody bez względu na okoliczności, pogodę, porę roku a wręcz potencjalne efekty w postaci braku złowionych ryb, przypominam siebie z tego okresu i własne motywacje. Ilekroć razem wybieramy się na wędkowanie, czy Andrzej sam planuje indywidualna wyprawę nie jestem w stanie odwieźć go od pomysłu porzucenia muchówki, nawet wobec argumentów o przewidywanej klęsce w znaczeniu ilości i jakości złowionych ryb. Nieustannie mi tłumaczy, że dla niego czystą radością jest sam pobyt nad rzeką, możliwość doskonalenia muchowych rzutów, sposobu prezentacji much a co najważniejsze w końcu sprawdzenia skuteczności własnoręcznie wykonanych w mierzeniu się z pstrągiem czy lipieniem. Nawet gdy razem przemierzamy rzekę z muchowymi wędziskami, łapię się na tym że dwa razy szybciej przemieszczam się nurtem, czy brzegiem, popadając w rutynę, powodowaną chęcią złowienia ryby w miejsce wędkowania. To chyba najbardziej bolesna lekcja wynikająca z nieustannej zmiany metody z muchy na spinning i odwrotnie.


Cesarzowi co cesarskie, tak należy pojmować połów na muchę i taka postawa kolegi co raz częściej przekonuje mnie do powrotu do źródeł. Gdzie te czasy gdy miałem ochotę zatrzymać się nad brzegiem rzeki, rozejrzeć się wokół, dostrzec zmiany jakim uległa w ostatnich dniach, czy po długiej zimie. Cieszyć się pogodnym dniem, śpiewem ptaków, lotem owadów na nurtem rzeki, czy długą rozmową z napotkanym wędkarzem, gdy razem siadaliśmy na zielonej trawie. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zaliczam się do grona chcących łowić dużo i szybko, tak kiedyś postrzeganego przeze mnie jako towarzystwo, od którego powinienem stronić. Szukam dla siebie prostych usprawiedliwień, wynikających ze skutecznego połowu na spinning troci lub tęczaka, jednak z każdą złowioną rybą oddalam się od dnia, w którym stanę nad brzegiem rzeki z muchą, uznając zapuszczenie jej w wodną toń za wędkarskie spełnienie.

Zazdroszczę dziś początkującym muszkarzom, którym dany jest czas pierwotnej fascynacji, odkrywania świata wędkarstwa muchowego, odkrywania siebie i szukania swojego miejsca nad brzegiem rzeki. Pierwszych lipieni na kiju, ryb do tej pory tajemniczych i legendarnych wydawałoby się nigdy nie osiągalnych. Zaskakującego widoku ich barw, gdy w dziewiczym połowie unosimy nad powierzchnię wody wachlarz grzbietowej płetwy a tuż pod lustrem wody mienią się tęczowe kolory. Zazdroszczę pierwszego wrażenia a wręcz zaskoczenia, gdy unoszoną w górę nimfę zatrzymuje ryba a nagłe wyjście pstrąga z rzecznej kryjówki na naszych oczach kończy się zebraniem muchy. Pierwszej własnoręcznie wykonanej muchy, która skusi rybę lub udanego położenia muchowej linki w pobliże stanowiska kropkowanego mieszkańca rzeki. Takie dziewicze przeżycia dane nam są raz w życiu a jedynie naszym wyborem pozostaje okazja do ich wielokrotnego doświadczania, za każdym razem z możliwie zbliżoną satysfakcją  ...  to również gdzieś zagubiłem.



27.03.2013

Obrastamy w piórka



Wykonując muchy mamy ulubione wzory, te do których mamy przekonanie o ich skuteczności. Zwykle z wiarą zapuszczamy je w rzeczną toń i jeśli nie są ochoczo zbierane przez pstrągi lub lipienie, tłumaczymy to niewielką ochotą ryb do współpracy w danym dniu. To trochę przewrotne podejście do tematu, bo ślepa wiara w muchę cud, pozwala nam zapomnieć o potrzebie rozejrzenia się wokół i sprawdzenia co dziś nad wodą fruwa lub w niej pływa. Tak czy inaczej nasze pudełka muchowe zdobią zwykle wzory, kształty i kolory , które z racji doświadczenia i obserwacji,  stanowią menu ryb z naszego łowiska. Zwykle towarzyszą temu ulubione rodzaje piór,  z których wykonujemy wyżej wymienione muchowe konstrukcje. Będąc zagorzałym zwolennikiem naturalnych materiałów i ja w sowim arsenale preferowanych składników wiązania mokrej muchy, zwykle najwyżej cenię sobie pióra piersiowe i boczne kaczki krzyżówki. Ilekroć nad wodą przebywam czujnie rozglądam się po brzegu lub za tym co woda niesie a nierzadko moim łupem padają pióra pozostawione przez te ptaki, przecież tak licznie zamieszkujące nasze wody.

Zwykle z jednej wyprawy udaje mi się zebrać mały kopczyk, który póki co zapełnia pudełko. Przyjdzie kiedyś czas na wykorzystanie ich naturalnego koloru, choćby do wiązania suchej jętki lub farbowania, ale jestem zbyt leniwy by chwilowo bawić się w uzyskiwanie pożądanego koloru. Zbieranie naturalnych muchowych materiałów jest u mnie zajęciem nader częsty niekoniecznie z oszczędności, ale z powodu możliwych do pozyskania w ten sposób rzadkich sierści lub piór. Już nie raz zdarzyło mi się zatrzymać samochód wobec rozjechanej na drodze kuny czy innego futrzaka, zwykle mając okazję  do odcięcia choćby ogona. Kury sąsiadów na letniskowej działce nie zawsze są bezpieczne a ich tajemnicze zniknięcie w pierwszej wersji kieruje podejrzenia w moja stronę, dopóki inne ślady nie wskażą na lisa jako winowajcę. Jednak to co po lisiej uczcie pozostaje przypada mi w udziale a dzięki jego apetytowi trafiają się wyjątkowo ciekawie ubarwione piórka różnych kurzych ras.


Swego czasu kolega pracujący w ptaszarni Ogrodu Zoologicznego zbierał mi wszelkie drobne i większe piórka, gubione przez egzotyczne ptactwo podczas codziennej higieny, pierzenia lub innych podobnych zachowań. Zwykle nie było tego wiele, ale ciekawie ubarwione i dzięki nim można było muchowo pofantazjować lub z premedytacją używać ich np. do wiązania elementów streamerów i much łososiowych. Poniżej na zdjęciu taka właśnie fantazja z użyciem małych, egzotycznych piórkek na pomarańczowe policzki mokrej muchy. Nieocenione w tej kwestii są papugi, które potrafią podczas silnego stresu zrzucić całe oryginalne upierzenie.


Mallard ...  czyli po prostu w z tłumaczenia angielskiego słowa oznacza  -  Krzyżówkę
Powracając do tematu wyboru materiału, służącego głównie wykonaniu mokrych much zwracamy się ponownie w kierunku piór piersiowych, szczególnie kaczorów krzyżówki. Zbieractwo, zbieractwem ale oferta krajowych jak i zagranicznych sklepów specjalistycznych oferuje niezłą gamę kolorów piór piersiowych krzyżówki, oczywiście w postaci naturalnej jak i farbowanej. To tani materiał zważywszy ile piór zawiera standardowe opakowanie, wynikający z ilości możliwych do pozyskania z jednego ptaka w odróżnieniu od klasycznego Mallard Bronze Flank, piór ciemniejszych, okrywowych  i nielicznych na kaczym osobniku, cenionych nie tylko w znaczeniu finansowym,  ale w układaniu skrzydełek Spey -ów.


Skrzydełka z Mallard Bronze, czerwony ogonek i jeżynka to pióra Papugi, czyli efekt wspomnianego wyżej zbieractwa tym razem z pierzenia się ptaka w sklepie zoologicznym, poniżej Dabbler ze skrzydełkami oraz jeżynką z Mallard Bronze   ...


Z kaczego asortymentu kolejnym rodzajem piór jest Mallard Barred Flank - boczne pióra kaczorów o dłuższych promieniach niż u popularnych piór piersiowych a za najciekawsze ubarwienie uznaję kolor Rusty, lub Rusty – Brown. Kolor widoczny na zdjęciach poniżej, wykorzystywany z racji ubarwienia jak i wielkość piór do wiązania długich ogonków jętek oraz streamerów jak choćby klasyczny Hornberg.


Hornberg

Pod zamieszczonym linkiem znajduje się opis muchy wraz z jej genezą i historią ze wskazaniem w opisie materiału na skrzydełka jako Mallard Barred Flank Wood Duck. Jest to nieścisłość, bo farbowany na rustykalne kolory Mallard Barred Flank pochodzący od kaczek Krzyżówek, trafia czasem do handlu jak pióra kaczki Karolinki ( Wood Duck ) będąc jedynie ich substytutem.
W powszechnym jednak zastosowaniu pozostają pióra piersiowe kaczek Krzyżówek zwane Mallard Flank, łatwo rozpoznawalne z racji wizerunku Jętek majowych, których imitację skrzydełek najchętniej były wykonywane z tego mateiału. Zarówno w postaci naturalnego koloru, jak i odcieni oliwki lub żółtego.


Piórka Mallard Flank znajdują również wiele innych ciekawych zastosowań, choćby jak widoczne poniżej kompozycje w budowie skrzydełka streamera i jeżynki zonkera, resztę pozostawiam Waszej inwencji i wyobraźni.


Jednak za najbardziej praktyczne zastosowanie w warunkach rzek północy, uznaję barwione na odcienie brązu pióra piersiowe do wiązania skrzydełek i ogonków mokrych much. W ten sposób powstało kilka wzorów, które z powodzeniem kuszą pstrągi już od kwietnia i lipienie do wczesnej jesieni. Lubię ten materiał, lubię te muchy, które zawsze stanowią podstawę zawartości muchowego pudełka.  Zarówno za pracę w wodzie, fakturę i deseń promieni oraz dostępność wielu ciekawych barw i odcieni dających pole do własnych poszukiwań skutecznego wzoru z czasem na stałe przypisanego konkretnej rzece, porze dnia czy  roku.





25.03.2013

Miejsce na Twoją reklamę ...



Miejsce to przeznaczone jest dla wszystkich chętnych, którzy pragną zamieścić krótką, lub rozbudowana informację o swojej działalności. Ilość odwiedzających stronę główną przeznaczoną w części na reklamę,  to tysiące wędkarzy miesięcznie. To Koledzy zarówno łowiący spinningiem, jak i wędką mchową, którzy z przyjemnością zajrzą na Wasze strony. Masz ciekawą stronę autorską,  galerię zdjęć, galerię much, chcesz zaprezentować działalność Klubu, jesteś producentem lub handlowcem sprzętu wędkarskiego, dysponujesz miejscem noclegowym dla wędkarzy   …  zapraszam do współpracy.

Masz ochotę opublikować artykuł, ciekawe zdjęcia, wizerunki swoich much lub spinningowych przynęt, zamieścić informację, komunikat, zaproszenie …  to jest miejsce dla ciebie. Do dyspozycji animowane banery, miejsce na logo oraz pola graficzne z aktywnym przekierowaniem na stronę źródłową.  W treści wpisów autorski opis działalności lub oferty z możliwością ilustracji fotograficznych lub graficznych. Dla ofert o charakterze niekomercyjnym lub niehandlowym – miejsce GRATIS

Kontakt:

W rzecznym zwierciadle


Jest takie miejsce nad rzeką, do którego lubię przychodzić nie zawsze z wędką. Jest tam wszystko czym rzeka urzeka nas w swoim charakterze. Głęboki wlew otwiera zakole z podmytym brzegiem u podstawy którego, długa rynienka jest siedliskiem lipieni. Piaszczyste dno przechodzi w płytszą wodę o wartkim nurcie gdzie czasem przemknie pstrąg. Jest to tez miejsce postoju troci podczas jej wędrówki w górę rzeki, która często daje o sobie znać efektownym spławianiem. Przeciwległa linia brzegu to płycizna zwykle o klarownej wodzie, gdzie doskonale obserwować można życie najmniejszych mieszkańców rzeki. Porastająca brzegi roślinność daje schronienie licznym owadom a otwarta przestrzeń sprzyja podziwianiu wylotów jętki i chruścika. Widoczne w oddali lasy podkreślają charakter rzecznej doliny porośniętej łąkami przechodzącymi z czasem w typowe nadbrzeże szuwary. Dlaczego tak lubię to miejsce? ...  bo jak mało gdzie obserwować tam mogę zmiany jakimi rzeka ulega zgodnie z rytmem przyrody.




Od szarości wiosennego przednówka, przez soczystą zieleń wiosny i lata, do rudych kolorów jesieni aż do zimowej szaty. Patrzeć jak z każdym dniem zmieniają się barwy lasu i wody, budzą się do życia owady zmieniając swoją postać by wylecieć nad wody rzeki w godowym tańcu, by ostatecznie osiąść na jej wodach kończąc swój życiowy cykl. Wyznaczając nie tylko pory roku w niezmiennym porządku rzeczy, ale też nasze wędkarskie strategie, rodzaje much jakimi kusimy mieszkańców rzeki. Mogę na co dzień obserwować fragment rzeki, stały kadr w którym zmieniają się jedynie widoki malowane porami roku. To czas na refleksję, czy ten porządek rzeczy jest dany nam na zawsze i niezmienny. Nigdy tak nie było i nie będzie bo sama natura zastrzegła sobie prawo do zmian będących czynnikiem ewolucji, która stworzyła świat rzeki jakim dziś możemy się raczyć. Natura dopuszcza też zmiany liczące zaledwie tysiące lat, choć rewolucyjne w rozumieniu czasu geologicznego, choćby w postaci kształtowania północnych dolin rzecznych przez zlodowacenia a więc nadejście i cofanie się lodowca wyznaczane zmianami klimatycznymi. Jednak nigdy podczas miliardów lat ewolucji, obserwowalne zmiany nie były udziałem zaledwie kilku pokoleń istot zamieszkujących nasz świat wynikających z ich sposobu życia, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku człowieka. Zmian niestety degradujących nasze środowiska zarówno w znaczeniu fizycznym, chemicznym a w konsekwencji klimatycznym.

Nie jest to miejsce, by rozważać złożoność przyczyn, które się na to złożyły w skali globu, bo w ten sposób łatwo uchylić się od własnego w tym udziału i odpowiedzialności. Spójrzmy w mikroskali naszej rzeki, by zrozumieć jak te małe cegiełki zaniedbań, zaniechań czy odwrotnie premedytacji i wręcz ludzkiej głupoty, złożyły się na obraz obecnego rzecznego środowiska a w skali globalnej na daleko idące konsekwencje ekologiczne czy klimatyczne. Ktoś z mądrych uczonych powiedział kiedyś, że ruch skrzydła motyla w amazońskim lesie deszczowym ma wpływ na klimat Sahary, zatem nie trudno przewidzieć jak każda rzucona do wody puszka po piwie, foliowa torebka, pozostawione ba brzegu zwoje odciętej żyłki będące śmiertelną pułapką jak sidła dla ptaków i saków, z każdym dniem przekładają się na natychmiastową degradację środowiska. To nie ktoś anonimowy, gdzieś w bliżej niepisanym miejscu, ale to my wędkarze każdego pięknego dnia, dodajemy swój wkład w globalny proces. Jak niewiele czasu minęło by obrazki z naszych rzek w miejsce urokliwych widoków zamieniły się w odrażające scenki niesionych wodą śmieci, pośród których "pływają” chore od naszej głupoty ryby.


Dziś spoglądamy przez okno na śnieżną scenerie końca marca, dziwiąc się dlaczego przyroda nie chce obudzić się z zimowego snu, nie daje nam okazji do udziału w muchowym misterium. Bo nie ma już wiosny, przedwiośnia, łagodnego przejścia w lato. Wszystkie te pory, które od wieków wyznaczane rytmem przyrody stanowiły o naszych muchowych strategiach, dziś zamieniły się w nagły skok z zimy do lata. Nie ma wiosny, nie będzie owadów, nie będzie z czasem pstrągów i lipieni, których żywot nieodłącznie związany jest ich życiowym cyklem. Mleko się wylało i w związku z tym  nie tylko oczekuje się od nas. byśmy przykuli się łańcuchem do nadbrzeżnych drzew w proteście przeciw czyjejś głupocie, ale protest ten musimy kierować przede wszystkim przeciwko sobie. Jeśli jeszcze dziwi cię brak wiosennych scen nad twoją rzeką, przypomnij sobie co przez ostatnie lata pozostawiłeś w jej nurcie i nad jej brzegami ...



24.03.2013

Z prezentacją i bez


Bez w znaczeniu złowionych ryb, bo mimo licznie zgromadzonych wędkarzy ryby nie stały się udziałem łowiących. Natomiast z prezentacją bo spotkałem Kolegów po muchowym kiju. Choć dzisiejszego dnia pogoda nie była zaskoczeniem, to ilość muszkarzy nad rzeką już tak. Padający mokry śnieg i niska woda nie sprzyjały, mimo to stojąc w lodowatej rzece i zimowej scenerii szukali kontaktu z trocią i pstrągiem, które jak z meldunków ostatniego tygodnia wynika łatwiej obecnie złowić na muchę niż woblerem czy twisterem, co nie oznacza łatwo. Choć stanowili zdecydowaną mniejszość wobec licznej rzeszy spinningistów, to swoimi sylwetkami brodzącymi w zimowej wodzie przykuwali uwagę i wzbudzali ciekawość, przynajmniej moją. Przeciekające, niepoklejone neopreny zamieniłem na wodery, zatem wolałem pozostać na brzegu niż taplać się rzece i siłą rzeczy wybrałem spinning. Jednak patrząc na zmagania Kolegów, kolejna wyprawa nad Redę będzie już obowiązkowo z muchówką. Obiecuję to sobie od dawna, choć za plecami trzymam na wszelki wypadek skrzyżowane palce.


Krystian ...
Dwa piętra niżej pisałem o drodze do wędkarstwa muchowego, różnych motywacjach i postawach, tym bardziej było mi miło poznać nad wodą Krystiana, kolegę który zaledwie przed rokiem rozpoczął muchową przygodę. Miło, bo obok ogromnego entuzjazmu z jakim stawia się nad brzegiem rzeki, zadał sobie trud wiązania własnych much od pierwszych dni przygody z wędkarstwem muchowym. Szybko zapisał się do miejscowego Klubu ”Lipień”, by uczyć się, podpatrywać doświadczonych kolegów, szlifować swoje umiejętności i wzbogacać wiedzę. Z nieurywaną satysfakcją prezentował mi swoją Okumę, kołowrotek będący nagrodą za trzecie miejsce w zawodach, osiągnięte już w pierwszych miesiącach nauki sztuki muchowania, tym bardziej że startował w gronie bardzo doświadczonych wędkarzy. Kilka zamienionych słów wystarczyło, by rozpoznać bratnią duszę i dalszą pogawędkę prowadzić na wspólnych falach. Zapewne będzie jeszcze wiele okazji by pogadać nad wodą, mam nadzieję przysiąść na trawce w promieniach wiosennego słońca.
Krystian pozdrawiam …


Z pudełka Krystiana

Nad rzeką, jak to nad rzeką spotyka się różnych wędkarzy, również tych którym lat przybyło. W ich rękach odnaleźć można czasem wysłużony sprzęt, dla nas ciekawostka, dla nich kawał życia i niejedna ryba.  Tak też spotkanie z wędkarskim seniorem stało się okazją uwiecznienia starego muchowego kołowrotka.  Waszej wyobraźni pozostawiam ryby, przygody i wydarzenia, których był uczestnikiem i świadkiem ...





23.03.2013

Chcielibyście takich widoków


Chcielibyście takich widoków … nie nie, zima trzyma jaka zima.
Jakże się pomyliłem z prognozą pogody i optymistycznym zapatrywaniem na rychłe nadejście wiosny. Nadzieja na szybkie stopnienie niewielkiego śniegu zalegającego brzegi rzeki w zeszłym tygodniu, prysła jak mydlana bańka. Co gorsza obecne zwały śniegu w końcu zamienią się w zimną,  pośniegową wodę wydłużając porę na wędkę muchową. Chyba wszyscy zmęczeni jesteśmy dźwiganiem grubych ciuchów i chętnie każdy zamieni neopreny na lekkie portki a ciężkie swetry i kurtki, na kamizelkę muchową. Póki co rzeka jest w styczniowym klimacie i jemu należą się adekwatne metody połowu. Do łask wraca spinning i tradycyjne zimowe przynęty.

Dziś wieje jak pies więc może juto uda mi się wyskoczyć na ryby, z nadzieją na słabszy wiatr i nieco chmur na niebie. Mogą być nawet śniegowe, już mi wszystko jedno skoro i tak mróz trzyma, byleby to jaskrawe słońce nie rozświetlało rzeki. Może dzisiejszy wpis powinienem zacząć od wizerunków niepozornych chruścików, które już  w kwietniu roją się na rzeką. Serwowanie widoków jętki może co niektórych doprowadzić do palpitacji serca, zatem może emocje należy dawkować stopniowo i z umiarem. Tak czy inaczej, już bliżej  jak dalej,  choć gdy tak wydarzenia się potoczą, to w tym roku obserwować będziemy "zimowy wylot śnieżnej jętki".



22.03.2013

Zobaczyła żaba, że konie kują i sama nogi podstawia



Do muchowania trafia się różnie a to z racji rodzinnych tradycji, bywa że kolega namówi, lub pobliska rzeka skłania do szukania skutecznego połowu  żyjących tam pstrągów czy lipieni. Jedno jest pewne, kto raz spróbuje zwykle zaprzedaje duszę diabłu a od tej chwili inny sprzęt wędkarski  latami zalegać będzie na dnie szafy. Cóż tak magicznego jest w połowach na muchę? Może przynależność do elitarnego klubu, społeczności odmieńców  tak wyraźnie wyróżniającej się na tle wielotysięcznej masy szaro - zielonych spławikowców, gruntowców czy nawet spinningistów. Kiedyś wiele, wiele lat temu z zapartym tchem słuchałem opowieści gdzieś w wędkarskim towarzystwie  –  on jest wędkarzem muchowym. W oczach młodego wędkarza była to postać z bajki, choć po niedługim namyśle przyszła refleksja, że nie chcę być takim księciem. Wolałem pozostać tytułową żabą, zdobywcą łatwego, rybiego mięsa   odnajdywanego bez trudu spinningiem nieopodal szuwarów. W tamtych czasach postrzegałem wędkarstwo muchowe jako kosztowną i snobistyczną metodę połowu, wymagającego koniecznie odmiennego sprzętu, stroju i ekwipunku oraz uwieszonej na końcu zestawu muchy, którą wypada machać bez końca. Czyli uprawiać zajęcie meczące, nudne w efekcie którego na wędce zadynda mały pstrąg i wobec tego na cóż mnie te wszelkie inwestycje. Były to czasy jednej błystki spinningowej – Algi, którą bez względu gdzie i jak  prowadziliśmy, efektem była ryba na kiju. Tak też postrzegałem muchę,  przynętę uniwersalną ot trochę piór namotanych na haczyk, które płynąc po wodzie same łapią pstrągi,  a wędkarzy muchowych jako snobów, którzy wykonują tą czynność, byleby wyróżnić się z tłumu. Dziś trudno to zrozumieć, bo wędkarze w tamtych czasach maszerowali równym krokiem, jako część szarego, socjalistycznego społeczeństwa a wędkarstwo muchowe postrzegane było jako forma odmienności, manifestowanej przez niewielu rozumianą kulturę, nawiązującą do zgniłych tradycji zachodu.

Dopiero w tym miejscu powinno paść pytanie - Cóż tak magicznego jest w połowach na muchę?  Dla wielu niestety nic, gdy jedynie zamieniają obrotową błystkę czy wobler  na ciężką nimfę.  Napisano już o tym wiele gdy zamiana na wędkę muchową ma służyć jedynie dostaniu się do ryb, które stoją poza zasięgiem innych metod wędkowania. Przy okazji niejako załatwiona zostaje druga sprawa, czyli dostąpienie bram elitarnej, powszechnie poważanej społeczności wędkarzy muchowych, przez umieszczenie na głowie kapelusza z piórkiem. Kłopot w tym, że  w moim głębokim przekonaniu społeczność ta nie jest elitarna w znaczeniu sprzętu, stroju czy ekwipunku, ale w sposobie postrzegania rzeki i jej mieszkańców. I ja potrzebowałem lat  by zrozumieć tą zależność , której nie da się sprowadzić do prostej relacji przynęta – ryba. Często na forum FF  czytam głosy kolegów, pragnących dostąpić wielkiego świata wędkarstwa muchowego, zaczynających od pytań o sprzęt dla początkującego, czyli uniwersalną wędkę  w dalszym rozumieniu uniwersalną metodę, czy muchę. W takim przypadku wkrada się pokrętne myślenie, że takowe istnieją a jedynie możliwości finansowe wyznaczą wybór konkretnego modelu. Niewielu zadaje sobie trud by pomyśleć, czego oczekują od muchowej wody i co ona może im zaoferować.

Dzieje się to z prostej przyczyny  bo już na starcie zapomina się o tym,  że wody krainy pstrąga i lipienia stanowią środowisko  ściśle powiązane z cyklem życiowym otaczającej je przyrody. Środowisko zróżnicowane zarówno pod względem występujących w nim gatunków łososiowatych, bazy pokarmowej, cyklów aktywności dobowej i rocznej ryb oraz specyficznym , wyróżniającym każde łowisko  charakterze budowy koryta rzecznego i przepływu wody. Wszystko to  przekłada się na  umiejętność czytania wody,  warunek wręcz podstawowy przy wyborze metody połowu, rodzaju muchy, linki a w ostatnie kolejności  wędki lub kołowrotka.

W przeważającej liczbie przypadków  kandydat na wędkarza muchowego ma upatrzoną lokalną rzekę, rozpoznaną bojem metodą spinningową i stara się wprost przełożyć swoje dotychczasowe doświadczenia na metodę muchową. Tak się jednak nie da, bo o ile rozpoznamy rzekę w znaczeniu fizycznym przy udziale przynęt spinningowych, to zapominamy czym jest zamiana ich na muchę a raczej czy w istocie mucha jest. Najkrócej rzecz ujmując jest odwzorowaniem lub imitacją określonego gatunku owada oraz jego stadium rozwoju, cech charakterystycznych dla warunków konkretnej rzeki. To właśnie wyznacza wybór muchy a w dalszej kolejności sposób jej prezentacji, w konsekwencji wybór linki i wędki. Takie dylematy nigdy do końca nie zostaną rozstrzygnięte podczas internetowych dyskusji i porad w postaci uniwersalnych recept. Początkiem zatem naszej drogi z wędką muchowa powinna być obserwacja naszego łowiska, dobre poznanie jego mieszkańców i zwyczajów, nie tylko ryb. Dopiero wtedy wiemy jak sformułować pytanie o sprzęt, mając wiedzę i podejmując świadomy wybór między suchą muchą, mokrą, nimfą czy streamerem. Drogą na skróty bywa też  korzystanie z doświadczenia okolicznych kolegów po kiju, ale i ona niesie ryzyko powielenia błędów, które takowi utrwalili w przypadku słabej wiedzy.


W obecnej pogoni za szybkim wędkarskim sukcesem  wielu zapatrzonych w wizerunki okazałych pstrągów czy lipieni w postaci licznie publikowanych zdjęć  zapomina,  że na ten efekt złożyły się setki a może tysiące godzin spędzonych nad rzeką. Niezliczone kamienie odwracane w poszukiwaniu i rozpoznawaniu owadów. Obserwacje pór wylotu jętek i chruścików  ich wielkości i kolorów a dla ich muchowej imitacji, przerzucone tomy literatury odsłaniające tajniki i techniki wiązania much. Z czasem i wam uda się to ogarnąć a nabyte doświadczenie na własnej wodzie z powodzeniem przełożycie na inne łowiska, muchy i metody muchowego połowu. Choć życia nie starczy, by posiąść wszelką wiedzę ... Po prawdzie pierwsze publiczne pytanie początkującego powinno brzmieć: Z moich obserwacji wynika, że na mojej rzece w kwietniu roją się brązowe chruściki chętnie zbierane przez pstrągi. Jak mogę wykonać muchę  imitującą tego owada …? Drugim zaś, jak taką muchę zaprezentować, jaką linką i jak dobrać do niej wędkę?


Oczywiście nie każdy stanie się autorem udanych much  mimo usilnych prób i samozaparcia, czasem talentu zabraknie  jednak tak postawione pytanie jest właściwym i uczciwym przynajmniej w stosunku do siebie. W tym miejscu pominę nawet kwestię nieopisanej radości i satysfakcji  z racji złowienia pierwszej ryby,  na własnoręcznie wykonaną muchę. Dziś żyjemy w czasach  cudownie szybkiego przepływu informacji. Jednak pamiętać musimy, że internet to wyjątkowy śmietnik, gdzie mieszają się wartości z tandetą a wręcz przekłamaniem czy mijaniem się z prawdą. Nie oszczędza to również wędkarstwa muchowego, dlatego podstawą naszej wiedzy  obok własnych obserwacji i doświadczeń kolegów, winna być tak już zapomniana książka. Literatura, szczególnie fachowa  czy specjalistyczna od zawsze zobowiązywała do rzetelności przekazywanych treści i bez wątpienia taką pozycją jest książka Kolegi Adama Sikory  ”Wędkarstwo muchowe”



Pozycja, która powinna być pierwszą z poznanych treści  zanim nasz umysł nasiąknie i utrwali cały ten szum informacyjny czerpany z internetu, jakże często przekazujący fałszywą wiedzę. Pamiętam gdy jako nastolatkowi wpadła mi w ręce książka ”Wędkarstwo jeziorowe” autorstwa Tadeusza Andrzejczyka  i jak zmieniła moje widzenie wędkarstwa. Przeczytałem ją dziesiątki razy od dechy, do dechy przeżywając z autorem jego wyprawy, porady, nie mogąc doczekać się chwili  gdy nad brzegiem wody stanę się prawdziwym wędkarzem jeziorowym. Jak bardzo profesjonalnie potraktowany temat  zweryfikował moje skromne doświadczenia, wyobrażenia, czy wręcz widzi mi się. Jak od tego czasu zmieniały się moje wędki, grubość przyponów, rodzaj przynęt, miejsca połowu i gatunki ryb o jakich poprzednio nie śniłem, choćby lin, czy nawet pospolita wzdręga. Czytajmy książki …


Dzisiejszy wpis rozpocząłem od pytania: Cóż tak magicznego jest w połowach na muchę? Wymieniłem elitarność, choć dość szybko dyskredytując ją jako właściwe kryterium. Jednak przymiotnika elitarny w znaczeniu troski o krainę pstrąga i lipienia  odmówić naszemu środowisku nie wolno i nie wypada. To jest chyba najistotniejsza z naszych cech, która daje nam prawo wyróżniania się z wędkarskiej społeczności. Nie sprzęt  czy gustowny kapelusik podkreślający przynależność do klanu  jest powodem do dumy, ale codzienna troska i praca wielu Kolegów  na rzecz lokalnych łowisk. Ich ochrony, budowy tarlisk, zarybień, walki z przejawami ludzkiej głupoty w zapędach niszczenia rzecznych koryt, czy walki z kłusownictwem.
Jesteśmy małą społecznością na tle ogromnego Polskiego Związku Wędkarskiego, ale wobec wędkarzy mchowych cisną się na usta, słowa Winstona Churchilla:
”Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak nielicznym”
I z tego możemy być dumni ...
Na koniec, nie miejcie mi proszę za złe  tytułu jakim obarczyłem ten wpis. Wszelkie wynikającego z niego sugestie biorę przede wszystkim do siebie, osoby która w drodze do wędkarskiego muchowego spełnienia, popełniła wszystkie tu opisane grzechy i zaniedbania.

Choć może związkowa żaba powinna podstawić nogi do podkucia, przez wędkarzy muchowych.





21.03.2013

Nie pokłócimy się nawet o wędki


Bo każde z nas ma swoje …
Tak to już w naszej rodzinie jest, że łowienie ryb jest zajęciem ulubionym a ładniejsza jej połowa zaprawiona jest w wędkarskich wyprawach. Szczęściem dla mnie, towarzystwo żony na rybach nie jest okazjonalnym wydarzeniem, sprowadzonym jedynie do pikniku nad wodą. Nie straszne jej dokuczliwe komary, chód poranka, deszcz i słota, czy spiekota. Wędkowanie Sylwii ma dodatkową zaletę, bo nigdy nie muszę tłumaczyć się z wydanych na mój sprzęt pieniędzy a jedynym sporem,  jest ustalanie co ona też sobie kupi, oczywiście w postaci kołowrotka z wolną szpulą, czy nowego feedera.



Gdy wokół płeć piękna rozkłada się do plażowania, moja Sylwia rozkłada wędki. Kiedy paniusie o długich szponach sprawdzają stan piknikowych lodówek i koszyków, ona sprawdza stan robaków, zanęt i gotowość sprzętu. W głębokim poważaniu ma znaczące spojrzenia jeziorowego towarzystwa, spoglądającego na jej wodery a kapelusik w kolorach khaki, wyróżniającego ją z nieodległego tłumu poukładanych jak foki plażowiczek. I dla mnie jest tu pole do zaskoczenia, bo zawsze z uznaniem przyglądam się jak bez oporu nadziewa na haczyk białe lub czerwone robaki. Kobiecy kunszt kulinarny, przydaje się w składaniu i mieszaniu zanęt a często zapachowe olejki na niedzielne ciasta znikają w tajemniczych okolicznościach.

Czasem bywa zabawnie gdy zawstydzony lub zakłopotany widokiem kobiety z wędkarskim ekwipunkiem, macho ze złotym łańcuchem na szyi w pospiechu wyciąga z bagażnika wypasionej bryki, dyżurną ruska teleskopową wędkę. W odpowiedzi manifestuje przed rodziną samczą dominację, atawistyczną potrzebę udowodnienia, kto tu na rybach rządzi i komu natura przydzieliła rolę zdobywcy mięsa. Na jego zestawie zwykle dynda blacha cud, która za chwile skusi wodnego potwora, jakże wspanialszej zdobyczy wobec marnych leszczy w siatce Sylwii. Macho długo jednak nie wytrzymuje, bo ile się da łowić na bezdechu z powodu wciągniętego na tą okazję brzucha. Jednym słowem na rybach żona czuje się jak rybka w wodzie, jest w swoim żywiole, w świecie wędkarstwa gruntowego. Do spinningu się nie garnie, bo małe rączki i cienkie nadgarstki, szybko stają się bolesne, choć jak rzucam hasło okonie, to powyższe argumenty idą w zapomnienie.



Preferuje zdecydowanie zasiadkę z gruntówką lub spławikiem a dla mnie jest to dopust boży, bo nie bardzo potrafię usiedzieć na miejscu i mogę w tym czasie swobodnie krążyć jak satelita ze spinningiem. Zatem jedynym moim obowiązkiem i powinnością, jest dotarganie wędkarsko – gruntowego majdanu na stanowisko i już mogę śmigać po wodzie swoimi przynętami.


Wspólnych wypraw odbyliśmy dziesiątki, na różne wody, ot gdzie oczy nas poniosą, choć ulubionym jest nasze wędkarskie siedlisko, na styku dwóch dużych jezior kaszubskich. Tam każdego dnia sezonu, wita i żegna nas widok z tarasu, na wschody i zachody słońca, które wyznaczają pory wędkowania.


Wody te choć z mojego punktu widzenia szczupaka, okonia czy sandacza, z roku na rok stają się bardziej jałowe, to nadal stoją pięknym leszczem, płocią i wzdręgą. Ryby te jednak dostępne są powszechnie i nie budzą już takich emocji, nawet w postaci okazów o połów ich pozostawiam wyłącznie Sylwii. Natomiast węgorze … o tak, i  ja się piszę na wspólne, nocne wędkowanie. Niewiele jest piękniejszych widoków, niż te z rodzaju zachodzącego nad jeziorem słońca a taka pora wyznacza godzinę wieczornej zasiadki. Nawet po wietrznym dniu, powietrze ustaje, tafla wody z każdą chwilą mniej marszczy swoje oblicze, by na koniec stać się lustrem, w którym odbijają się kontury okolicznych wzgórz, drzew i sylwetek domostw. Zmieniają się kolory, zmieniają się dźwięki, gdy turystyczny gwar zamiera a w to miejsce rozpoczynają swój koncert świerszcze i żaby. Znacie tą wieczorną ciszę, gdy najsłabsze tony i głosy przyrody, niosą się echem po jeziorze. Wokół robi się przytulnie, nastrojowo, ogień z palonego ogniska z każdą chwila nadchodzącej nocy, śmielej rozświetla co raz to głębsze ciemności. Taka staje się też woda, jakby głębsza, czarniejsza, by ostatecznie wydawać się bez początku i końca. Właśnie wtedy, na styku dnia i nocy zapuszczamy swoje przynęty w poszukiwaniu węgorza, ryby nie mniej tajemniczej niż nocne jezioro.



Wędkarsko ukształtowałem się na Sanem, w czasie gdy królowała klasyczna ciężka gruntówka w połowie brzan, czy świnek i choć dziś mosiężne dzwoneczki wiązane wtedy źdźbłem trawy na szczytówkach, zastąpiły elektroniczne sygnalizatory brań, to przez lata zawsze łowiłem biała rybę a szczególnie węgorze starą metodą. Dopiero Sylwia otworzyła mi oczy na inne możliwości, wynikające z połowu tej ryby zestawem spławikowym ze świetlikiem
Dla niej to rzecz oczywista, bo od młodości towarzyszyła ojcu i bratu w wędkarskich wyprawach i tak w rodzinie węgorze się łowiło. Dla mnie któremu wydawało się, że poznałem już wszelkie wędkarskie praktyki, otworzyła się możliwość przeżycia nowych emocji.
W pierwszych zasiadkach, jako niedowiarek, na wszelki wypadek stawiałem gruntowy zestaw, wypuszczając przynętę na ile pozwalał zasięg wyrzutu, starając się ją umieścić na przysłowiowym środku jeziora. Jednak szybko poddałem się nowemu rytmowi połowu, gdy spławikowy zestaw Sylwii lądował na płytkiej wodzie, w zakolu zatoczki, lub pod trzcinowiskiem. Zapadała noc, ognisko przygrzewając rozświetlało jedynie najbliższe metry otoczenia a na czarnej wodzie jarzyły się oliwkowe plamki chemicznego światła wędkarskich świetlików.


Po dłuższy czasie wpatrywania się w ciemnościach na małe świecące punkciki, oczy płatały figle, sugerując ruch spławika i początek brania. Było to jednak złudzenie powodowane falowaniem ciepłego powietrza, ruchem wody po spławiającej się rybie, lub widzeniem tego, co chciało się zobaczyć. Nic jednak nie oszuka wzroku, gdy węgorz podnosi naszą przynętę a świecący spławik zaczyna swój taniec na czarnej wodzie. Początkowo w miejscu a to zatapiając się znika z pola widzenia a to niewielkim ruchem przemieszcza się po lustrze wody, by ukazać się w nieco innym miejscu. Nagle znika i tylko wysuwająca się żyłka oznajmia kontakt z rybą. Jeszcze nie, wynurzył się kilka metrów dalej, stoi w miejscu co raz słabiej w oddali widoczny świecący punkcik. Znów znika, żyłka idzie ostro z kołowrotka, jestem gotów i czekaj … widzę światełko, lecz po chwili bezpowrotnie ginie w morkach nocy. Ponownie żyłka schodzi ze szpuli, już zamykam kabłąk, zacięcie i pulsujący ciężar oznajmia rybę. Wędzisko solidnie gnie się pod ciężarem, amortyzując wszelkie próby zatrzymania węgorza w toni. Ostatnie metry wody oświetlone blaskiem ogniska, dają pole by wijący się i zapierający kształt stawał się co raz bardziej widoczny. W ostatniej fazie wyślizgnęła na brzeg ryba, staje się ukoronowaniem świetlistych emocji ... węgorz.


I tak to z moją żoną jest … Jeśli sam nie zafunduje sobie wędkarskich emocji, zawsze mogę liczyć na nią. Łowimy czasem razem, często samodzielnie wymykam się na łowisko, jednak łączy nas wspólna wędkarska pasja, chęć przeżywania kolejnych przygód, spędzania każdej wolnej chwili nad brzegami wód, które od lat kochamy, zawsze z wzajemnością.





20.03.2013

Ech, gdybym miał wtedy takie muchy


W rozwinięciu poprzedniego tematu, zapraszam do mini galerii much szczupakowych
Kolegi Adama Gierczaka  -  z muchowego pudełka   ...








19.03.2013

Ech, gdybym miał wtedy muchówkę


Krajobraz Pojezierza Kaszubskiego został ukształtowany przez lodowce.
Począwszy od wysokich nadmorskich klifów utworzonych przez moreny czołowe, przez dolinny, w których swój bieg odnalazły liczne rzeki i potoki, do głębokich rynnowych jezior i płytkich jeziorek, tworzonych przez moreny denne cofającego się lodowca. Wszystkie te wody a szczególnie te ostatnie, były niegdyś krainą szczupaka. Ryby doskonale znanej ze swej żarłoczności i relatywnie łatwej do połowu, nawet przez początkujących wędkarzy. Powszechnie wiadomo, że cechy te obok marnych przepisów ochronnych w postaci przez wiele lat obowiązującego wymiaru ochronnego 40 cm oraz masowe i niepohamowane połowy spowodowały prawie całkowity zanik tego gatunku. W miarę kurczenia się ilości szczupaka, równolegle następował postęp zarówno w postaci przynęt, jak i nowych metodach połowu, doprowadzając do stanu obecnego, czyli traktowania szczupaka, jako zdobyczy wyjątkowej. Ten, któremu przyszło wędkować w latach ubiegłego wieku, zwykle nałowił się szczupaków do syta, ma w swojej kolekcji okazy 10 -kilowe i większe a królujący zresztą do dziś spinning, nie pozostawiał pola do dylematów, czy może łowić go wędką muchową. Nie potrafię rozstrzygnąć czy obecnie szczupak na muchę jest efektem świadomego wyboru metody połowu, czy substytutem ryb łososiowatych dla wędkarzy na co dzień pozbawionych łowisk tego typu, ortodoksyjnie trzymających w dłoniach wyłącznie wędkę muchowa. Jak by nie była motywacja powyższych, to z trudem mogą odnaleźć jeszcze łowiska dające okazję do konfrontacji swoich much ze szczupakiem. Z tego też powodu i ja ogromnie żałuję, że do wędkarstwa muchowego trafiłem zaledwie 12 lat temu, bo jeszcze na starcie moich muchowych prób, były wody stojące szczupakiem, zarówno pod względem liczebności jak i okazałości ryb. Dziś odtwarzam w pamięci miejsca i wydarzenia, próbując wyobrazić sobie jakie emocje mogły towarzyszyć na tej wodzie połowom na muchę a była to woda wymarzona pod tą metodę. Trzy niewielkie jeziorka, stanowiące kompleks, połączony strumyczkiem, położone tuż przy drodze przelotowej w kierunku wielkich jezior Raduńskich i Ostrzyckich.

To wielkie wody przyciągały niezliczone rzesze miejscowych wędkarzy jak i turystów w pospiechu mijających niepozorne oczka. Czasem ktoś zatrzymał się na chwilę, by wykonać kilka pospiesznych rzutów spinningiem, jednak zniechęcony i przyciągany magią rozległych jezior, porzucał niepozorną wodę kuszony wizją wielkich ryb w głębinach i obszernych zatokach kaszubskich jezior. Mnie jednak nigdy te polne oczka nie dawały spokoju a gdy zmęczenie tłokiem na wielkich wodach przekroczyło granice mojej percepcji, postanowiłem zatrzymać się nad wodą nieopodal wiejskich zabudowań. Poszedłem do gospodarza podpytać o własność jeziorek i możliwość wędkowania. Jedno z nich okazało się być w posiadaniu odwiedzonego rolnika, który po długich namowach zgodził się bym mógł połowić na jego wodzie. Pozbawił mnie jednak złudzeń co do potencjalnych efektów, bo jak stwierdził jeziorko nigdy zarybiane nie było, sieciami nie odławiał i praktycznie nie wie co w nim żyje, ot jest bo jest. On ma dość roboty z inwentarzem i uprawą dużego gospodarstwa by zawracać sobie głowę podmokłą łąką i wodą, która przypadła mu jako ojcowizna. Do końca rozmowy zachowałam pokerową twarz, jednym okiem łypiąc na gospodarza, drugim na wodę, która wręcz wzywała – chodź przekonasz się jakie tu są szczupaki.

Piękny majowy dzień a ja stoję nad dziewiczym i urokliwym jeziorkiem , choć trudno to nazwać staniem. Brzegi to gąbczasta masa zbitej nabrzeżnej i wodnej roślinności, uginająca się i sprężynująca przy każdym kroku. Przechodząca w zakolach w rozległe połacie wynurzających się z promieniami wiosny grążeli, lub niewielkie nieco bardziej suche łączki a wszystko otoczone pasem tataraku. Jestem sam, nigdzie nie muszę się spieszyć, cała woda tylko dla mnie. Na pobliskiej szosie śmigają samochody wędkarzy, w sobie tylko znanym kierunku. Ptaszki ćwierkają, zieleń w promieniach majowego słońca nabiera z każdą chwilą, co raz to bardziej soczystych barw. Nie ma wiatru, jest spokojnie, miło i przyjemnie, godzina dziesiąta, magiczna dla aktywności szczupaka i chyba tylko to skłania mnie do rzucenia tobołków w pobliskie krzaki, pospiesznego montowania zestawu i  ...


Pierwsze rzuty whadłówką, odkrywają głębokość wody, która dochodzi zaledwie do 2 m, zatem lżejsza obrotówka i pierwszy szczupak na kiju. O cho, dobrze jest ….


I tak dobrze było przez kilka lat, gdy odwiedzałem to jeziorko w maju i miesiącach jesiennych.
Złowiłem tam dziesiątki szczupaków, zwykle 2 – 3 kilowych, trafiały się piątki, ale przyszło mi też zmierzyć się z lokalnym „ krokodylem” W ogóle to była dziwna woda, o ile w maju niczym się nie wyróżniała w znaczeniu reakcji ryb na typową pogodę wiosenną, czyli wybieranie dni spokojnych, ciepłych i bezwietrznych. O tyle jesień była królową wiatrów. Wszelkie próby kuszenia szczupaka w tym czasie podczas dni bezwietrznych były mało skuteczne, co nie znaczy bezcelowe. Jednak chcąc solidnie połowić, przed ewentualnym wyjazdem a miałem do tej wody 40 km, stawałem przy oknie oceniając wiat. Dziś solidnie wieje, jadę na szczupaki.
Jesienią było jak z miętusem, im gorzej tym lepiej a gdy wiatr smagał taflę jeziorka, woda kłębiła się pod naporem wiatru, szczupaki szalały.

W takich warunkach pewnego listopadowego dnia, powodowany świadomy wyborem pogody stanąłem nad brzegiem mojego eldorado. Dość szybko na kiju zameldowały się dwie pierwsze ryby, taki standard 2 – 3 kg. Ponieważ cała ta woda była w zasięgu nawet obrotówki, kolejny rzut posłał błystkę na sam środek jeziorka, a po pierwszym obrocie korbką nastąpiło ni to trącenie o dno, ni to stuknięcie o podwodną roślinkę i zaczep. Jaki zaczep pomyślałem, przecież tam nigdy nic nie zatrzymało kotwiczki, no chyba że szczupak …. ??? Nie długo przyszło mi czekać, by przekonać się o słuszności podejrzeń, gdy zaczep ożył, przyginając szczytówkę do wody. Ryba nawet nie ruszyła, tylko zapierając się w toni oznajmiła swoją wielkość. Początkowo szedł jak kłoda, by bliżej brzegu wykonać kilkanaście widowiskowych odjazdów i młynów. Ostatecznie zmęczony wyłożył się na płytkiej wodzie objawiając soją wielkość. Szerokie, oliwkowe cielsko wreszcie pozwoliło na chwyt pod skrzela i wyniesienie na brzeg. 10 kilogramów i blisko metrowej długości szczupak, był tego dnia ukoronowaniem sezonu.

Jadąc kolejnej wiosny zastałem na jeziorze tablicę z napisami typu: Uwaga miny, Zły pies, Wysokie napięcie, Woda prywatna – Zakaz wędkowania a jak się okazało w rozmowie z właścicielem, zimą wydzierżawił komuś wodę i to był koniec mojej,  szczupakowej ziemi obiecanej.

Jednak to nie koniec opowieści … Takich wód już nie ma, wielka w tym szkoda, bo wspominając tamte czasy w zestawieniu z dzisiejszą wiedzą o połowie na muchę, bez względnie porzuciłbym spinning dając sobie okazję do zmierzenia się z tamtymi rybami wędką muchową. I nie w znaczeniu barku alternatywy, bo otaczają mnie piękne wody krainy ryb łososiowatych, ale traktując to jako wyzwanie dla moich muchowych umiejętności, zarówno w sposobie prezentacji jak i wiązania much szczupakowych. Zapewne złowienie ryby na ” moim” jeziorku nie byłoby specjalnie trudne, choć bez wątpienia emocjonujące. Dlatego dziś z uznaniem spoglądam na Kolegów, dla których połów szczupaków na muchę jest celem wędkarskich wypraw, mimo zdewastowanych wód, niegdyś stojących tym gatunkiem.

Może jest gdzieś jeszcze,  taka jak opisana woda, ale dziś stanowi najtajniejszy sekret i dobrze chronioną tajemnicę, nie powierzaną nawet najlepszym kolegom po kiju. Smutne, że dotyczy to szczupaka, dawniej ryby pogardzanej za jej głupotę i łapczywość pożerania metalowego  złomu, dziś będącej przedmiotem opowieści, wspomnień  oraz westchnień początkujących wędkarzy.