29.09.2013

Małe ryby


To już koniec września a rzeka nadal w letniej, zielonej szacie. Jakoś nie może się zdecydować czy to już pora na barwy jesieni.

”Małe ryby” … taką nazwą określam dzień gdy wybieram się nad rzekę na spacer. Wędkę zabieram niejako z obowiązku lub przyzwyczajenia. Nie wbijam się w spodniobuty, rezygnuję z większości ekwipunku a wyposażenie stanowi zaledwie kilka much, najczęściej nowych wzorów dla wypróbowania. Choć czasem efektem spaceru jest całkiem okazała ryba na kiju, to takiego dnia nie to jest najważniejsze. Przyglądam się rzece, zmianom jakie przyniósł ostatni tydzień, teraz jesienią dynamicznym nie tylko z powodu zmiennego poziomu rzeki, ale powodowanym nadejściem kolejnej pory roku. Staram się też by niedzielne ”Małe ryby” stały się pouczającą lekcją na nadchodzące dni. Sposobem na wędkarskie strategie, wybór much, które w nadchodzących dniach powstaną w zaciszu warsztatu. Takiego dnia szczególnie lubię pogadać z napotkanymi wędkarzami. Bez pośpiechu, który jest wynikiem widoku nieodległej, apetycznej miejscówki. Bardziej od pytań czy było coś na kiju? ... ciekawi mnie co Kolega spotkał na wodą, jego obserwacje i uwagi. Tak jak dziś o dużej ilości obserwowanej troci dotkniętej UDN. Czasem to wieści o wydrach, zarówno tych na czterech jak i na dwóch nogach, czasem o stanowisku zimorodka. Czasem jest to wiadomość przezywana z ust do ust o ogromnym łososiu, który sponiewierał zestaw jakiegoś nieszczęśnika. Te pogawędki i własne obserwacje składają się na obraz ” Mojej rzeki”, zmiennej, czasem kapryśnej, ale zawsze nieprzewidywalnej. To co oczywiste dziś w postaci stadka grubych lipieni, dnia następnego już takim nie będzie a wszelką pewność wędkarskiego sukcesu woda zamieni w pokorę. Na rzeką nie doznaje rozczarowań, irytacji z powodu niedostatków lub niedoskonałości sprzętu. Zawodu z niezłowionych ryb, czy przykrości zimna pod przemoczoną jesiennym deszczem kurtką. Każdy dzień nad jej wodami jest jak bajka, woda płynie a jej głębiny skrywają wyobrażenie ryb, które prędzej czy później targną moim muchowym zestawem.




28.09.2013

Miało być tak pięknie a wyszło jak zawsze


Od lat słyszę o jakiejś mistycznej zmianie pokoleniowej, która ma być antidotum na wszystko. Odejdą starzy, nastąpi nowe pokolenie, dla którego niepotrzebne będą już zakazy, przepisy i ich egzekwowanie. Pojawi się oto kolejna generacja świadoma zagrożeń jakie niesie cywilizacja, potrafiące szanować i chronić środowisko. Tym pobożnym życzeniom, wtórują współcześni wyznawcy tej wiary, tak gorąco upatrując dobrej woli w miejsce zakazów i kar. Kłopot tylko w tym, że owa zmiana pokoleniowa już nastąpiła. Nasze dzieci pisząc o mojej grupie wiekowej mają zwykle około trzydzieści lat i praktycznie kształtują następne pokolenie. Jakie? … ano na wzór i wizerunek własny. Jaki? … widoczny na tych fotografiach i niezliczonych innych z naszych lasów, brzegów jezior czy koryt rzek. Jesteśmy narodem śmieciarzy a rzecz nazywając po imieniu narodem świń (bez urazy dla zwierząt). Sramy tam gdzie stoimy, nie ma też dla nas świętości gdy pozostawiamy za pomnikiem Jana Pawła II, podpaski i zużyty w celu wiadomym papier toaletowy Wszystko poza progiem własnego domu traktujemy jako dobro niczyje, z którego należy brać to co wartościowe bez ograniczeń, lub traktować tą strefę jako wysypisko śmieci. Przenosząc rzecz na nasze, wędkarskie podwórko nie liczcie Koledzy, że nastanie jakieś enigmatyczne pokolenie potrafiące zrozumieć rzekę, potrzeby jej mieszkańców i otoczenia. Choć staram się edukować, to nie wierzę w edukację i jej zbawienne skutki w przewidywalnym czasie. Tą metodą nie uchronimy lasów i wód. Jesteśmy narodem, który trzeba krótko trzymać za mordę, nakazywać, egzekwować i surowo karać i wobec tego od lat domagam się stanowczości władz PZW w tworzeniu nowych, adekwatnych przepisów. Również pieniędzy na ich egzekwowanie w miejsce igrzysk dla mas oraz tandetnych nagród, które po niedługim czasie dołączą do narodowego wysypiska.

Czytaj również z archiwum bloga: Płaczę i płacę oraz Lipienie na stres i pływające lodówki




22.09.2013

Centrum Wędkarstwa Gdańsk, zaprasza na spotkanie z Kolegą Robertem Traczem


Jedna z pięknych grafik Roberta Tracza, które stanowią też ilustracje najnowszej książki autora.

Centrum Wędkarstwa Gdańsk zaprasza wszystkich miłośników ryb łososiowatych i metody muchowej na spotkanie z Kolegą Robertem Traczem i promocję jego nowej książki ”Śpiew Srebrnej Strugi”. Spotkanie odbędzie się 4 października 2013 r. w Centrum Wędkarstwa, mieszczącego się na Al. Grunwaldzkiej 295 w Gdańsku o godzinie 18:00.




"Śpiew Srebrnej Strugi"

Robert Tracz - Mieszka i pracuje w Gdańsku. Znany nie tylko na Pomorzu pasjonat wędkarstwa muchowego, rysownik, grafik i ilustrator. Z muchówką przeszedł brzegami chyba wszystkich, pomorskich rzek i strumieni. Społecznik, działa w wielu wędkarskich organizacjach. Licznemu gronu muszkarzy znany na pewno z publikowanych artykułów w "Wędkarskim Świecie", "Wędkarzu Polskim" oraz "Wędkarstwie Muchowym". Współzałożyciel klubu wędkarstwa muchowego "Pstrąg".

21.09.2013

Wrześniowy lipień Redy


Dawno nie byłem na rybach a tym bardziej nad Redą. Dużym zaskoczeniem był jej dzisiejszy stan po ostatnich opadach deszczu, czyli niska i wręcz krystaliczna woda, o ile Reda kiedykolwiek ma taką barwę.  Typowe bursztynowe zabarwienie, potęgowane pierwszymi barwami jesieni i bezwietrzny, słoneczny dzień, wszystko to zachęcało do wędkowania. No prawie wszystko, bo pierwszym napotkanym wędkarzem był mały, rozbiegany  nerwowy człowieczek, który pospiesznie zmierzając w moją stronę, już z oddali wołając pytał czy są trocie. Na chwilę zatrzymując się nawiązałem rozmowę, jednak gdy usłyszłem tekst:
- Wie Pan, wczoraj szwagier połowił piękne lipienie koło komina, takie 40 - 45 cm, wędziliśmy, ale są niesmaczne, już miałem dość nowej znajomości. Pozostało jeszcze pogodzić się z widokiem troci dotkniętej UDN, podobnie jak w poprzednich sezonach i praktycznie mogłem cieszyć się lipieniami.


Tegoroczna troć, dotknięta UDN

Na szczęście sporo okazałych lipieni przetrwało wiosenny i letni sezon, ale po wyżej cytowanej rozmowie długo nie napiszę o ich miejscówka i przynętach na jakie łowię. Krótko mówiąc dzień zaczął się od czterdziestaka i taką rybą zakończyłem też wędkowanie. W sumie osiem lipieni, takie okołowymiarowe, ale wypasione, grube i w doskonałej kondycji. Jak na początek sezonu całkiem nieźle, zważywszy, że udało mi się odwiedzić zaledwie kilka miejscówek. Ryby jeszcze chodzą pojedynczo, ale prawdziwy czas lipieni dopiero nadchodzi ... połamania kija a ości w gardle życzę amatorom lipienowej wędzonki.

W tym miejscu ponawiam apel do władz Zarządu Okręgu Gdańsk PZW o radykalne zmniejszenie limitów lipienia z 3 sztuk dziennie, do kilku sztuk rocznie oraz o zmianę sposobu wypełniania rejestrów połowu.

Instrukcja wypełniania rejestru połowu, w Okręgu Gdańsk, nie nakłada obowiązku natychmiastowego wpisu złowionej ryby łososiowatej a wręcz nakłania do kłusownictwa wędkarskiego, podając:
REJESTR POŁOWU RYB w wodach okręgu gdańskiego PZW
3. Instrukcja Wypełniania Rejestru
a) Rubryki „Data” i „Numer łowiska” wypełniamy przed rozpoczęciem wędkowania.
b) Wszystkie pozostałe dane, wypełniamy po zakończeniu wędkowania ( w domyśle w domu)  ... czyli nie wypełniamy i hajda nad rzeką po kolejne lipienie. 

Kolegów zaś proszę o rozsądek w ilości zabieranych z rzeki lipieni ...



Polecam również wędzone lipienie przekąsić grzybkiem z octu.


Lipień 40 cm, na koniec wędkowania



15.09.2013

Czerwone światło dla łososia

Wprowadzenie: 
Wielokrotnie głosiłem swój pogląd o konieczności zmiany przepisów ujętych w Regulaminie Amatorskiego Połowu Ryb, w części dotyczącej przysługujących obecnie limitów dziennych ryb łososiowatych, na czele z pstrągiem morskim (trocią) i łososiem. To, że sprawa pozostaje bez echa na szczeblu ZG PZW i większości Zarządów Okręgowych, to jedno zło. Drugim jak się okazuje, jest drastyczny spadek liczebności łososi w wodach zlewni Morza Bałtyckiego, opisany w artykule opublikowanym na Portalu Salmon.pl, tekst cytowany w całości poniżej, gdzie jedną z przyczyn autor wskazuje  dziesiątkowanie ryb przez floty rybackie. Jak podaje "Magazyn Przemysłu Rybnego" Nr 3, maj-czerwiec 2013, mamy do czynienia również z rekordową konsumpcją łososi. 
Cytuję:
" Wg Kristin Pettersen dyrektor polskiego rynku w Norweskiej Radzie ds. Ryb i Owoców Morza, w roku 2012 konsumpcja produktów z łososi w polskich gospodarstwach domowych wzrosła o 152%, osiągając poziom 14 tysięcy ton. Po raz pierwszy spożycie łososi świeżych było wyższe niż spożycie łososi wędzonych. Produkty z łososi są nabywane przez 16% polskich gospodarstw domowych a średnia częstotliwość zakupu łososi przez te gospodarstwa wynosi 1,4 raza miesięcznie. Wg Kristin Pettersen najważniejsze czynniki rozwoju rynku detalicznego łososi, to: dostępność (m.in. obecność łososi świeżych w supermarketach) oraz dobra ekspozycja i promocja. Dodajmy, że w 2012 r. łosoś świeży charakteryzował się bardzo korzystną ceną"

Wobec przytoczonych danych w obu opracowaniach, warto się zastanowić nad doktryną części polskich wędkarzy upatrujących ochronę łososiowatych jedynie przez metodę No -kill, tak chętnie odsyłających nas do supermarketów. Ich argumenty - nie zabieramy ryb w swej szlachetności a wszelkie potrzeby kulinarne zaspokajamy zakupem, jak widać w przypadku łososia szybko mogą stać się mało realne, mimo optymistycznych danych o wzroście konsumpcji. Co gorsze władze PZW uznały za wystarczającą w swej skuteczności postawę No-kilowców, niejako chętnie zwalniając się od własnych działań, analiz, opracowań wniosków i zaleceń. Kłopot tylko w tym, że nie robiąc nic, za chwilę nie będzie łososi ani w naszych, czy europejskich rzekach ani w supermarketach. Zarówno łosoś, morski pstrąg, jak i pozostałe gatunki wymagają działań ochronnych idących znacznie dalej, niż czubek nawet najbardziej zadartego nosa polskiego wędkarza. PZW może niewiele, PZW zawsze może niewiele, ale w przypadku łososiowatych bezwzględnie winno wrzucić swój kamyczek do europejskiego ogródka w postaci natychmiastowego ograniczenia ilości łososiowatych pozyskiwanych z naszych rzek. 

Szanowni działacze, czas ostateczny by na problem łososiowatych przestać patrzeć przez pryzmat związkowej składki a ze swego stołka dostrzec dramatyczną i pogarszającą się sytuację tej grupy ryb ... W tym miejscu odsyłam związkowych decydentów oraz Was Koledzy, do treści artykułu autorstwa Marcina Rogowskiego:

"Alarmujące spadki wchodzących łososi w norweskich rzekach"

Na skutek alarmujących raportów z norweskich rzek, mówiących o drastycznym spadku na niektórych obszarach liczby wstępujących łososi, w połowie lipca bieżącego roku tamtejsza Agencja Ochrony Środowiska wprowadziła częściowy zakaz połowów łososia atlantyckiego.

Zakazy i limity dotknęły  m.in. obszarów: Trondheimsfjorden (rz. Orkla, Gaula, Nidelva, Stjørdals - tu spadki osiągnęły od 30 do 60% w stosunku do poprzednich lat), Nord-Troms (rz. Reisa) oraz Vest-Finnmark (rz. Alta). Rybacy zrzucają winę na przemysłowe hodowle łososia i choroby, które przenoszą do środowiska naturalnego, hodowcy zaś odpierają zarzuty, zwracając uwagę na zmiany klimatyczne i związane z nimi spadki zasobów pokarmowych łososi na ich morskich żerowiskach, zapominając o tym, że sami je rujnują na potrzeby hodowli. Wiadomo jednak, że młode łososie z północnej Norwegii, Finlandii i Rosji (Półwysep Kola), po spłynięciu do morza wędrują na odległe żerowiska wokół Grenlandii i Wysp Owczych, gdzie, mimo ochronnych traktatów, są dziesiątkowane przez flotę rybacką wielu krajów. W drodze powrotnej na tarliska trafiają na norweską zaporę sieci aktywnych i biernych, w tym zabójczo skutecznych sieci klinowych krogarn (kilenot), których używanie wciąż jest w Norwegii dozwolone. Jak ostatnio wykazali naukowcy z Norwegii, Finlandii i Rosji,  zaledwie 30-40% ryb omija te zapory i trafia w strefę przyujściową rodzimych rzek (wg nich ok. 70% łososi wracających do rosyjskich rzek Półwyspu Kola trafia w sieci norweskich rybaków, co zagraża tamtejszym populacjom; trzeba dodać, że łososie rosyjskie to ostatnie dzikie stada, nieskażone genetycznie osobnikami z hodowli). Tu czekają na nie kolejne zabójcze pułapki, a dalej właściciele gruntów mający prawa do odłowów, koczowniczy lud Sámi, a na samym końcu wędkarze, mający za niemałe pieniądze największe ograniczenia, a łowiący łososiowe niedobitki.

Wysiłki naukowców i organizacji, walczących o zachowanie tego niezwykłego gatunku, idą w kierunku przekonania rządów wszystkich krajów do zaniechania połowów na morskich żerowiskach i trasach wędrówek, skupiając ewentualne komercyjne pozyskiwanie ryb do stref przynależnych rodzimym rzekom, gdzie można w miarę skutecznie szacować zasoby i regulować wielkość połowów. Zasadą powinno być wydawanie zezwoleń na rybackie połowy dopiero wtedy, gdy do rzeki weszła odpowiednia dla odtworzenia stada ilość tarlaków. Nigdy jednak odłowy nie powinny być zbyt "szczelne", a to dlatego, żeby umożliwić wejście do rzeki także osobnikom późniejszego ciągu i umożliwić im udział w zachowaniu puli genowej danej populacji na historycznym, właściwym dla danych warunków poziomie. Niestety, tak dobrze w Norwegii nie było, nie jest i nie zanosi się na zmiany. Ten najbogatszy kraj świata w swoisty sposób dba o tradycje, miejsca pracy i utrzymanie zaludnienia na swoich północnych, arktycznych rubieżach. Tam nadal można zobaczyć płetwala karłowatego, wpływającego do fiordu, a za nim w pogoni łodzie wielorybnicze z harpunami - podobno w celach naukowych. Co tam łososie...

Legendarna Alta wciąż nie zawodzi

​Pomimo, że jej wyjątkowe stado gigantycznych dzikich łososi jest zagrożone i zdaniem wielu specjalistów nie da się go utrzymać bez specjalnych środków, to nadal wiedzie prym w wędkarskich połowach. W tym sezonie, oprócz zakazów rybackich, wprowadzono także dodatkowe ograniczenia dla wędkarzy, narzucając im od 27 lipca obowiązek wypuszczania wszystkich złowionych samic. Rzeka, za sprawą lokalnego partnerskiego zrzeszenia rybackiego - ALI (Alta Laksefiskeri Interessentskap), które zarządza rzeką od 1880 roku, była i jest nieco bardziej chroniona przed odłowami gospodarczymi i rekreacyjnych niż pozostałe norweskie rzeki łososiowe. Niestety, działania te nie są wystarczające. Zdają sobie z tego sprawę wędkarze, zarówno miejscowi, jak i szczęśliwcy z różnych stron świata, z których wielu zrezygnowało dobrowolnie ze skromnych limitów, zwracając wolność także złowionym samcom. Dlaczego „szczęśliwcy”? Ponieważ, żeby łowić w Alcie będąc obcokrajowcem trzeba najpierw wpłacić bezzwrotne wadium w wysokości 400 NOK uprawniające do udziału w swoistej loterii, a następnie szczęśliwie wylosować jedną z 80-ciu licencji na około 1000 osób biorących w niej udział (w 2012 roku było ich ok. 960). Licencje są dwóch rodzajów: ekskluzywne (tzn. bardzo drogie) i drogie, a ich cena uzależniona jest od sektora, okresu połowu i ilości dni (zwykle 1 lub 2 dni w czerwcu i lipcu oraz 3 lub 6 dni w sierpniu). Chętnych jednak wciąż nie brakuje, a rzeka odpłaca im niezapomnianymi wrażeniami.


Chris Buckley z ponad 19 kg (44 lb) łososiem; Alta, 11 lipca 2013 r. (fot. ASF)

Jednak nie ma to, jak u siebie...

Rzeki u nas równie piękne, co w Norwegii. Nietknięte ludzką ręką, z krystalicznie czystą wodą i zasobne w tarliska meandrują dolinami wśród lasów i łąk. Łososi atlantyckich rodem z Łotwy dziś u nas w bród. Doskonale zaaklimatyzowały się w naszym nieskażonym środowisku, a ich samoodtwarzalne stada bezpieczne są od wszelkich zagrożeń. Udaną ich reintrodukcję ogłosił przecież sam twórca i koordynator programu, profesor Ryszard Bartel, a dbający o swoich członków Polski Związek Wędkarski, za głosem najzdolniejszych na świecie polskich polityków, zezwolił w ciągu 9-cio miesięcznego sezonu łowić ich do woli, w tym pozbawiać życia po 2 sztuki dziennie, bez względu na płeć, byle były dłuższe niż 35 cm. Daje to skromną liczbę ok. 540 łososi rocznie, którą może pozyskać każdy wędkarz posiadający łatwo dostępne zezwolenie. I tak jest niezmiennie już od 20 lat. Rybacy na Bałtyku chyba też są szczęśliwi, bo przecież u nich łosoś to troć wędrowna, a troć to też ryba. Nie mogą narzekać nawet kłusownicy - co roku starcza łososi i dla nich.
I gdzież może być na świecie lepiej, niż w naszym ukochanym kraju...?

Oprac. Marcin Rogowski
źródło: salmon.pl
Czytaj również: z archiwum bloga: Łyżka troci, w beczce dziegciu

08.09.2013

Czas borowików


Zapewne wielu zdziwi skąd taki temat na portalu wędkarskim, jednak rzeka a szczególne jej otoczenie oferuje znacznie więcej niż możliwość połowu ryb, nawet tych najatrakcyjniejszych dla nas, łososiowatych. Nadchodzi najpiękniejszy miesiąc w roku - październik i niewielu trzeba przekonywać o walorach tego czasu, zarówno w postaci doznań w połowie jesiennego kardynała, jak i widoków jakie za chwilę roztoczą okalające rzekę lasy. Póki co mamy wrzesień, porę nie mniej piękną jednak rzadziej teraz sięgam po wędkę. Nie potrafię odmówić sobie choćby spaceru po otaczających dolinę Redy wzgórzach, nie mówiąc już o całodziennych wyprawach na grzyby. Bukowo - grabowe lasy darzą obfitością borowików, szczególni w tym sezonie. Odpoczywam ja, odpoczywają rzeka i ryby. Pozbawiony wszelkich dylematów No- kill, czy C&R, mogę oddać się równie niemałym emocjom w wyszukiwaniu prawdziwków.

Kocham jesień, zawsze z politowaniem spoglądam na tłumy wczasowiczów, dla których letnie miesiące są porą urlopu. Na ich gonitwę między plażą, budką z lodami, czy smażalnią ryb. Na niekończący się sznur samochodów obcych rejestracji w drodze na Półwysep helski w słoneczne dni i z powrotem do Trójmiasta w dni deszczowe, w poszukiwaniu alternatywnych atrakcji. Pewnie to lubią, czerpią z tego satysfakcję, jednak mnie trudno zrozumieć radość lipcowego czy sierpniowego urlopu nam morzem, wiedząc jak piękna i spokojna jest tu jesień.




Nadejdzie niebawem czas, gdy za oknem ukaże się jesień w całej swej październikowej okazałości. I choć krople deszczu spływać będą po szybach, to w oddali na wzgórzach płonąć będą lasy mgłą wilgoci poderwaną zatrzymanym ciepłem tak nieodległych letnich dni. Purpurowe korony starych buków zmieszają się z zielenią świerków na tle nieba, które nie potrafi zdefiniować swojego koloru. Stanie się ołowiane, by za chwilę otworzyć rozległą przestrzeń błękitu. W tej chwili zmienią się kolory a widoczna nieopodal rzeka przybierze barwę bursztynu. Niesione nurtem liście spotęgują swą barwą mieszankę czerwieni, żółci i brązu, zgodnie z nieodmiennym rytmem przyrody. Wystarczy bardziej wytężyć wzrok, by dostrzec wielkie lipienie, kardynały, które podniosą tęczowe cielska do drobnych owadów kończących swe życie w rzecznym nurcie. Ryby schowane latem, gdzieś w zakamarkach rzecznego dna, będą harcować dając okazje ich podziwiania. Jak dobrze, gdy unoszone w czerwcowym geście triumfu wracały do wody. Spotkamy je teraz delikatnym zestawem jesiennej, suchej muszki. Ich wielkie postacie, nieostrożnie sterczące nad wodę, trącać będą pędy tataraku w oczekiwaniu deszczu maleńkich chruścików.

Nie znana mi barwa piękniejsza, niż szata lipienia jesieni ...