30.06.2013

Kobieta mnie bije


Kobieta mnie bije ... pewnego sobotniego wieczoru odebrałem telefon od przyjaciela tej właśnie treści. Wszystko za sprawą Marzeny, która to podczas wspólnego wędkowania złowiła pięknego pstrąga potokowego, klasycznego czterdziestaka. Treść naszej rozmowy miała zdecydowanie żartobliwy ton a użyte stwierdzenie było jedynie aforyzmem z filmu "Seksmisja" na podkreślenie sukcesu Marzeny wobec marnych wyników kolegi. Jednak gdzieś w jego głosie krążyła nutka urażonej męskiej dumy i do dziś nie mam pewności czy nie była przypadkiem wyznaniem prawdziwej skali własnej porażki. No cóż, sam zgotował sobie taki los wprowadzając Maszkę w świat wędkarstwa i teraz musi z pokorą dźwigać brzemię kobiecych sukcesów.  


Wszystko co napisałem powyżej podkreślamy teraz gruba krechą, uznając jedynie za wprowadzenie do tematu w konwencji żartu, bo sprawa jest jak najbardziej poważna. Pierwszy sezon wędkowania Marzeny, to rok spinningu. W tym miejscu wypada podkreślić niewątpliwy zapał i cierpliwość w zdobywaniu praktycznej wiedzy, które szybko przerodziły się w wędkarską pasję. Nie taką niedzielną, stanowiącą sposób na wspólne spędzanie weekendowych dni, ale prawdziwą miłość do rzeki od pierwszego wejrzenia. Nie straszny jej upał południa, chłód poranka, deszcz czy chaszcze w drodze na łowisko. Z radością zamienia modny i z gustem dobrany codzienny strój, na wodery, kurtkę i oczywiście australijski kapelusz. Ten właśnie stanowi nie tylko okrycie głowy, ale swego rodzaju talizman, bez którego ryby brać nie będą. Choć rzadko mieliśmy okazję wspólnie wędkować, to nawet te kilka dni były wystarczające, by dostrzec w Marzenie instynkt rzecznego łowcy. To rzadka cecha, która jednym jest dana od Boga, inni latami szukać jej będą pośród licznych wyjazdów nad wodę. Czytanie rzeki, szukanie pstrągowych miejscówek stanowi miarę wędkarskiego sukcesu a nauka tej trudnej sztuki trwać może latami, czasem do końca życia nie stając się udziałem wędkarza. Marzenie przyszło to zadziwiająco łatwo, gdy niejednokrotnie cierpliwie obławiała różnymi przynętami samodzielnie wybrane stanowiska, efektem były pstrągi na kiju.

Przyszedł jednak czas na wędkarstwo muchowe, które od początku było celem drogi przez spinningowe zmagania. Jedynie kompletowanie zestawu odsuwało w czasie chwilę gdy Marzena stanie nad brzegiem rzeki z własną muchówką. Wczoraj nadszedł ten dzień, gdy w piątkowej poczcie odebraliśmy przesyłkę z wędziskiem. Sobota nie układała się najlepiej z racji domowych obowiązków i dopiero wieczorne godziny dały okazję do spotkania i krótkiego wypadu nad rzekę. Czyli telefon od przyjaciela, przyjeżdżają z Marzeną czynić muchową powinność. Choć miałem świadomość że Reda nie jest najlepszym miejscem początku muchowej drogi, z ochotą zgodziłem się przyjąć rolę przewodnika. Jedynie tutejsze lipienie skłaniały do wyboru łowiska a możliwość ich złowienia, rokowała ujrzenie szerokiego uśmiechu na na buzi „Naszej Pani”. Gdy stanęliśmy nad pierwszą miejscówką i w pokazowych rzutach złowiłem lipienia, kwestia pierwszego lipienia Marzeny zdawała się być tylko kwestią czasu. Bardzo szybko złapała rytm pracy wędziska, linki i nimfy. Z sobie wrodzonym wdziękiem i instynktem obławiała urokliwy wlew, z każdym kolejnym pociągnięciem zestawu doskonaląc technikę. W tej jednak chwili stary, niesprawdzony łącznik puścił wiązanie przyponu a rozerwana pętla zmusiła do sklecenia naprędce prowizorycznego łączenia. Powstała w ten sposób spora klucha na końcu sznura, praktycznie zabrała nam przyjemność wędkowania, czyniąc pracę zestawu dyskomfortową i nieskuteczną. Aby nieszczęść było więcej na mojej „domowej” lince też pękł łącznik na ostatnich tęczakowych zmaganiach i nie mogliśmy reanimować zestawu zastępując go moim sznurem. Takie były trudne początki, pierwszy dzień muchowego wędkowania Marzeny, ale mimo przeciwności losu z godnością i podniesionym czołem dotrwała z nami do zmierzchu. Wieczór zakończyliśmy na malowniczej nadrzecznej polanie, gdzie otwarta przestrzeń dała okazję do nauki rzutów długą linką, bo jak znam Marzenę prawdziwą przyjemność odnajdzie w delikatnym kładzeniu suchej muszki w zasięgu oczkujących w oddali pstrągów i lipieni. Może i dziś rzeka lipieniem nie obdarzyła, ale nad swoimi brzegami doceniła obecność Pani, racząc pięknie kwitnącymi wodnymi kwiatami.


Łączeń baldaszkowy  (Butomus umbellatus L.) 

28.06.2013

Tęczakowe smaki


Stan rzeki jest chyba najgorszy z możliwych. Po obfitych, niedzielnych opadach woda znacznie się podniosła, po czym gwałtownie opadła, pozostawiając w swoim nurcie osady czyniące z niej kolor kawy. W takich warunkach przyszło mi weryfikować kolejne wzory much do połowu pstrąga tęczowego. Dzień pierwszy nie przyniósł efektów, choć na początek poszukiwań tęczkowego wzoru wytypowałem nimfę " różowe gacie". Widoczny na zdjęciu poniżej wzór, to przypomnienie niegdyś łownej muchy lipieniowej. Pstrągom tęczowym nie smakowała a efektem połowu był jedynie mały lipień. Choć i tak się dziwię, że w obecnych warunkach mając na myśli kolor wody, był w stanie ją dostrzec.


Nie zamierzam jednak iść na łatwiznę i w gorszych warunkach wędkowania sięgać do tajemnic mojego muchowego pudełka. Znajduję sporo satysfakcji w podnoszeniu poprzeczki a gdy uwieńczeniem jest ryba, wędkarski sukces smakuje po wielokroć bardziej. Czyli najbliższe dni będą testem kolejnych nimf wiązanych z myślą o tęczaku. W pierwszej kolejności pora na widoczną poniżej "Peacock nymph", w której pokładam nadzieję, szczególnie wobec aktualnego stanu rzeki. To kolejny pomysł z rodzaju muchowych fantazji, który jest w zasadzie rozwinięciem koncepcji opalizującej dupki. W tym jednak przypadku zamiast Mylar Peral na odwłoku, na cały tułów dałem Mylar  Peacock. O ewentualnych efektach, nie omieszkam donieść ...


26.06.2013

Ten (czak) co dał wczoraj nogę



Dziś od rana lało jak z cebra, w innych okolicznościach może by mnie to zmartwiło, ale dla rzeki zbawienie. Ochłodziło się znacznie i po ostatnich upałach, słupek termometru wskazywał zaledwie 15 st. C. To nie zachęca do opuszczenia zacisza domu, szczególnie że bliskość rzeki pozwala na wybór każdego, kolejnego dnia na wędkowanie. Choć wczorajsze nieudane spotkanie z tęczakiem nie dawało mi spokoju, jednak wszędobylskość tego gatunku nie gwarantowała kontaktu w tym samym miejscu. Mimo wszystko przeważyła urażona duma i chęć sprawdzenia w boju nimfowego wynalazku, którego skuteczność mogła udowodnić jedynie złowiona ryba. Cóż było czynić, wobec trwającej ulewy kurtka "Raptor" na grzbiet i nad wodę. 

Rzeka wyraźnie odżyła, nurt stał się żwawszy a chłód powietrza dawał wrażenie równie zimnej i natlenionej wody. Chwilę się zawahałem czy nie spróbować sił z lipieniami, ale w ostatnim czasie obficie mnie uraczyły licznymi  i okazałymi sztukami więc pozostawiając je na pewien czas w spokoju, wybrałem odcinek z tęczakami. Miejsce to samo, nimfa ta sama, choć zmieniłem nieco kaliber haczyka, z rozmiaru 10 na 6. Nieco przesadziłem i po dzisiejszych próbach w wodzie, optymalnym wydaje się być rozmiar 8. Nad wodą nimfy nie zwiążę zatem szóstka powędrowała do rzeki. Pierwsza godzina wędkowania nie przyniosła efektów i gdy byłem już gotów uznać wczorajszy kontakt z rybą za przypadek, szarpnięcie zestawu oznajmiło okazję spotkania. Tym razem pewne zacięcie, kilka chwil zapierania się pstrąga w nurcie i lądowanie 40 - staka. Nie mam pojęcia czy to ten wczorajszy, bo ów wydawał się znacznie większy, ale jak pisałem ta ryba która uciekła jest zawsze największa. Tak czy inaczej znalazłem ostateczne potwierdzenie łowności "opalizującej dupki", małą satysfakcję niekoniecznie z rozmiarów pstrąga, ale na pewno z pomysłu jak go złowić. Nieszczęśnik trafił na patelnię, czyniąc zadośćuczynienie rodzinie, która z dezaprobatą przyjmuje moje meldunki o rutynowo uwalnianych lipieniach. Jak przystało na rybę konsumpcyjną, na zdjęciach pojawia się nieco krwi, zatem osoby o słabych nerwach proszone są o opuszczenie pomieszczenia. 


Dla zainteresowanych zawartością rybich żołądków, ryba wypchana była po brzegi ślimakami z gatunku Błotniarka jajowata Radix balthica (Linnaeus, 1758), syn. Lymnaea peregra (O.F.Muller, 1774) Prawdopodobnie forma lagotis (Lymnaea peregra v. lagotis), Muszla o wysokości 15-25 mm i szerokości 10-20 mm. Typowa forma dla wód o wysokiej klasie czystości, najrzadziej spotykana. Poniżej egzemplarz wydobyty ze złowionej ryby.






25.06.2013

Wunderwaffe


Zapewne każdy z nas ma ulubione i sprawdzone wzory much. Takie, które z wiarą zapuszczamy w rzeczną toń i zwykle złowienie ryby jest wtedy tylko kwestią czasu. Przekonani o skuteczności wybranego wzoru, godzimy się nawet z porażką wierząc, że wszelkie inne okoliczności po za muchą były powodem niepowodzenia.  Może i tak jest, bo bywają dni gdy ryby z sobie jedynie znanego powodu nie przejawiają ochoty do współpracy. Przychodzi jednak czas, gdy nasza muchowa wybranka daje nam okazję do niezliczonych spotkań z okazałymi lipieniami lub pstrągami. Dla wielu jest to pora trzymania się wybranej drogi, dla mnie zaś okazja do weryfikacji tego co w zaciszu muchowego warsztatu rodzi się nie tylko w imadle, ale i w mojej głowie. Choć temat nimfy został już przerobiony na wszelkie możliwe sposoby, to rodzaj tej muchy zawsze pozostawia i pozostawiać będzie pole do własnej inwencji . Tak też powstała wczoraj nimfa zwana -  opalizującą dupką, której tułów stanowi Antron, odwłok zaś Mylar Tinsel. Skoro już powstała wypadało niezwłocznie sprawdzić jej skuteczność. 

Miejsce akcji to odcinek z prawdopodobieństwem spotkania wszelkiej ryby i tam zapuściłem nimfę. Przy obecnym stanie rzeki woda jest martwa i trudno znaleźć sposób na skuteczne prowadzenie zestawu. Przypomina to kompromis między krótką a długą nimfą, gdy relatywnie krótki przypon i popuszczona linka  pozwala jednym pociągnięciem obłowić spory kawałek nurtu. Ma to jednak wadę, gdy chwilami tracimy kontakt z muchą, która toczy się gdzieś po dnie narażona na zaczepy. W takiej chwili podniesienie zestawu często skutkuje jednostajnym oporem, który trudno w pierwszej chwili odróżnić od uderzenia ryby. Choć ważnym jest by drogę nimfy zakończyć zawsze lekkim zacięciem, to po kilkudziesięciu pociągnięciach zestawu nie zawsze o tym pamiętam lub często świadomie rezygnuję uznając, że przelot muchy był bezproduktywny. Grzech zaniechania zwykle okrutnie się zemści, czego i mi przyszło doświadczyć. Moja nimfa pląsała gdzieś w nurcie bez chwilowej kontroli a w momencie wybierania linki narastał jednostajny opór zaczepu. Sporo już ugięte wędzisko mocowało się z rzeczną zawadą, gdy ta nagle odżyła przyginając szczytówkę do wody. Ryba ruszyła ze dwa metry pod prąd, nieco ku powierzchni, po czy zgrabnie wypięła się z haczyka. No cóż, co innego mogła zrobić skoro nie była zacięta. Mogła jedynie wyskoczyć na brzeg popełniając rytualne samobójstwo, by w ten sposób zadośćuczynić gapiostwu niefrasobliwego łowcy.  Szkoda, bo był to prawdopodobnie spory tęczak, ale ryba która uciekła jest zawsze tą największa. Pozostaje satysfakcja z obranej drogi co do miejsca, metody połowu, ale przede wszystkim z nimfy, której wizerunek powstał w zakamarkach wyobraźni. Dlatego tak bardzo lubię szukać nie tylko stanowisk ryb, ale też "cudownej broni" w postaci często przedziwnych wizerunków wiązanych much. Tak też powstało kilka wzorów lipieniowych nimf, które stanowią tajemnicę mojego pudełka.




23.06.2013

Lipienie na stres i pływające lodówki


Już mnie zmęczyła ta dyskusja na temat zainicjowany w poprzednim wątku, szczególnie ta trwająca na FFF. Jako, że jak zwykle do porozumienia nie dojdziemy, jedynym sposobem odreagowania był szybki wypad na wodę. Niedziela to niezbyt szczęśliwy termin, bo to czas kajaków, ale zawsze można liczyć na chwilową przerwę w potoku spływających łódek, lub brak zapału do przemierzania rzeki tego dnia. Wybrałem sobie prostkę o dość żwawym nurcie, bo w innych miejscach przy obecnie mizernym uciągu wody nie ma nawet co próbować. Stoję sobie już po środku nurtu, kukam w prawo, kukam w lewo, nadstawiam słuchy i nic, kajaków ani widu. Dobrze jest, linka na wodę i co? Ano dla odmiany płynie sobie rzeką lodówka. Nie jakaś tam pierwsza z brzegu i byle jaka, ale solidnie oprawiona przez zbieraczy złomu. Jedyne pociesznie, że jest to cicha jednostka, bez obsady wioślarskiej przeklinającej rzekę i swój na niej los. Kiedy już uporałem się z wydobyciem lodówkowego statku widmo, otworzyła się dla mnie kraina lipieni. 



Wypuszczona na solidną odległość nimfa, czesała sobie rzeczną toń, wykonując niespieszne pętle i zwroty kierowane unoszoną na wodzie linką. Już po kilku minutach solidne szarpnięcie i piękny lipień na kiju, tak pod 40 cm. Niewiele później drugi, nieco mniejszy. ale równie waleczny. Oba po pamiątkowej fotce wróciły do rzeki a ja do domu, bo nad okolicznymi wzgórzami zaczęło grzmieć, zapowiadając pierwszą od długich tygodni burzę. W chwil gdy piszę te słowa siedzę w zaciszu domu, spoglądając na deszcz, tak upragniony od miesiąca. Rzeka zapewne zmieni nieco swoje oblicze, może napływ wody deszczowej podniesie jej stan dając drogę pierwszym letnim srebrniakom. Jednak co by się nie wydarzyło, na " moje " lipienie zawszę mogę liczyć.






22.06.2013

Kup czego nie potrzebujesz


Muchowy warsztat z czasem staje się pokaźną składnicą materiałów, szczególnie gdy kręcąc własne muchy wędkujemy zarówno suchą, mokrą, nimfą lub streamerem. Zwykle pośród niezliczonej ilości piór, dubbingów, czy nici wiodących bez kłopotu odnajdziemy w naszej skarbnicy odpowiednie komponenty. Gorzej gdy któregoś zabraknie, lub nowy wzór wymaga niestandardowego elementu w postaci rzadko używanego koloru nici, przewijki lub podobnego drobiazgu. W takiej chwili pozostaje nam zakup, jednak na ofertę sklepów stacjonarnych nie możemy liczyć, bo te zwykle ledwie są w stanie zaoferować podstawowe materiały. Skazani jesteśmy zatem na sklepy internetowe i tu zaczyna się dolegliwy kłopot - cena przesyłki.

Daleko nie szukać -  w ostatnim czasie próbowałem uzupełnić materiały o drobiazgi, choć niezbędne, których wartość wyniosła, żeby być dokładnym  14.68 PLN i  co ?, ano najtańszy koszt przesyłki Poczta Polska Priorytet 12.99 PLN.( sklep Timen). Nie lepiej u Pana Gawlika 12,00 PLN, ale tu nie ma limitu zakupów i relatywnie jest to najtańsza przesyłka oraz dogodna oferta w przypadku drobnych zamówień. Owszem ładne kartoniki, taśmy z napisami firmowymi, tylko po co? Nie wiem jak długa jest historia kopert pocztowych, zapewne kilka wieków i z pewnością nadal są przyjętą, praktykowaną i bezpieczną formą przesyłania drobnych przedmiotów, takich jak w naszym przypadku nici wiodące, lamety, pióra czy sierści.  Nie sądzę by w takiej formie koszt przesyłki nawet priorytetowej przekraczał 6,00 PLN, co uzasadniało by jeszcze zamówienie w sklepie internetowym przedmiotów niewielkiej wartości. Mam wrażenie, że nie wprowadzając takiej opcji w cenniku przesyłek, właściciele sklepów niejako celowo i świadomie zmuszają nas przez kalkulację kosztów przesyłki do wartości zakupowanych przedmiotów, do czynienia jednorazowo większych zamówień. Krótko mówiąc jestem zmuszany kupić, to czego akurat nie potrzebuję.

W uzupełnieniu: za przesyłkę podobnych drobiazgów zakupionych w USA, płacę  3,5 USD a czas dostawy jest niewiele dłuższy niż karawaną Poczty Polskiej. O jakości i ilości w opakowaniu, tam zakupionych materiałów już nie wspomnę.

20.06.2013

Wola życia



To małe drzewko wyrasta na fragmencie starej, zmurszałej palisady, będącej niegdyś podporą kładki przez rzekę. Zaniesione wiatrem nasiono zadomowiło się w spróchniałym i wilgotnym pniu, dając początek nowemu życiu. Spójrzcie karczownicy nadbrzeżnej roślinności, melioranci i prostujący koryta rzek, kiedy skończą się unijne pieniądze, przyroda skutecznie zabliźni efekty waszej chciwości. Nawet urzędnicza bezmyślność nie powstrzyma witalnych sił przyrody a rzeka zawsze odnajdzie swoją drogę. Szkoda tylko, że już wylany przez was beton, umocnione brzegi, usunięte z koryta naturalne zawady, czy wycięta roślinność otoczenia rzeki, na lata i całemu pokoleniu odbierze prawo do bycia częścią dziewiczego krajobrazu. 

To drzewko w znaczeniu symbolicznym przetrwa, stanowiąc wartość niewspółmiernie większą niż ipady, komputery, quady  które kupujecie swoim dzieciom za pieniądze z rzecznego procederu, czyniąc je równie ułomnymi na swoje podobieństwo.  Powodowani wyłącznie rządzą pieniądza, zapewniacie jedynie byt swoim potomkom, znerwicowanym przed ekranem komputera. Zagonionym od dziecka na wzór ojców, do wyścigu szczurów, karmionym cwaniactwem, łapownictwem oraz wizją i potrzebą gromadzenia dobra, bez względu na wszystko. Wychowanym na wszechwiedzących forach i portalach społecznościowych, znających tylko jeden gatunek ptaka - chrupiące skrzydełka z KFC.

Ma to jednak swoją cenę, którą i wam przyjdzie zapłacić. Co wam pozostanie zaproponować w miejsce narkotyków, kiboli czy ADHD, przecież nie spływ plastikowym kajakiem w betonowym kanale.

19.06.2013

Katastrofalnie niski stan wody Redy


Reda, z każdym dniem odsłania co raz większe połacie dna. Poziom wody jest w zasadzie katastrofalnie niski i zanosi się jedynie na pogorszenie sytuacji. Nadchodzą upały i brak opadów w najbliższych prognozach, nawet tych burzowych. Te przewidziane jedynie dla zachodniej części pomorza, nie zasilą wód rzeki. Choć burza w lokalnym dorzeczu Redy może w każdej chwili zmienić sytuację, bo rzeka wyjątkowo szybko reaguje na spływ wody z okolicznych wzgórz morenowych, to próżno jej wyglądać. Do tego rozświetlona i wygrzana woda nie sprzyja aktywności ryb, które opuściły dotychczasowe miejscówki i trudno je obecnie zlokalizować. Dziś jest wyjątkowo spokojnie nad brzegami Redy, ale w poprzednich dniach porywiste wiatry nie zachęcały nawet to próbowania sił z suchą muchą, która była jedynym sposobem kuszenia lipieni w tych warunkach. Aby nieszczęść było mało, w sobotę i niedzielę ruszą nieodwołalnie kajakarze, by przeorać wiosłami tą resztkę wody, która pozostała w rzece. Weekendowi wędkarze powinni raczej zapomnieć o połowach w Redzie w tych dniach i szukać alternatywy na innych łowiskach. Będzie upalnie, tłoczno i wrzaskliwie, czyli jednym słowem przysłowiowy syf nad rzeką i wątpliwa przyjemność przebywania nad jej brzegami.


18.06.2013

Proszę liczyć od dziesięciu do jednego


Proszę powoli liczyć od dziesięciu do jednego  -  dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sze  ...


PZW moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach, prowadzi mnie nad wody, bym odpoczął.
Ożywia mnie na nowo, prowadzi mnie po właściwych ścieżkach ze względu na swoje imię.
Choćbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę ... 




Halo, proszę Pana
Proszę się obudzić, już po wszystkim.
Operacja się udała ...

Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę.





16.06.2013

400 metrów łososi


Fotorelacja z Norwegii, 
autor zdjęć: Adam Cholka. 


Adam ... kolega po kiju, mieszka nieopodal w Redzie. Choć z racji zawodowych obowiązków większość czasu spędza w malowniczej Norwegii, to czasem spotykamy się nad brzegami Redy. Bywa że uda nam się zorganizować wspólny wypad nad naszą rzekę, jednak widoków których doświadcza na co dzień wypada pozazdrościć. Kiedy obejrzałem nadesłane zdjęcia, pomyślałem - co ja tu robię. Stoję po kolana w mule, przedzieram się przez chaszcze, większość much zostawiłem na koronach okolicznych drzew. a tam ... wystarczy spojrzeć.
Miałem ogromny kłopot z wyborem zdjęć bo ilość była znakomicie większa, jednak formuła publikacji na blogu nieco ogranicza możliwości prezentacji. Wszystkie one jednak ukazują niewielki wycinek krajobrazu tego pięknego kraju, szczególnie bliski sercu wędkarza. 

Rzeka Riseelva zaczyna swój bieg z jeziora Risevatnet i wpada fiordu po ok 400 m w miejscowości Svelgen. Te zaledwie kilkaset metrów to nie tylko urokliwy potok o wartkim nurcie, kamienistym dnie i kryształowej wodzie. To również kraina łososi, których ciąg powinien własnie teraz mieć miejsce. W tej relacji jeszcze ich nie zobaczycie, ponieważ w tym sezonie są spóźnione. Jenak co roku począwszy od czerwca, do tej krótkiej rzeki wpływają prawdziwe okazy. Mam nadzieję, że Adam podzieli się z nami widokiem norweskich łososi, gdy nadejdzie czas ich wędrówki. Póki co, zadowolić musimy się wizerunkiem pstrąga potokowego. Dla mnie w tym potoku może nie być ani jednej ryby, może nie wpływać do niego ani jeden łosoś a i tak gotów jestem spędzić tam resztę życia, by móc cieszyć oczy takimi widokami.





Pięknie ubarwiony, rodzimy mieszkaniec rzeki Riseelva 







Szczyty gór Strynefjellet







Miejscowość Svelgen, położona nad fiordem 

14.06.2013

Letni sen rzeki



Sianokosy, czas który wyznacza początek przyrodniczego lata. Choć w kalendarzu pozostało sporo czasu do zmiany pory roku, to zmieniły się kolory, zapachy oraz widoki wiejskiego krajobrazu. Soczysta zieleń wiosny ustąpiła miejsca kwiecistej tonacji, rozświetlanej przypiekającym słońcem. Pola i łąki nabrały pastelowych kolorów, malowane niezliczoną ilością drobnych kwiatów i unoszącymi się nad nimi, nie mniej licznymi owadami. Świat zwolnił, wolniej latają ptaki zmęczone nieustanną gonitwą i napychaniem żółtych dziobów swoich pociech. Nawet bocian dostojnie krocząc za polową maszyną koszącą trawę, porusza się niespiesznym krokiem. Zapach siana przesyca powietrze a gorący i suchy powiew niesie woń pobliskich gospodarstw, tak obcą zmysłom mieszczucha. 

Rzeka również zwolniła swój bieg podobnie jak jej otoczenie a niska i wygrzana woda ledwie nadaje ruch, stanowiąc nurt powolnym i leniwym jak wszystko dookoła. Nadchodzą wieczorne godziny, czas wylotu jętki, ale i ona zgodnie z porządkiem upalnego dnia niespiesznie opuszcza zarośla. Kryjące się z wolna za horyzontem słońce z każdą chwilą odbiera scenerii kolory, zmienia siwą barwę owadów w czarno - białe kontury, widoczne już tylko na tle nieba i rzeki. Nieliczne jętki siadają na wodzie, to płyną chwilę, to znów podrywając się do lotu umykają pstrągom, których pyski tworzą z rzadka kręgi w leniwym nurcie. Wszystko dzieje się z wolna, jak w kadrze filmu w zwolnionym tempie. To jętkowe ostatki, mają tego świadomość owady, pstrągi i ja stojący na brzegu rzeki. Nic już nie będzie takim, gdy jak niedawno setki owadów oblepiając rzekę, czyniły z najostrożniejszy ryb niefrasobliwych łowców. Może to dzień ostatni kuszenia rzecznych kabanów, dla mnie z pewnością. 

Pośród nielicznych "majówek” spływa rzeką moja jętka. Mimo szarówki wieczoru jej białe skrzydełka wyraźnie widoczne na wodzie niejako zmuszają ryby, by trącać ją pyskiem. To tylko młodzież, która na podobieństwo wilczych szczeniąt, doskonali warsztat, nabiera wprawy rasowego drapieżnika. Póki co zbyt wielkie, opasłe lecz powolne owady stanowią jedynie lekcję zachowań, która za lat kilka uczyni z pstrągowych podrostków przebiegłych myśliwych. Tych już w rzece nie widać, syte do pełna okazałe potoki nie tracą energii w gonitwie za ostatnimi jętkami wróciły na swoje rewiry, by za dni kilka gustować w innym menu. Poddałem się temu wrażeniu, temu lenistwu rzeki, tym harcom małych pstrągów. Z każdą chwilą mój zestaw robił się co raz słabszy a żyłka targana szorstkimi łodygami traw, ostatkiem sił kładła na wodę moją jętkę. Bez wiary w wędkarski sukces trwałem do końca dnia, błądząc gdzieś myślami co raz dalej od wody i raczej konieczność spotkania Kolegi, który zatracił się gdzieś w zakamarkach rzeki, skłaniała mnie by dawać okazję mniejszym pstrągom tańczyć wokół mojej przynęty.

Puszczałem linkę dalej i dalej, a rzadziej czynione rzuty dawały ulgę zmęczonym plecom. Tak też jętka niesiona nurtem zbłądziła pod nawis rozłożystego krzewu a tracą ją z pola widzenia, jedynie w odruchu zwalniany sznur nie dawał się jej zatopić. W tej chwili solidne uderzenie szarpnęło wędziskiem a ogromny ciężar pstrągowego cielska zaparł się w rzece. Ryba gwałtownie ruszyła a zatrzymana tuż pod powierzchnią wody, oliwkowym konturem oznajmiła swą wielkość. Wydała się moja, pokonana a wędkarskie spełnienie zdało się jedynie kwestią czasu wypełnionego emocjami holu, odjazdów, młynków i efektownych wyskoków. Nie dane mi było jednak, solidny, ale stargany przypon strzelił jak marna nitka. Niedowierzanie to chyba najlepsze słowo na pierwszą chwilę i dalej złość, żal i rachunek sumienia.
Dlaczego nie przewiązałem zestawu ?.
Dziesiątki pytań - dlaczego, dlaczego, dlaczego … ?
Bo dałem się uśpić, letnim snem rzeki.






11.06.2013

Spokojna Reda ... ?


Wiele dni może obecnie aspirować do miana spokojnych nad brzegami Redy. W tym czasie trudno spotkać nawet wędkarzy nad brzegami rzeki, jest pusto, cicho i nostalgicznie. Większość Kolegów pogoniła na inne wody w nadziei spotkania okazałego pstrąga, którego trudno uświadczyć na Redzie, nawet podczas wylotów jętki. Bez trudu można objąć na wyłączne posiadanie urokliwy zakątek, racząc się ciszą nienaruszoną gwarem pobliskiego miasta. Warunki do wędkowania bardzo się poprawiły, woda jest niewysoka, choć w ciemnym kolorze tak charakterystycznym dla naszej rzeki. Reda przelewa się leniwie, w podobnym rytmie jakim żyją jej mieszkańcy w upalne dni początku czerwca.  Dziesiątki kolorowych ważek odbywa taniec godowy, obsiadając nabrzeżną roślinność by po czasie, nie zauważając naszej obecności spocząć na wędzisku lub muchowej kamizelce.  Im bliżej końca dnia, tym więcej ryb oznajmia swoją obecność, ochoczo zbierając jętkę. Z przyjemnością można pozostać nad brzegami Redy nawet do późnych godzin wieczornych, gdy resztki upalnego dnia odchodzą za horyzont wraz z zachodzący słońcem. Teraz wypada już odłożyć wędkę, usiąść na skarpie opierając zbolałe od wędkowania plecy i ciszyć się malowniczym widokiem rzeki, bo jutro takim nie będzie.



Nadchodzi sobota, dzień kajakarza. Tabuny rozhisteryzowanych i rozkrzyczanych ludzi przedzierają się przez rzekę, odnajdując jedyną przyjemność z faktu dobrnięcia do końca kajakowego spływu. To jest trendy, wpada zatem umieścić rodzinę w łódkach wraz ze wszystkimi pociotkami, znajomymi z pracy i psem sąsiada.  Puścić się nurtem rzeki w nadziei , że woda jakoś sama odnajdzie miejsce zbiórki a upragniona chwila pozbycia się kajaków nastąpi jak najszybciej. Wszyscy robią doskonała minę, manifestując przez łzy radość z odbytej " przygody " i uznanie dla głowy rodziny za jedynie słuszną decyzję spędzenia weekendowych dni w nurtach dzikiej rzeki.  Pozostaje tylko mały kłopot, że ani ta rzeka nie jest już dzika, ani owi zdobywcy korony świata nie mają pojęcia jak płynąc kajakiem. Widok spławianej łódki bokiem, tyłem, lub w poprzek nurtu to zwyczajowy obrazek a słowo " kurwa" wyznacza rytm pracy wioseł. Nie wiem czy przeklinają siebie czy przybrzeżny tatarak, którego zapomniał wyciąć organizator spływów. W chwilach wolnych od uwalniania dziobu zarytego w mulistym brzegu, pozdrawiają napotkanych wędkarzy, starając się by owo pozdrowienie było szczególnie dobitne przez walenie wiosłami o burty. Na ich twarzach maluje się wyraz męki, czasem zdziwienia ze zakręt rzeki nie został jeszcze wyprostowany, zmuszając ich do skomplikowanych manewrów godnych  przejścia super - kontenerowca przez Kanał Panamski. Tata wiosłuje zgodnie z rytmem ubywającego zapasu piwa, niekoniecznie zwracając uwagę na pracę wioseł dziecka akurat w przeciwnym kierunku.  Z resztą jaki ma to znaczenie skoro teściowa jest daleko w tyle i pozostaje nadzieja, że nie dożyje końca spływu. Stały bywalec siłowni odpuszcza swoje panience, biorąc po męsku na klatę obowiązek samodzielnego wiosłowania, wysłuchując jedynie komend suszących na słońcu lakierowanych paznokci - no skręcaj w prawo, w prawo .... nie w lewo, w lewo. W takim dniu księgowe , kadrowe i kierowniczki działów, ręka w rękę pracują nad odciskami rąk, nawiązując do chlubnej tradycji mas pracujących miast i wsi. Związkowcy mają okazję wykazać się inicjatywą społeczną w przerwach między paleniem opon pod jakimś, kolejnym urzędem. 

Płynie rzeką naród, pielęgniarki i spawacze, nauczyciele, służby mundurowe, biznesmeni i managerowie. Tylko może bezrobotny stoi na brzegu i kręci beret, ale i on weźmie udział w  kajakowym misterium, zbierając obfity plon puszek po piwie. 


Kretyn spływał w kajaku na rzece,
Uśmiechnięty, szczęśliwy jak świnia,
A że kretyn był, więc z istoty rzeczy
Za każdym kilometrem kretyniał.

Niebo było czyste, bez chmurek,
Rzeka niebieska i krzywa.
I wołali źli ludzie, co się wspięli na pagórek:
- Ach, spójrzcie, to kretyn spływa.

Na brzeg wyszła żona w wianku z konwalii,
Wyszedł szwagier z całą rodziną
I płakali, i ręce załamywali,
A kretyn płynął i płynął.

Sens moralny, że słońce wszystkim świeci jednako,
Niech się nikt nie wywyższa, niestety!
Bo nie tylko profesor może spływać w kajaku,
Ale również zwyczajny kretyn.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1934

10.06.2013

Zielnik rzecznej doliny ... Kosaciec żółty



Kosaciec żółty, irys (Iris pseudacorus L., 1753) – gatunek byliny należący do rodziny kosaćcowatych. Rośnie dziko w Europie, zachodniej Azji oraz północno-zachodniej Afryce. W Polsce rośnie na całym niżu i pogórzu. W wodach stojących lub słabo płynących do głębokości 30 cm i na podłożu piaszczysto – mulistym nad rzekami, jeziorami, starorzeczami, gliniankami, stawami, rowami na torfowiskach niskich. Lubi gleby żyzne, mokre o odczynie kwaśnym, dobrze rośnie na stanowiskach słonecznych jak i zaciemnionych. Występuje też na błotnistych łąkach w olsach i lasach łęgowych, również często w szuwarach trzcinowych i turzycowych. Choć w znaczeniu gatunku jest pospolity, to w dolinie Redy można spotkać już nieliczne stanowiska tej rośliny.


Zagrożeniem dla Kosaćca żółtego jest regulacja koryta rzeki, osuszanie łąk w ramach postępującej urbanizacji nadrzecznych terenów. Niszczenie części nadziemnych rośliny przez zbiór na kwiat cięty oraz wykopywanie i przenoszenie kłączy na potrzeby ogrodowych oczek wodnych. Chrońmy nadrzeczne gatunki, bo to co dla nas pospolite, dla kolejnego pokolenia może okazać się następną pozycją na liście Polskiej Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych. W otoczeniu rzeki jest wiele skromnych i okazałych roślin, które w drodze na łowisko przyciągają nasz wzrok. Nie tylko cieszą nas swoim widokiem, ale stanowią też nieodłączny i niezbędny element środowiska rzeki  ...   i niech tak pozostanie.

Przypisek: Józef Jeleński
"Kosaciec ma rozbudowany system korzeniowy, odporny na erozję, a roślina ma umiejętność powstania po "wyłożeniu" powodziową wodą. To czyni z kosaćca bardzo przydatną roślinę do prac utrzymaniowych, ukierunkowanych na redukcję erozji brzegowej powyżej i tak gdzieś do 1 m poniżej średniego lustra wody. U nas roślina ta ma status rośliny chronionej, toteż bez rozbudowanej biurokracji nie da się jej legalnie rozpowszechniać. Wydaje się, że można stosować nasiona, ale należy je odpowiednio "stratyfikować", bo same z siebie nie kiełkują. Podobną rolę ma manna mielec, jeżogłówka gałęzista (i inne) oraz oczeret jeziorny, ten ostatni raczej przy mniejszych prędkościach wody, ale za to do głębokości nawet 2 m wody. " 



Do listy gatunków objętych ścisłą ochroną gatunkowa dołączył już jego pobratyniec -  Kosaciec syberyjski (Iris sibirica L.) 


Iris sibirica L

Rodzimy obszar występowania obejmuje południową, środkową i zachodnią Europę, Turcję, Kaukaz i Syberię. W Polsce występuje w rozproszeniu na większości obszaru, ale najliczniej na Dolnym Śląsku, Wyżynie Lubelskiej, i na Roztoczu. W Karpatach występuje w Bieszczadach, Beskidzie Niskim, Beskidzie Wyspowym, Dołach Jasielsko-Sanockich i na Pogórzu Wiśnickim. Występuje na torfowiskach niskich m.in. na wilgotnych łąkach trzęślicowych, niekiedy na ich obrzeżach np. w ziołoroślach czy nawet w mokrej psiarze. Niewielkie kępy z osobnikami kosaćca można spotkać też w rowach melioracyjnych oraz w pobliżu zbiorowisk roślinnych: rokicin z wierzbą rokitą oraz łozowisk z wierzbą szarą na łąkach. Podłożem są żyzne gleby bagienne zawierające wapń, wyłącznie w nieuprawianych siedliskach. W górzystych terenach tylko w dolinach.

Roślina objęta w Polsce ścisłą ochroną gatunkową.
Roślina umieszczona na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski (2006). pośród gatunków narażonych na wyginięcie (kategoria zagrożenia V). (źródło: Wikipedia)