30.08.2013

Towarzyszu wędkarzu

Jest nas wielka grupa, setki tysięcy wędkarzy. Początkujących i zaawansowanych, niezależnie młodzież, dorośli i seniorzy. Spotykamy się nad wodą, spotykamy się też w internecie i w przypadku tego drugiego, owa klasyfikacja ma już nieco mniejsze znaczenie, bo jako formę komunikacji przyjęto zwrot – Ty. W relacjach na żywo, nie wypada używać tej formy choćby z racji różnicy wieku. Poczytywana bywa też za zbyt szybkie spoufalanie a czasem wręcz niegrzeczność. Więc co nam pozostaje.? Zwrot – Panie Kolego, który wydaje się być uniwersalny, jednocześnie grzeczny, ale z klucza pozwalający podkreślić przynależność do wspólnej grupy z poszanowaniem poziomu wiedzy i doświadczenia naszego rozmówcy, bez względu jakim ono jest. Pomyślałem, że napiszę o tym kilka słów, zainspirowany a raczej zaniepokojony wypowiedzią na pewnym wędkarskim forum, cytuję:

I jeszcze ten przedrostek "kol." przed każdym imieniem i nazwiskiem. Dobrze, że nie "tow."

Kłopot w tym, że wielu z nas wydaje się, że historia wędkarstwa w Polsce, równoznaczna jest z istnieniem Polskiego Związku Wędkarskiego i zwrot Panie Kolego, Kolego, lub przedrostek przed imieniem i nazwiskiem wędkarza, sięga zaledwie tych czasów. W tym miejscu przypomnieć wypada, że PZW powstało w 1950 roku, w odpowiedzi na na żądanie ówczesnych władz politycznych komunistycznej Polski, jako organizacja o dużej liczebności, którą trzeba kontrolować. W roku 1949 Związek Sportowych Towarzystw Wędkarskich został zawieszony decyzją administracyjną, która niejako grubą krechą odcinała dotychczasową historię wędkarstwa w Polsce, na lata przenosząc ją w nie pamięć. SOCJALISTYCZNE JUTRO

Zwrot Kolega ma jednak znacznie dłuższe życie i od wieków przypisany jest jako forma zwracania się do siebie w stowarzyszeniach wszelkiego typu a już największym nieporozumieniem jest przypisywanie go okresowi istnienia PZW, lub podobnej komunistycznej strukturze. Zatem w tym znaczeniu Kolega, to nie przyjaciel, kompan itp., ale równoprawny członek organizacji, grupy zawodowej, lub społecznej. W kole wędkarskim, jesteśmy Kolegami, choć nawet nie musimy się dobrze znać a nawet lubić. Jeśli nie jesteśmy oficjalnie na Ty, to wypada tak się do siebie zwracać, również nad wodą. Skoro już o kole mowa, to warto w tym miejscu przypomnieć genezę tego określenia na strukturę organizacyjną, która w przypadku PZW, jest podstawową jednostką. W dawnych stowarzyszeniach był zwyczaj siadania podczas zebrań czy spotkań w kole. Dosłownie na krzesłach ustawionych w okręgu, tak by wszyscy mogli nawzajem się widzieć, czując się jednocześnie równouprawnionymi uczestnikami. Stąd nazwa "Koło", choć przetrwała jedynie jako określenie, bo do dziś sadzają nas w rzędach na wzór komunistycznych masówek, lub w najlepszym przypadku po obu stronach stołu. Ma to uzasadnione znaczenie wobec arogancji władz, tym razem związkowych, które wyznaczając stół prezydialny z klucza dzielą nas na tych co mają słuchać tego, co powiedzą rządzący. Zapewne współczesna liczba członków koła nie zawsze umożliwia powrót do starego obyczaju, czyniąc go niemożliwym ze względów technicznych, jednak wypada pamiętać genezę "Koła" i jego symbolikę dla uczestników spotkania.

Z perspektywy tej historii jeszcze gorzej ma się sprawa ze zwrotem "Towarzysz", kojarzonym do dziś wprost ze politycznym aparatyczykiem, członkiem i działaczem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej lub sojuszniczej, dowolnej partii komunistycznej. Jednak i w tym przypadku zwrot Towarzysz sięga historią znacznie dalej niż żywot najstarszych działaczy partyjnych. Wystarczy wspomnieć słowa XVII wiecznej pieśni myśliwskiej, by przekonać się o jakże odmiennej wymowie tego zwrotu.

Pojedziemy na łów, na łów,
Towarzyszu mój,
Na łów, na łów, na łowy,
Do zielonej dąbrowy,
Towarzyszu mój!

Aż tam biegnie sarna, sarna,
Towarzyszu mój!
Puszczaj charty ze smyczą,
Niechaj sarnę uchwycą,
Towarzyszu mój!

W tym przypadku tworzysz jeszcze pozostaje synonimem kolegi, choć funkcjonowało również inne znaczenie, bardziej militarne skojarzenie. Pojawia się choćby w powieści Henryka Sienkiewicza ”Ogniem i mieczem” opisującej okres powstania Kozaków Zaporoskich 1648 – 1655, gdy w scenie przybycia Jana Skrzetuskiego na dwór Jan II Kazimierza, anonsowany jest słowami : ”Przybył towarzysz ze Zbaraża”. Trudno ustalić, czy jest to współczesny tym czasom zwrot, czy literaka fikcja autora, żyjącego znacznie później, w latach 1846 - 1916. Jednak z pewnością zwrot Towarzysz, pojawia się podczas rewolucji francuskiej (1789-1799) na dobre wchodzi do pojęć językowych. Początkowo w odwołaniu do historii jako bojownik ( towarzysz broni ), później jako synonim obywatela a więc osoby nie wyróżnionej już statusem społecznym. To już krok do zawłaszczenia pojęcia przez Komunistów.

Choć z racji komunistycznej profanacji zwrot - Towarzysz we współczesnych relacjach i formach zwracania się do siebie, jest nie do uratowania, to "Kolega" przetrwał zakręty dziejowe, również te współczesne PZW. Warto nie tylko to uszanować, ale na polu naszych wędkarskich relacji śmiało z tego korzystać, mając świadomość naszej choć burzliwej, to jednak pięknej historii.


Na koniec … jest jeszcze jeden zwrot, którego genezy nie ma potrzeby przybliżać, jednak niezastąpiony. Zwykłe … Dzień dobry. Witajmy się i pozdrawiajmy na wodą. Jest to czytelny sygnał, że mamy do czynienia z osobą przyjazną, możemy liczyć na rozmowę, pomoc, poradę a z taką chwilą słowo Kolega, nabiera pełnego znaczenia.

Do widzenia Koledzy, do spotkania nad wodą ...
Artur H. Buczkowski

23.08.2013

Brzana na muchę ... Kazimierz Żertka


Wprowadzenie  ...  Długo czekałem na ten artykuł, nie w znaczeniu czasu jaki potrzebowałem by namówić Kazka do jego napisania, ale by móc moje wspomnienie z nad Sanu zderzyć z realną treścią, żywym obrazem wędkarskiego sukcesu. Jako dziecko łowiłem brzany w Dynowie u boku ojca, który wszystkie możliwe dni urlopu z marynarskiego życia poświęcał powrotom w rodzinne strony. Dynów był dla mnie magicznym miejscem a San krainą wszelkiego dobra. Co ranka goniłem nad jego brzegi, by z mostu patrzeć na rzekę, na stojące w toni okazałe świnki, klenie i jazie. Gdy spokojny rytm rzeki co chwilę zakłócał ogromny boleń, polujący przy ostrogach mostu. Jednak brzana pozostała w pamięci tamtych, dziecięcych lat jako ryba będąca największym wędkarskim wyzwaniem. Nie wymagała szczególnych umiejętności do momentu pobrania rosówki, bo poławiana metodą ciężkiej gruntówki, przy ogromnej liczebności nie stanowiła rzadkiego "kąska". Była jednak waleczna, jak żadna inna ryba, twarda i zdecydowana na wszystko w obronie własnej skóry. Łowiliśmy je co dnia, czasem kilka dni z rzędu spędzając noce nad Sanem, paląc ogniska drewnem niesionym nurtem rzeki. Byliśmy sami na rozległych brzegach i tylko mosiężne dzwoneczki na szczytówka wędzisk gruntowych, co jakiś czas oznajmiały branie ryb. Wtedy nadchodził czas brzany, jej siły, determinacji, sprytu i wędkarskich emocji, z którymi nie wiele może się równać. Czas mija, dorosłem, właściwie się postarzałem i mimo tak żywych i emocjonalnych wspomnień, nie powróciłem już nad wody Sanu. Jednak od tamtych lat drzemało we mnie, początkowo ukryte, teraz realne wezwanie, by zmierzyć się z brzaną wędką muchową.



Budowa mostu na Sanie w Dynowie 1959 r., takim widział go mój ojciec, ja urodziłem się rok później.


Rozmawiam z Kazikiem, gadamy o rybach, lipieniach i pstrągach, gdy temat schodzi na wydarzenia bieżącego dnia, Kazek od niechcenia rzuca w słuchawkę ...

-  Wiesz, byłem dziś na rybach
-  I co, pytam
-  Łowiłem brzany, dziś miałem taką 82 cm



Nogi się pode mną ugięły, brzana na muchę, taki kolos. O tego czasu, łowiąc lipienie na pomorskich rzekach, próbuje sobie wyobrazić taką rybę na kiju, nawet gdy w toni zapiera się okazały kardynał .... uf. Teraz jestem zdeterminowany i wszelkie plany przyszłego sezonu, są już podporządkowane jednemu celowi – jadę na brzany.

Dziś niejako na tacy Kazimierz Żertka podaje nam muchowy przepis na brzanę, jednak wypada pamiętać, że jego artykuł jest sumą wieloletnich doświadczeń zrodzonych nie tylko sukcesem, ale drogą prób i błędów. Pozostawia też margines na wiele zmiennych, które jedynie doświadczenie potrafi uwzględnić. Zatem wszystkie gorące głowy, znające ich zdaniem jedyną słuszną metodę muchową - krótka nimfę, opanowaną do perfekcji na lipieniowym narybku, zachęcam by przed wypadem na brzany, ową głowę zanurzyć w wiadrze zimnej wody. Oddając teraz głos Kazikowi, niech jego pierwsze słowa będą dla nas mottem przewodnim  ...
Artur H. Buczkowski





Brzana na muchę ... Kazimierz Żertka
"Proponuję zmierzenie się z brzaną. To męska sprawa! Czysta adrenalina. Brzana to czołg, taran, ale i też spryt, płochliwość."

Najbardziej pospolitym miejscem pobytu są głazowiska i rumowiska żwirowych wlotów. Bardzo często żerują na końcówkach płani, ale tam są o wiele trudniejsze do złowienia. Najpewniej czują się w grubej, szybkiej wodzie, władczo podporządkowując sobie najlepsze kawałki. Brzana pola ustępuje tylko żerującej głowacicy! Miałem możliwość obserwacji żerującego stada pod wodą. Absolutnie fascynujące! Brzana potrafi przesuwać nawet spore otoczaki, by wybrać co lepsze kawałki. Jest systematyczna, dokładna, wręcz pedantyczna. Posądzam ją także o silne więzi rodzinne. Brzany są hierarchiczne. Najsilniejsze i największe idą przodem. Zruszane dno jest idealnym żerowiskiem dla młodszych ryb.

Najciekawszym spostrzeżeniem była obserwacja naprawdę sporej brzany, która specjalizowała się w wyszukiwaniu kiełbi i slizów. Takiej metodyki i sprytu nie obserwowałem u żadnej innej ryby. Nie ścigała, nie goniła ... ona się po prostu "pasła" na tych nieszczęsnych rybkach. Jeszcze jedno. Brzana atakuje swoje ofiary do wysokości oczu, nie podnosi się do unoszonych nad nią nawet najsmaczniejszych kąsków. To nie szybki lipień, napalony pstrąg czy wszędobylski kleń.

Brzanami na dobre zacząłem się interesować wiele lat temu, początki były bardzo trudne. Sporadyczne branie na nimfę z reguły kończyło się zerwaniem przyponu. W polaroidach brzany zawsze budziły podziw swoim spokojem, majestatem siły. Wielokrotnie obserwowałem, jak przewraca czasem spore kamienie w poszukiwaniu smacznego kąska. Czasem podpływały prawie pod same nogi, wtedy też można było zauważyć potężne płetwy i jakby ulotną niby od niechcenia gracje w poruszaniu się.


Miejscówka

Trochę teorii.


Prędkość nurtu i sposób przepływu nie są w rzece jednakowe. Dogmatem i osią sukcesu jest tutaj zrównoważenie kilku zależności, tj: siły przepływu nurtu rzeki, szybkości prowadzenia i masy przynęty. Uświadomić sobie należy, że w żadnej warstwie rzeka nie płynie ruchem prostoliniowym. Przepływ jest zawsze turbulencyjny. Jednakże sztuką jest takie prowadzenie przynęty, by w pełni wykorzystać ruch jako element decydujący o braniu, a nie liczyć na jednostajnie prowadzoną przynętę, która tylko chwilowo znajdzie się w "ograniczonym zasięgu" żerującej ryby. Tenże "ograniczony zasięg" wystarcza do skutecznego połowu pstrągów czy lipieni, ale brzana wymaga od nas więcej. Z doświadczenia radzę spróbować wykorzystać każdą możliwość zmiany ruchu przynęty, a także chwilowego jej zatrzymania.Truizmem byłoby tu pisanie o tym, że pomiędzy szczytówką muchówki a przynętą należałoby mieć linię zbliżoną do prostej i że przynęta musi się znajdować przy samym dnie, dlatego nasze prowadzenie muchy polegać będzie na lekkim (wyważonym) przytrzymywaniu zestawu. Zważmy, że zespół czynności przed połowem powinien polegać na analizie uzyskanych już wyników. Następstwem tych przemyśleń jest sprawdzanie, czyli zastosowanie na łowisku. Dlatego pytanie gdzie, kiedy i jak, sprowadziłbym raczej do stwierdzenia obecności brzan, ustalenia konkurencji pokarmowej, ustalenie przynęty selektywnej oraz topografii łowiska. Jednakże są jeszcze elementy które nie zależą od właściwej taktyki, ale mają ogromny wpływ na nasz sukces: natlenienie wody, jej temperatura, odczyn pH i niestety, tylko w "warunkach normalnych" splot wszystkich wymienionych czynników stworzy sytuację korzystną lub niesprzyjającą połowom brzany.

Metody połowu.

Pamiętajmy, że brzany przemieszczają się w stadzie i nigdy w jednym miejscu długo nie zabawią. Łowiący nie ma zbyt wiele czasu i musi się wykazać niemałą sprawnością, szybko oceniać zaistniałą sytuację oraz równie szybko dostosować przynętę, sposób prowadzenia i miejsce podania. Nie jest to łatwe, bo brzana tylko na chwilę zatrzymuje się w interesującym ją fragmencie rzeki. Wśród metod połowu brzan na muchę, wyszczególniłbym dwie, moim zdaniem – najskuteczniejsze.

Połów na wlewach.
Polecam ją szczególnie w lipcu i sierpniu. Sama metoda to typowa dolna nimfa. Fascynacja brzaną i muchówką pozwoliła na wypracowanie w miarę skutecznej przynęty. Można powiedzieć, że wystarczy dobrze obciążona larwa jętki czy chruścika i mamy rybę. Jak we wszystkim, tak i w tym stwierdzeniu będzie wiele racji. Jednak najistotniejsze jest podanie nimfy. W przypadku lipienia kanonem jest podanie bez bocznego dryfu, przy pstrągu jest to przytrzymanie, to dla brzany taką regułą jest „martwa strefa” przepływu nad dnem. Tylko tam umieszczona przynęta będzie w miarę regularnie zakąszana przez ryby.



Jętka


Jętka


Chrust

Mnie jednak nie interesował przypadek, chciałem je łowić niejako z wyboru. Przechodziłem przez imitacje: chruścików, jętek...nawet białych robaków aż wreszcie doszedłem do raków. Ekspansja zwłaszcza raków amerykańskich na nasze wody nie oszczędziła nawet wód górskich. Właściwie "ameryki" tu nie odkryłem, szyjki rakowe na brzany były zalecane już przez Choynowskiego. Teraz potrzebna była imitacja, i tu znowu pomogli Amerykanie (w końcu to ich gatunek). Eksperymenty rozpocząłem od modelu Al's Crayfish ... pozwalając sobie na jego modyfikację. Podstawowymi artykułami są brązowo-czarne siodłowe pióra koguta "liliputa", grafitowa lekko połyskująca folia, rafia, brązowa chenille, lameta ołowiana i hak 6 (2 x long). Wyszła z tego całkiem ciekawa imitacja, zwłaszcza, jeżeli wykonamy go na odwróconym haku. Wracając do wymagań, należy dobrać właściwie wagę. To jest właśnie ten "złoty środek". Przynęta MUSI przebywać w martwej strefie przepływu. Sama wielkość pozwala ukryć obciążenie, jednocześnie nie wzbudza nieufności oraz pozwala na stosowanie przyponów o grubościach 0.18 mm. Imitacja jest bardzo interesująca dla ryb, kusi zwłaszcza większe okazy. Brania są pewne, łatwe do identyfikacji, bardzo rzadko zdarzają się puste uderzenia a odwrócony hak omija większość zaczepów. Brzany nie miały już większych oporów wobec przynęty, choć zauważyłem, że największe zainteresowanie przejawiały od lipca do połowy września. Po tym okresie do łask wracają drobniejsze przynęty. Ciekawą alternatywa dla imitacji raczka jest imitacja larwy widelnicy. Bardzo skuteczna na dużą brzanę. Na wlewach sprawdzają się również nimfy głowacicowe (Poprad)





Połów na płani.

Polecam ją zwłaszcza od przymrozków października. Przypomina połów na "lekką nimfę pod prąd". Skutecznymi są tutaj imitacje larwy ochotek ze złotą główką lub lekkim obciążeniem. Sprawdzają się również imitacje chruścików bezdomkowych, jętek w zależności od specyfiki i bazy pokarmowej łowiska. 





Ochotka

Ważnym elementem jest przypon, najlepiej gdy jego długość jest ok. 1.5 raza większa niż głębokość kocówki płani. Brzany w chłodniejszej wodzie najczęściej żerują właśnie na samych końcówkach, pobierając małe kąski. Rzuty nie mogą spłoszyć żerujących ryb, brzany dość ufnie podchodzą do naturalnie opadającej imitacji, brania są czytelne i pewne. Po jednej złowionej rybie – niestety – najlepiej znaleźć nowe łowisko. Można próbować w innej części płani, o ile jest wystarczająco rozległa. Przemieszczać się po płani powinniśmy ostrożnie, zwłaszcza nie przewracać kamieni, brzany nie uciekną, ale na pewno przestaną żerować. Jak widzicie – to raczej polowanie... ale potwierdzam, że warto! Silna, wypasiona brzana bezlitośnie zweryfikuje nasze umiejętności i możliwości sprzętu.



Brzanowa późnojesienna nimfa


Brzanowa późnojesienna nimfa


72 cm.


78 cm szczęścia

Trochę o sprzęcie.
Muchówka od 6-7 AFTMA w górę. Linka pływająca, ale koniecznie z podkładem. Przypony grube, minimum 0.16-0.18 mm. Przynęty to przede wszystkim nimfy. Imitacje białego i czerwonego robaka, chruścika ( z domkiem czy bez), złotogłówki z bażancich piór itp (haki od 6 -8 do 12 - ich wielkość jest uzależniona od szybkości nurtu ). Jednak tym żądnym sporej dawki adrenaliny, polecam imitacje raczków i widelnic. To spora, selektywna przynęta.


Branie i hol.

Uważam, że brzana nobilituje wędkarza. Po zaatakowaniu imitacji, brzana sygnalizuje swą obecność zdecydowanym odejściem, często już na początku zmuszając nas do oddania linki. Później zwykle „siada” wgryzając się w dno, ale jeśli w ferworze walki dając się ponieść emocjom gwałtownie podniesiemy naszą zdobycz ku powierzchni - skończy się to efektownym skokiem ryby i towarzyszącym prawie zawsze trzaskiem pękającego przyponu. Naszym sprzymierzeńcem w walce z brzaną jest sprzęt muchowy. Zwłaszcza jego miękkość. Walka przy użyciu delikatnego sprzętu na długo zapadnie Wam w pamięci. Pamiętajmy, by nie ustawić za sztywno hamulec kołowrotka i zmieniajmy przypony, bo często przecierają się na kamieniach, lub po prostu o ostrą krawędź płetwy grzbietowej..





Ps. Brzana wciąż mnie uczy, zmusza do weryfikacji zdobytych już doświadczeń. Pomagają regularnie prowadzone zapiski (co procentuje szczególnie w połowach muchowych!). Jednakże po tych wszystkich latach nie odważyłbym się napisać, że już potrafię łowić duże brzany na muchę. Złowiłem już wiele medalowych brzan, ale wciąż szukam i sprawdzam swoje nowe sposoby jej połowu. Po latach doświadczeń mogę polecić kolory naszych much, będą to: złoty, czerwony, czarny, oraz ciepłe brązy i żółcie.




Żabi duch



Nimfy

Niestety coraz mniej tej ryby w naszych rzekach, a jest to obok głowacicy największa ryba naszych wód górskich. Łowiłem już i trocie na muchę, jednak spotkania z brzaną powyżej 2 kg. nigdy się nie zapomina. Najpiękniejsze są połowy zwłaszcza o świcie, gdy jeszcze ostatnie cienie nocy mgłą snują się nad ołowianą wodą. Czekam wtedy na ten pierwszy furkot. Wiem, że już żerują, cichutko wtedy wchodzę na wlew, wpuszczając przynętę we wsteczny prąd za głazy. Czekam, kontrolując spływ, czuję dno i... czekam. Wiem, że za chwilę nastąpi przytrzymanie i ten jedyny, niepowtarzalny, siłowy odjazd...

Na koniec prośba. Ogromna. Nie zabijajcie brzan! Pamiętajmy, że najpiękniejsze są te ryby, którym zwracamy wolność! W zamian zapewniam wrażenia porównywalne łowcom troci czy głowacicy.

Tekst i zdjęcia Kazimierz Żertka


22.08.2013

Kaszubski streamer

Niedawna publikacja Wędkarstwo ... powrót do źródeł wzbudziła ogromne zainteresowanie czytelników. To bardzo cieszy wobec współczesnego wizerunku wędkarza muchowego, którego często jedyny sposób muchowania polega na przeprowadzeniu ciężkiej nimfy z punktu A do punktu B.  Przyglądając się łowiącym mam wrażenie, że wędkarstwo muchowe to hit ostatnich lat zrodzony niejako z przypadku. Bez historii i tradycji a jedynie modny ostatnio i praktyczny sposób pozyskiwania ryb łososiowatych, który swą popularność zawdzięcza łatwiźnie krótkiej nimfy i dostępności do łowisk za marne pieniądze. Z dnia na dzień rośnie rzesza "Muszkarzy" inspirowanych wyłącznie internetem, dla których drogą do sukcesu jest jedynie zakup sprzętu. Jak zostać wędkarzem muchowym w 24 h

Niemały głaz do tego ogródka dorzucili zawodnicy a propagowany przez nich sport muchowy z każdymi, kolejnymi zawodami utwierdza początkujących co do słuszności obranej drogi. Wyznacza im sposób do samozadowolenia płynącego z przerzucania możliwie największej ilości ryb, czyniąc wędkarstwo muchowe jedynie metodą jak łowić dużo i szybko. Nie ma tu miejsca na jakość, zarówno w znaczeniu okazałości ryby, jak i wszelkich technik wędkowania oraz rodzajów much zrodzonych wiekami doświadczeń. Słowa Profesora Rozwadowskiego, dla wielu to tylko archaicznie brzmiąca wypowiedź, za którą nie idzie żadne przesłanie.

"Prawda, że dziwnym wydać się musi niewtajemniczonym, jak łowić można największe ryby na haczyk ledwie widoczny, na żyłkę jedwabną, cienką jak pajęczyna, na kij wątły i nie ledwo pod własnym uginającym się ciężarem - lecz w tym właśnie leży triumf sztuki nad nieokrzesaną siłą, w tym odpowiedź na pytanie, dlaczego sport wędkowy, we właściwym swym znaczeniu "sztuką" a nie li zabawą nazywa się i nazywać powinno."

Wobec powyższego czuję się zobowiązany, by w każdej sposobnej chwili przywoływać tradycję, historię i źródła z jakich płynie masz czas, dany nam na wędkowanie z muchą. Oddaje dziś głoś Koledze Robertowi, który pasję wędkowania dzieli pomiędzy rzekę i zakamarki bibliotek.
Artut H. Buczkowski


Autor Robert Tracz - wprowadzenie:
Dzisiaj ten tekst bym uzupełnił o informacje do których dotarłem dopiero w tym roku, a mianowicie o łowienie lipieni i pstrągów na sztuczne muchy w okresie międzywojennym przez autochtonów (sami wykonywali muchy i to wiele odmian) na Wdzie i Brdzie. Mój tekst na ten temat "Rybowanie wierzchnie na sztuczną muszkę w Borach Tucholskich" ukazał się w "Sztuce Łowienia" nr 1/2013 a źródłem była książka Władysława Jagiełły "Rybołówstwo Borowiaków Tucholskich"  wydana w 2008 przez Muzeum Etnograficzne w Toruniu - materiał do książki (pracy doktorskiej) zbierał autor w latach trzydziestych lecz wybuch wojny przeszkodził w jej opublikowaniu ...

"Kaszubski streamer"

Tradycje wędkarstwa muchowego na Pomorzu kształtowały się odmiennie niż w Krakowskiem. Inne były losy tej ziemi, inne uwarunkowania polityczne i społeczne. Polacy stanowili zdecydowaną mniejszość i zapewne nikt tu nie zetknął się z książką Józefa Rozwadowskiego o metodach połowu ryb na sztuczne muchy („Poradnik dla miłośników sportu wędkowego...”, 1900). Dostępna była natomiast, i to znacznie wcześniej, fachowa literatura niemiecka cenionych do dziś autorów - wędkarzy, takich jak Wilhelm Bischoff czy Max von dem Borne. Cykliczne artykuły i rozprawy o wędkarstwie, w tym również muchowym, oraz tłumaczenia tekstów autorów angielskich i amerykańskich, ukazywały się w prasie, m.in. w wydawanej w Szczecinie „Deutsche Fischereizeitung” (Niemiecka Gazeta Rybacka).

Już w drugiej połowie XIX wieku niektórzy właściciele ziemscy, dygnitarze, kupcy, urzędnicy i fabrykanci pruscy uprawiali na rzekach pomorskich wędkarstwo muchowe, które nie było tak elitarne jak angielskie. Pomorski muszkarz potrafił się obejść bez pomocnika czy służącego. Imitacje much były bardziej stonowane kolorystycznie i prostsze w konstrukcji. Rewolucją na owe czasy było wynalezienie jedwabnych plecionek oraz klinowych wędzisk bambusowych, składanych. Stosowny sprzęt i wszelkie nieodzowne akcesoria można było kupić w składach, sklepach kolonialnych lub zamówić przez pocztę bezpośrednio u producentów w Monachium, Wiedniu lub w Alnwick (Anglia), w firmie Hardy Brothers.

Muszkarze podczas wędkowania nie brodzili, bo uważali, że tak czyni pospólstwo wyławiając drobne ryby rękami lub siatkami, chociaż zapewne wpływ na to miał również brak odpowiedniego, taniego i trwałego obuwia gumowego. Większość rzek na Pomorzu jest niezbyt szeroka i brzegi ma twarde, co umożliwiało podawanie suchych i mokrych much. A na Pomorzu było gdzie i co łowić. Dość powiedzieć, że lipienie w niektórych rzekach, np. w Łebie, dorastały do 65 cm długości, przekraczając wagę 2 kg. Dorodne pstrągi potokowe żyły w wielu rzekach i strugach, a trocie i łososie docierały bez przeszkód na tarliska w górnych partiach rzek oraz ich dopływach. Rybaków i wędkarzy obowiązywały rewiry, okresy i wymiary ochronne. Kłusownictwo niemal nie istniało. Pomorskie rzeki zarybiano, tarliska i mateczniki chroniono. Na stosunkowo wysokim poziomie była hodowla ryb i produkcja materiału zarybieniowego.

Kaszubi, mieszkający nad rzekami, łowili „po cichu” pstrągi potokowe i trocie wędrowne posługując się swoistą techniką „muchy wleczonej” lub „ciągnionej”. Od dawna pozyskiwali ryby na żywe owady (klenie na chrabąszcze, lipienie na pasikoniki, a pstrągi na żywe i martwe rybki), a stąd już blisko do zastosowania prostych imitacji. Niektórzy z powodzeniem wędzili, czyli łowili ryby na „pióro”. Do jednoczęściowego długiego kija (wędy) mocowano znacznie dłuższą linkę konopną bądź lnianą, wykończoną plecionką z końskiego włosia, na końcu wiązano imitację rybki wykonaną z kogucich lub kurzych piór na haczyku, który niekiedy dociążano i przystrajano czerwoną włóczką. Wabik-muchę puszczano z prądem wody w bystre rynny, przewężenia, głębsze doły i zakola poruszając nim i rytmicznie go ściągając. Po wybraniu połowy linki rzut ponawiano. Wiele lat później niektórzy starsi wędkarze, posługując się niemal identyczną metodą, łowili bolenie na gdańskich kanałach.

Od sędziwego autochtona z Parchowskiego Młyna dowiedziałem się, że przed ostatnią wojną górna Słupia, zarybiana trocią i pstrągiem, była łowiskiem zamkniętym, strzeżonym przez uzbrojoną straż leśną. Było to łowisko specjalne, dla pruskich i niemieckich dygnitarzy oraz ich gości. Stary Kaszeba, który przed wojną posiadał nad Słupią łąki, zwierzył mi się kiedyś nad rzeką, że potrafił strażników przechytrzyć. Gdy tylko przeszli, biegł nad najgłębsze zakole i ręką wyrzucał linkę z haczykiem, do którego mocował dwa - trzy jasne pióra kogucie z kawałkiem czerwonej włóczki. Ściągając przynętę skokami potrafił w krótkim czasie złowić jednego, czasem dwa dorodne pstrągi w granicach 1 - 1,5 kg. Twierdził, że była to metoda szybka, skuteczna i bezpieczna, jako że cały zestaw można było ukryć w kieszeni, a złowione ryby w trawie. Kamienista ziemia rodziła słabo, a przecież do garnka trzeba było coś włożyć, szczególnie jeżeli się miało „dzewęc dzecioków”.

Tego dnia wody górnej Słupi penetrowałem streamerem. Kaszub obejrzał moją muchę i stwierdził krótko: 
- Jo wej. Tako soma jak i moja, tylko rybów wteda było wiency. Tera so wyrybiło.
Z innych źródeł się dowiedziałem, że w latach trzydziestych nad Łebą ryby łososiowate łowił polski lekarz z Lęborka, a na kiełpińskich łąkach nad Radunią śmigał muchówką proboszcz z Kartuz, który na „wabiki z piór i włosia sprytnie chwytał pstręgi”. Również w Wolnym Mieście Gdańsku byli muszkarze wywodzący się z grona polskich, niemieckich i anglosaskich urzędników i dyplomatów. Ilu ich było, jak i gdzie łowili, dziś trudno ustalić - wojna zatarła niemal wszystkie ślady, a to, co przetrwało, rozgrabiono i zdewastowano, nie wyłączając pruskich dworów, młynów i cmentarzy. Podobny los spotkał rzeki i ryby, które określano jako „poniemieckie”.

Po wojnie pierwsza znana mi nieformalna grupa muszkarzy istniała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Byli to wykładowcy, m.in. S. Bral, R. Strzelecki, M. Borowski. Po „odwilży” w 1956 roku jako jedni z pierwszych mieli możność wyjazdów na Zachód, w tym także do Wielkiej Brytanii. Tam też poznali techniki połowu, sprzęt i fachową literaturę. Lipienie i pstrągi potokowe łowili na muchy mokre i suche, głównie w Raduni, ale także w Redzie, Łebie i Grabowej. Testowali również przywiezione klasyczne muchy angielskie i te, które się sprawdziły na pomorskich łowiskach, sami potem wykonywali. Najczęściej łowili na muchy typu Coachman, Red Tag, Palmer, March Brown, May Fly, Greenwells Glory, Mallard&Claret, Silver Doctor. Na większe numeracje niektórych z wymienionych much jako pierwsi w kraju, po wojnie, łowili na Pomorzu trocie wędrowne.

Prężną działalność sportową rozwinęło Koło Wędkarskie „Politechnika Gdańska”, założone w 1968 roku. Jego członkami byli m.in. czołowi muszkarze lat siedemdziesiątych: M. Irczuk, J. Hołowacz, R. Krzemiński, E. Antropik. Organizowano akcje kontrolne i zarybieniowe oraz grupowe wyjazdy nad Wieprzę, Słupię, Radew, Parsętę, podczas których łowiono również trocie. Ukoronowaniem sukcesów sportowych było zdobycie Muchowego Grand Prix Polski przez Edmunda Antropika w 1985 roku. W tym okresie dominowała „Krakowska szkoła” suchej muszki, którą na wielu silnie zadrzewionych i zakrzaczonych łowiskach pomorskich nie zawsze można było zastosować. Edmund Antropik wprowadził do wędkarstwa wyczynowego obciążone nimfy, nazywane „mundkami”. Antropik był również inicjatorem rozgrywania zawodów na „żywej rybie” oraz stosowania haczyków bezzadziorowych.

Takie były początki. Tak się rodziła i kształtowała w naszym regionie, przez blisko 150 lat, tradycja połowów ryb na sztuczną muchę, wraz ze sportową i czysto rekreacyjną otoczką, a jednym z pionierów, autochtonów, był także Kaszub z Parchowskiego Młyna, który przed laty zwodził nad Słupią pruskich strażników.

Robert Tracz

19.08.2013

Kiełż


Gammarus fossarum (  Koch 1835 )

Kiełże należą do rodzaju Gammarus, reprezentowane przez wiele gatunków, w tym 20 występujących w Polsce. W naszych wodach są niewielkie, zwykle do 20 mm, choć zaliczane do Obunogów ( Amphipoda) liczącej ok. 4 tysięcy gatunków a wśród nich niektóre mogą dorastać nawet do kilkunastu centymetrów. Zdecydowana większość z tej liczby żyje w morzach, czasem na ogromnych głębokościach, gdzie spotkać je można do 10 tys. metrów. W wodach Antarktyki opisano ok 300 gatunków, przy czym 70% można uznać za endemiczne. Podobnie wiele gatunków z jeziora Bajkał, zostało opisanych przez polskiego przyrodnika Benedykta Dybowskiego.


Benedykt Dybowski 1833 - 1930 
Przyrodnik, podróżnik, odkrywca i lekarz, badacz jeziora Bajkał, Dalekiego Wschodu i Kamczatki, profesor Uniwersytetu Lwowskiego i Szkoły Głównej Warszawskiej. Badania Dybowskiego doprowadziły do odkrycia szeregu nowych dla nauki form zwierzęcych. Opisał on 116 nowych gatunków skorupiaków z rzędu obunogów i 6 nowych gatunków ryb. Na podstawie materiałów bajkalskich zebranych przez Benedykta Dybowskiego, jego brat Władysław opisał 88 gatunków mięczaków i 9 gatunków gąbek. Inne zbiory Dybowskiego opracowali profesorowie: Grube z Berlina, Józef Nusbaum ze Lwowa, Roman Gutwiński z Krakowa. Prace Dybowskiego rzuciły nowe światło na pochodzenie fauny Bajkału.










Pośród obunogów żyjących w naszych wodach wyróżnić należy Kiełże, zasiedlające jeziora, rzeki, strumienie a nawet wody podziemne. W wodach powierzchniowych, zwykle występują w strefie przybrzeżnej reprezentowane przez dwa rodzaje Gammarus oraz Chaetogammarus, w liczbie siedmiu gatunków. 
oraz Gammarus balcanicus, G. varsoviensis, Chaetogammarus stoerensis

Najpospolitszy pośród nich jest Gammarus fossarum, typowy mieszkaniec wód bieżących terenu całej Polski. Podobne środowisko zasiedla Gammarus pulex - Kiełż zdrojowy.


Gammarus pulex  (L.)  - Kiełż zdrojowy.

W Polsce opisano dalsze sześć gatunków obunogów wód podziemnych, które zasiedlają studnie, jaskinie, żyły wodne. Najpospolitsze z nich są Studniczki,  gatunek Niphargus puteanus.



A. Gammarus pulex - Kiełż zdrojowy
B. Pallasea quadrispinosa
C. Pontoporeia affinis
D. Niphargus sp.
E. Corophium curvispinum

Powyższa prezentacja jest zaledwie, krótka migawką ilustrującą miejsce kiełży w królestwie zwierząt oraz wodnym środowisku. Jednak nie sposób przecenić ich roli w składzie pokarmowym pstrąga i lipienia a co za tym idzie wartość jako przynęty, w postaci niezliczonych imitacji goszczących w naszych muchowych pudełkach. 




Doświadczonych muszkarzy nawet nie wypada o tym przekonywać, jednak początkującym warto wskazać drogę do wędkarskiego sukcesu. Byłem kiedyś świadkiem i uczestnikiem połowu lipieni, podczas którego mój kolega dobrze dobranymi kolorystycznie kiełżami wręcz " dziesiątkował" stada okazałych lipieni (spokojnie, wróciły do wody), w sytuacji gdy ja z innymi muchami byłem w zasadzie bezradny. Podobnie i mnie zdarzyło się nasycić połowem lipieni, podczas jednego z wielu jesiennych sezonów na Redzie, gdy reagowały prawie wyłącznie na pomarańczową, choć nienaturalną barwę kiełża. Przyznam, że nie lubię ich kręcić, uznając brązke za nimfę łatwiejszą w wykonaniu i równie skuteczną. Jednak są dni, łowiska, lub specyficzna baza naturalnego pokarmu, gdy kiełż bywa niezastąpiony. Czasem nawet niewielka różnica w jego odcieniu decyduje o łowności, zatem warto nie tylko odwracać rzeczne kamienie, ale też wyposażyć się w wyraźnie inne barwy niż z naturalnego środowiska. 

Kiełż jaki jest każdy widzi - w tym przypadku mądrość owego powiedzenia, nie zawsze się potwierdza.




Literatura: "Zwierzęta bezkręgowe naszych wód" Anna Stańczykowska, wydanie drugie, 1986. 
Ryciny: "Zwierzęta bezkręgowe naszych wód" Anna Stańczykowska, wydanie drugie, 1986. 
Zdjęcia: autor

16.08.2013

Malowniczo położona elektrownia


To zgoła inna kraina, niż opisywana poprzednio sielankowa sceneria środkowego odcinka Łeby w okolicach gminy Łęczyce. Poruszając się w górę rzeki od tego miejsca, docieramy dalej do Bożegopola a następnie do Paraszyna, rozbijając wzrok o betonowe umocnienia elektrowni.

"Malowniczo położona elektrownia stanowi świetne miejsce na postój w trakcie wycieczki rowerowej lub pieszej" 
Takim hasłem zachwalają turystyczne przewodniki górny bieg Łeby.  Może i sceneria malownicza, jednak betonowe ostrogi, cuchnący zbiornik powyżej i rozlewająca się poniżej wodna zupa, już do takiej nie należą.  Odnajdujemy zgoła odmienny fragment rzeki. Choć płynie tam wartko i miejscami nadal urokliwie, jednak w jej wizerunku daje się odczuć istotną zmianę. Tu już populacja lipienia jest prawie w całkowitym zaniku a szybciej uświadczysz tu hodowlanego tęczaka niż rodzimego potokowca. 



Dobrze, że choć stylizowana pruskim murem zabudowa siedliska w otoczeniu elektrowni, nie straszy urbanistycznym potworkiem. Przecież zawsze można postawić betonowo - blaszaną wiatę.


Widok na zbiornik powyżej elektrowni



Rozlewisko poniżej


 Rzeka powyżej płynie wartko, dając choć złudzenie krainy pstrąga i lipienia.




Jakoś nie ma szczęścia górny bieg Łeby, zarówno w znaczeniu wartości oraz zasobności łowiska, jak i pod względem walorów krajobrazowych. Jeszcze niedawno swym odrestaurowanym widokiem zachęcał malowniczy dworek w Paraszynie. Dziś i on straszy zaniedbaniem i niedostępnością hotelowych pokoi. Zamknięty i opuszczony, nie stanowi już choćby krajobrazowego akcentu służącemu wizerunkowi regionu. 



Szlachecki dworek, położony na wzgórzu w dolinie rzeki,  zbudowany w drugiej połowie XVIII wieku. Wieś, nazywana po kaszubsku Paraszënò, a po niemiecku Paretz, sięga swoją historią XVI wieku, zmieniała właścicieli, byli nimi Niemcy i Polacy. Nie do końca ustalono kto wybudował dwór, przypisując to rodzinie von Baumgart, albo Ludwikowi Parskiemu z Pucka. Szlachecką siedzibę otaczała duża posiadłość ziemska z folwarkiem i napędzanym siłą rzeki Łeby tartakiem. W połowie XIX w. w posiadanie Paraszyna weszli Zelewscy przebudowując dwór po raz pierwszy, a pół wieku później – zrobili to kolejni właściciele – von Besser. Z czasów tej ostatniej przebudowy pochodzi obecny kształt budynku, choć układ wnętrz odzwierciedla nadal XVIII-wieczne tradycje.



Świecznica rozgałęziona, Świecznik rozgałęziony, Clavicorona pyxidata. 
Grzyb ujęty na czerwonej liście grzybów wielkoowocnikowych zagrożonych w Polsce, ze statusem V - narażone. 

Okolice Paraszyna, to duże kompleksy leśne, kuszące licznych grzybiarzy. Mieszany las dochodzi do samej rzeki, w ten sposób czyniąc krajobraz również odmienny od łąkowego charakteru niższego odcinka, okolic Łęczyc. W otoczeniu rzeki jest większy ruch, więcej samochodów i rowerzystów, amatorów leśnego runa i spacerowiczów. Szukającym więcej spokoju i wędkarskich wrażeń wypada pominąć tą okolicę, choć z żalem wiedząc jak pięknym mogłaby być łowiskiem.

15.08.2013

Nie ma pośpiechu


Powracamy nad urokliwą Łebę w okolicach Łęczyc. Choć dziś nie dało się przewidzieć, że stosunkowo niewielkie opady w ostatnich dniach, zmienią rzekę nie do poznania. Woda sporo się podniosła a co gorsza jej kolor przybrał barwę kawy z mlekiem. W tych warunkach złowienie lipieni było trudne i choć mieliśmy ryby na kiju, jednak nie w ilości jak poprzednio. Jednak w każdej wyprawie wędkarskiej należy upatrywać radości i szukać pozytywów a przecież nie zawsze muszą być nimi ryby. Możliwość spędzenia dnia w doskonałym towarzystwie, w otoczeniu natury, która już wyraźnie zmienia swoje letnie barwy i nastroje, była dostatecznym zadośćuczynieniem. Tytułowe "Nie ma pośpiechu", to wyraz naszego spojrzenia na rzekę. Ryby są i będą, złowimy je jeśli nie teraz, to kolejnym razem a dziś pieczemy kiełbaski i przyglądamy się jak zmienia się otoczenie Łeby u schyłku lata.


Dziś "gruba" woda była raczej trociowa, odkrywając jako przyłów jednak innego mieszkańca rzeki ...


Palia, choć bez wątpienia pięknie ubarwiona, jednak jako gatunek obcy nie oszczędza swym występowaniem również rzeki Łeby. 


Jak widać bobry również nie ominęły Łeby, choć ślady ich obecności póki co, znalazłem jedynie na pniach drzew. Stojąc nad lustrem wody, za plecami, na podmytej skarpie przemknęła mi też norka amerykańska, jednak tym razem była zbyt szybka dla obiektywu. 



Brzegi a nawet nurt rzeki, porastają liczne i często stare drzewa, na których widok huby nie należy do rzadkości.





Rzeka pozostaje w oddali, płynie i płynąć będzie w koronie drzew widocznych na horyzoncie. Nadszedł czas i sposobność, by przyjrzeć się jej otoczeniu



Rezygnując z wędkowania, o tej porze roku można obserwować wiele gatunków zwierząt. Są aktywne i mniej ostrożne, zajęte gromadzeniem zimowych zapasów, tłuszczu chroniącego przed mrozem, lub jak część ptaków przygotowaniem od odlotu. Bociany rozpoczęły już swoje sejmiki. Zbierają się na polach w większe grupy, wykorzystując ostatni czas na poszukiwanie pokarmu na ścierniskach. Widok żurawi nie należy do rzadkości a skoszone pola dają okazję do licznych spotkań z tym okazałym ptakiem. W powietrzu unosi się ich charakterystyczny "krzyk", oznajmiający już nie tylko początek i schyłek dnia, ale całodzienne wzywanie na zbiórkę. Jeszcze nie tak dawno maleńkie kaczki krzyżówki przemykały za matką po osłoną wodnej roślinności, dziś ledwie można je odróżnić od starych ptaków. 


Nie mimozami, lecz nawłocią jesień się zaczyna, tak zmieniliby botanicy wersy wiersza Juliana Tuwima "Wspomnienie".  Mimozy, to potoczna a raczej ludowa nazwa Nawłoci pospolitej, której kwiaty własnie w tym czasie rozkwitają, symbolizując schyłek lata i zwiastun jesieni. Swoją drogą mimozy to piękna nazwa, inaczej jakby brzmiała piosenka Czesława Niemena.


Jest teraz coś nawet nieuchwytnego w krajobrazie rzecznej doliny, który nie zaglądając w kartki kalendarza podpowiada nam nadchodzące zmiany. Może to inne światło słońca, które z każdym dniem niżej wędruje nad horyzontem ...





14.08.2013

Wędkarstwo ... powrót do źródeł

Nie moją wiedzą, doświadczeniem ani śmiałością jest mierzyć się z przesłaniem płynącym słowami Nestorów polskiego wędkarstwa. Nie mnie strofować, nauczać, wskazywać. Wam pozostawiam refleksję wobec wizerunku własnego, kolegów, współczesnego sportu muchowego oraz Polskiego Związku Wędkarskiego.

"Może inne rozrywki gwałtowniejsze wywołują wrażenia, silniej wstrząsają nerwami, żadna jednak nie wymaga więcej sprawności, żadna umysłu tak skutecznie i gruntownie nie orzeźwia, żadna tak równomiernych pod względem pewności ręki, bystrości wzroku i szybkiego orientowania się nie stawia wymogów jak sztuka łowienia ryb na muchę."


Wędkarstwo, Józef Wyganowski 1957 rok
Cytat za Profesorem Rozwadowskim, 1900 rok




Józef Wyganowski 

Wywodził się z szeregów Warszawskiego Towarzystwa Wędkarskiego, przemianowanego po wojnie na Koło PZW Nr 1 w Warszawie. Będąc z wykształcenia prawnikiem w 1934 roku opracował wzorcowy statut dla Związku Sportowych Towarzystw Wędkarskich. W 1935 roku przejął w Związku funkcję skarbnika, a od 1 stycznia 1937 roku objął redakcję „Wiadomości Wędkarskich”. Na początku 1948 roku ponownie został redaktorem naczelnym „Wiadomości Wędkarskich” i kierował redakcją, aż do czasu zawieszenia pisma w kwietniu 1951 roku. Po powołaniu do życia Polskiego Związku Wędkarskiego przerzucił się na działalność publicystyczną i pisarską. Najbardziej znane jego opracowania, to: „Poradnik wędkarski” (I wyd. 1951 r.) i podręcznik p. t. „Wędkarstwo” (wyd. 1957 r.). Większość zdjęć zamieszczonych w podręczniku Wyganowskiego przedstawia Pasłękę i Banówkę. Można więc podejrzewać, że te rzeki nie były mu obce wędkarsko?! Oprócz książek napisał też wiele artykułów na temat łowienia ryb różnymi metodami. Zakończeniem pracy na polu piśmiennictwa wędkarskiego był wydany pod jego redakcją „Przewodnik wędkarski po wodach Województwa Warszawskiego” (wyd. 1959 rok). Józef Wyganowski zmarł w dniu 27.01.1960 roku.
Życiorys opracował Robert Kostecki







PORADNIK DLA MIŁOŚNIKÓW SPORTU WĘDKOWEGO
czyli sztuka łowienia pstrąga, lipienia i łososia na wędkę
Napisał J. Rozwadowski

















Czemu choć raz, miejsca pozłacanych pucharków nie zastąpią pożółkłe stronice. Dlaczego nagrodą wręczaną młodzieży w muchowych zawodach, nie staje się wiedza, pasja, mądrość i piękno zapisane piórem Józefa Wyganowskiego i Profesora Rozwadowskiego oraz współczesnych pisarzy.
- Czy książka jest w stanie sprawić radość ... ? 
- Może oczy stojących na podium, wypatrują już tylko nagród w postaci śmieci, kupowanych w wędkarskich hurtowniach  ...  ?
Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego wypatrują nagród ?
Odpowiedź zdaje się być oczywista ...
Artur H. Buczkowski