28.10.2013

Królowa Matka

Jak zapewne Wam wiadomo XXX Krajowy Zjazd Delegatów PZW, przyniósł zmiany. Przynajmniej na szczeblu Prezesa ZG PZW, którym został Dionizy Ziemiecki z Okręgu Mazowieckiego. W tej, jak i pozostałych sprawach relacje ze Zjazdu w postaci komunikatów Rzecznika prasowego są jak zwykle szczątkowe i enigmatyczne. Jednak uważny czytelnik z tych laurek potrafi nieco więcej wyczytać między wierszami. Oto mamy Królową Matkę, Papierza Seniora lub jak kto woli Honorowego Prezesa PZW, jak nie trudno się domyśleć w osobie Eugeniusza Grabowskiego. By nieszczęść było mało, zebrani licznie delegaci w liczbie 126 siwych głów, wybór ten przyjęli owacją na stojąco. Poruszając się dalej w skali stopniowania tragedii, po drodze mamy określenie katastrofa, winne przynależeć deklaracji Honorowego Prezesa, który serdecznie i wzruszająco podziękował za to wyróżnienie oraz obiecał dalszą współpracę z nowym Zarządem Głównym i kol. prezesem ZG kol. D. Ziemieckim na rzecz pomyślności naszego Związku. Jako, że tytuł dzisiejszego wpisu jest nieco Szekspirowski, zatem doszliśmy do tragedii.

Oto czekamy na odsłonę kurtyny przedstawienia. Orkiestra gra uwerturę w postaci poetyckiej relacji z głosowania dla uchwałami w sprawie nadania tytułu Członek Honorowy PZW, również z dyskusji nad potrzebą ustabilizowania przepisów dotyczących sportu wędkarskiego. Przewija się nutka niepokoju budująca atmosferę, gdy odbywa się udzielenie absolutorium ustępującemu zarządowi, który uzyskał akceptację delegatów 119 głosami ,,za'' oraz przy 3 głosach wstrzymujących się. Gdy publiczność w postaci  600 tys członków związku gotowa jest na spektakl, na scenę wchodzi odtwórca głównej roli - nowy Prezes PZW, Dionizy Ziemiecki. Zrywa się burza oklasków, póki co klakierzy nie są potrzebni. Widownia owacjami wita aktora wierząc, że za chwilę cały swój kunszt zamieni w płynącą ze sceny mądrość.

Ja jednak nerwowo czytam dossier, gdzieś z trudem zdobytą informacje (FORS ) cytuję:
Kol. Dionizy Ziemiecki ma 60 lat, ukończył Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Członkiem PZW jest od 1977 roku. Członek koła PZW nr 88 Wyszków Miasto w Okręgu Mazowieckim PZW. Koło liczy obecnie 1800 członków. Od 1998 roku aktywnie pracuje w zarządzie koła zajmując się sprawami organizacyjnymi, ochroną wód i zarybianiem, sportem i pracą z młodzieżą. W kole piastuje funkcję kapitana sportowego, a od 2005 r. jest wiceprezesem koła. Z jego inicjatywy powołano Społeczną Straż Rybacką Powiatu Wyszkowskiego. W 2008 r. został powołany przez Starostę Powiatu Wyszkowskiego na Komendanta Powiatowego SSRyb.. Od 2006 r. aktywnie uczestniczy w pracach Kapitanatu Sportowego Okręgu Mazowieckiego. W 2009 roku jako członek Zarządu Okręgu Mazowieckiego został Kapitanem Sportowym Okręgu. W tym samym roku decyzją Zarządu Głównego PZW został członkiem Komisji Wędkarstwa Morskiego ZG PZW, w której to komisji był odpowiedzialny za sprawy sędziowskie, a w 2010 r. uchwałą ZG PZW został członkiem Głównego Kapitanatu Sportowego. Od 2010 r. pełni funkcję trenera Kadry Narodowej dyscypliny morskiej. Kadra kierowana przez kol. D. Ziemieckiego na Mistrzostwach Europy w wędkarstwie morskim w 2012 i 2013 r. zdobyła 3 złote, 2 srebrne i 3 brązowe medale. Od 2013 r. kol. Dionizy Ziemiecki jest wiceprezesem Zarządu Okręgu Mazowieckiego ds. organizacyjnych. Za swoją pracę na rzecz PZW kol. D. Ziemiecki został odznaczony srebrną, złotą i złotą odznaką z wieńcami. Za działalność społeczną i zawodową został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Informacja ze strony ZG PZW.

Szanowny Kolego Prezesie jako członek PZW od roku 1972, czyli uzbierało się już 41 lat zadaję publicznie pytanie o oblicze naszego Związku. Czy mój niepokój wynikający się z wielokrotnie pojawiającego się w życiorysie Kolegi słowa sport, odmienianego przez wszelkie przypadki oznaczać będzie niezmiennie preferencje PZW, których jedynym wymiernym efektem będą igrzyska dla mas? Czy jak dotąd karmieni będziemy radosnymi wieściami o połowie flądry z brzegu zwanym Mistrzostwami Polski oraz o niezliczonych zawodach wędkarskich? Czy na te cele wydawana będzie jak dotąd zasadnicza część pieniędzy pochodzących z naszych składek?

A może (serce mi zabiło) z nową kadencją sprawy ochrony wód staną się podstawową działalnością statutową. Może bezmyślnie realizowane operaty doczekają się monitorowania efektów zarybień. Może absurdalne limity dzienne pozyskania ryb łososiowatych doczekają się radykalnych ograniczeń. Może doczekamy się Ogólnopolskiej konferencji w sprawie ryb łososiowatych z prezentacją osiągnięć i porażek wszystkich okręgów. Może jeszcze trochę pieniędzy dla Społecznej Straży Rybackiej zamiast diet dla działaczy. Może ... ?

 - Halo, proszę Pana, przeszkadza Pan wszystkim .
 - Przepraszam co się stało?
 - Przedstawienie się zaczęło a Pan przysnął.
 - Co chrapałem, przepraszam.
 - Nie, gadał Pan przez sen.

27.10.2013

Noszę bo mogę



Wielu kolegów rezygnuje z podbieraka uznając go za zbędny balast. Czasem za kłopotliwy element ekwipunku, który utrudnia poruszanie się w zarośniętym otoczeniu rzeki. Obecnie stosowane coraz powszechniej haczyki bezzadziorowe ułatwiają szybkie uwalnianie ryby bez konieczności lądowania w podbieraku. Przy płytkim zahaczeniu i wystającej części trzonka wystarczy wprawny ruch ręki zsuwającej się po przyponie by dać rybie wolność już w wodzie. W ten sposób uwolnicie większość lipieni nie przedłużając ponad potrzebę czasu męczącego dla nich holu. Są jednak sytuacje gdy podbierak okazuje się niezbędny. To często zdarza się na Redzie oraz pozostałych rzekach Pomorza, gdy nieoczekiwanie (lub nie) naszym zestawem targnie silny i okazały przybysz z morza. Również rodzimy potokowiec, który długo nie będzie zamierzał się poddać, wykonując młynki i odjazdy spod nóg. Jak bardzo się o tym przekonałem gdy pewnego letniego dnia pomagałem przygodnemu wędkarzowi swoim podbierakiem lądować srebrniaka 70 cm. Troć o niespotykanie szerokim cielsku, holowana w miejscu bez szans na podebranie w inny sposób. Ledwie ją upchałem w mój pstrągowy podbierak ... uff.  Dlaczego mimo to nadal rezygnujemy z podbieraka?. Bo zwykle jest ciężki i ledwie trzymający się na magnetycznym klipsie. Wypina się przy byle trąceniu o nadbrzeżną gałąź lub po pierwszej godzinie zaczynamy czuć jego wagę na plecach. To wszystko prawda i wystarczający powód do unikania podbieraka. Jednak pamiętać wypada, że takie właściwości mają tanie produkty. W tym wypadku masówka z grubego i ciężkiego z natury drewna. 

Inaczej ma się sprawa z produktami markowymi jak Salix Alba. Pstrągowy podbierak tej firmy to czysta przyjemność użytkowania. Oprócz ergometrii kształtów rękojeści i obręczy do wlściwości najbardziej przyjaznych zaliczyć wypada jego niewielką wagę. To cecha nie tylko projektu i wykonania, ale rodzaju drewna z jakie został wykonany. Dodatkowo wyposażony w penie trzymający klips magnetyczny staje się niekłopotliwym, ale bardzo skutecznym narzędziem w walce z okazałym rybim drapieżnikiem. Mocowanie klipsa zarówno na obręczy jak i na rękojeści umożliwia zawieszenie na plecach w dowolnej pozycji, w dół lub górę zależnie od upodobań i przyzwyczajeń. Eliminuje też potrzebę domowych i kłopotliwych przeróbek mocowania. W ofercie producenta również podbieraki innej wielkości i kształty obręczy PODBIERAKI DREWNIANE SALIX ALBA

Wszystko to zabrzmiało nieco jak kryptoreklama, jednak rzecz opisuję na bazie własnych doświadczeń. W sezonie zimowych połowów towarzyszył mi największy z produkowanych przez Salix Alba, podbierak trociowy o identycznych cechach DUŻE JEST PIĘKNE Obecnie dołączył do niego podbierak pstrągowy, umownie określający wielkość. Poprzednio używałem doskonałego Latimera, równie lekkiego, jednak jego dni mimo sentymentu dobiegły końca. Początkowo bardzo żałowałem obawiając się, że nic nie zastąpi jego miejsca dopóki nie wziąłem w rękę Salix Alba. Już po pierwszej wyprawie nad rzekę, stwierdzić mogę jedynie - doskonały. Nawet pod koniec kilku ładnych godzin wędkowania zapomniałem o jego istnieniu na plecach a lądowania były pewne dzięki kształtowi obręczy.



26.10.2013

Opowiem Wam anegdotkę


Szczerze mówiąc cały tydzień jak nigdy czekałem na weekend i na sposobność spotkania się z lipieniami. Po pięknym, słonecznym tygodniu, dzień wolny jak to zwykle bywa był deszczowy. Jednak o poranku poczłapałem nad rzekę. Ciemno jakoś było ponuro i kapało za kołnierz. Obłowiłem parę starych miejscówek, złowiłem kilka lipieni, ale było nudno. Choć ryby dorodne i waleczne nie dawały satysfakcji i jedynie rekordowy kardynał mógł poprawić mi nastrój. Nie było też z kim pogadać, bo brzegi rzeki puste jak okiem sięgnąć. Pojechałem na inny odcinek, ludzi zawsze więcej a wieść niesie o bytujących tam najokazalszych rybach. Stoję na brzegu w strugach deszczu ja poprzednio, kaptur zasłania mi pole widzenia i tłumi dźwięki za plecami. Jednak po chwili słyszę wreszcie ludzki głos, odwracam głowę na słowa powitania:
- Jak tam kolego, pada nieśmiertelne hasło.
- Lipa w paczkach, odpowiadam.
- Ja też słabo, jeden lipień taki pod wymiar, melduje przybysz. Nawiązuje się mała rozmowa, chwilę gadamy o dzisiejszych wynikach i w końcu skłaniam się by podbudować własny wizerunek mówiąc:
- Byłem na środkowym odcinku, lipienie brały nawet dorodne, ale mi się przejadły. Zawitałem tu, bo może dla odmiany jakiś tęczak skubnie. Na to mój rozmówca:
- Szczerze mówiąc mi też się przejadły, robiłem ostatnio w galarecie bo smażonych już mam dość. 
- Ale je miałem na myśli przejadły w znaczeniu znudziły, bo wszystkie wypuszczam mówię.
- No tak, ale, hmm, eee ... ja też właściwie wypuszczam lipienie, zmieszał się kolega.

Rozstaliśmy się z uśmieszkami na twarzy, które w obu przypadkach nie wyrażały tych samych uczuć. Po dłuższej chwili zza chmur przebiło się słonce. Zrobiło się radośnie i kolorowo jak na październik przystało. Zostałem jeszcze chwilę i zapuszczając zestaw w nurt rzeki, w duchu śmiałem się z przebiegu niedawnej rozmowy. W tym momencie wędką mocno szarpnęło, zacięcie, siedzi. Tęczak myślę, chyba spory, zapiera się jak należy. W końcu podnoszę rybę ku powierzchni ... kardynał jak się patrzy, taki pod 50 cm. Wypinam go gładko z bezzadziorowego haczyka a on dając nura zdaje się mówić:
-  Dzięki Kolego, popływam jeszcze w rzece a nie w galarecie.

20.10.2013

The Garry Dog ... nieco historii


Receptura: Tułów czarny floss przewinięty złotą lametą. Skrzydełka, w tym wykonaniu czerwona koza, lis żółty. Jeżynka perlica barwiona na niebiesko.

Jesienne wieczory robią się dłuższe a i nie wszystkie dni sprzyjają wędkowaniu. Choć sezon lipieniowy w pełni to często bywa, że słota i porywiste wiatry zatrzymują nas w domu, jak mnie dzisiejszego dnia. To czas spokojnych przygotowań do sezonu trociowego przy imadełku. Na użytek połowu tego gatunku powstało wiele much "rodzimych", choć czasem o zamorskim rodowodzie. Wspominany niedawno Edmund Antropik był nie tylko mistrzem połowu najokazalszych salmonów, ale też krajowym prekursorem much dedykowanych tym rybom. Muchy trociowe

Jest jednak wiele klasycznych much łososiowych o wielkiej tradycji, które z powodzeniem możemy stosować w warunkach polskich rzek w połowie troci i pstrągów. Dziś prezentuję jedną z nich - The Garry Dog. Jedna z najpopularniejszych szkockich much, The Garry Dog (Pies Garry) jest ceniona w połowach na wszystkich rzekach, ale szczególnie w tych o ciemnym odcieniu wody. To skutek pierwszych prób z taką kolorystyką w rzekach płynących przez torfowiska. Projekt tej znanej muchy z roku 1850, przypisywany jest znanemu wiktoriańskiemu twórcy much James'owi Wright, lub jak nazywali go przyjaciele – Jimmie Wright. James wcześniej zaprojektował już wiele teraz klasycznych łososiowych much takich jak Silver Doctor, Thunder and Lightning, Durham Ranger, Silver Grey, czy pstrągowa mucha Greenwell's Glory. Mieszkał w Sprouston, Roxburghshire w Szkocji w okolicach dobrze znanej łososiowej rzeki zwanej The Tweed. Legenda głosi, że w oryginalnym wzorze James zastąpił pióra włosiem psa lokalnego księdza. Skonstruował on muchę z użyciem tego oryginalnego materiału na prośbę duchownego. Pies miał na imię Garry, stąd niezwykła nazwa muchy. Inni badacze sugerowali, iż Garry było imieniem księdza, a nie psa. Inni twierdzili, że mucha zaprojektowana była do użytku na rzece Garry w szkockich górskich terenach, podczas gorących “psich dni” kiedy żadna inna łososiowa mucha nie przynosiła skutku. Opisywana mucha znana jest również pod nazwami Minister's Golden czy Yellow Dog (Żółty pies). Prawdziwe pochodzenie nazwy muchy nie ma tak na prawdę znaczenia, ponieważ najważniejszą rzeczą jest to, że w ciągu ostatnich 160 lat, za jej pomocą złowiono tysiące łososi i pstrągów na całym świecie, czego i Wam życzę.

19.10.2013

Rzeka pachnąca tymiankiem


Poranek na Redą, wręcz nie wypada zabierać wędki szczególnie, że światło mgieł mroźnego początku dnia umyka z każdą minutą. Czasem warto przed poranną kawą przespacerować się brzegiem rzeki by cieszyć wzrok takimi widokami. Ani żywego ducha, tylko zapach tymianku niesiony wodnym oparem ... jutro idę na ryby.












18.10.2013


16.10.2013

Memoriał Edmunda Antropika cz. 3


Gdy w siedlisku Edmunda czekały pamiątkowe nagrody, na grillu skwierczała karkówka, wędkarze zjeżdżali z rzeki. Powoli zaludniała się polanka przed domem, ku radości Bartosza Łunkiewicza. Jako gospodarz uwijał się miedzy okazałymi paleniskami dbając by każdego uczestnika przywitał gorący poczęstunek. Żona Bartosza nie tylko uraczyła nas domowym ciastem, ale też według życzenia kawą lub herbatą. 


Rumiane kawałki mięska działały na nas jak tłuściutkie chruściki na lipienie. Brania i zbiórki ze stołu były intensywne i szybko ubywało przynęty. Obyło się  bez beczek piwska, "góralu czy ci nie żal" oraz innych narodowych atrakcji, za co dziękuje organizatorom. Jak widać można doskonale się bawić bez ociekającej piwskiem brody. To kolejna wartość Memoriału w odróżnieniu do wielu związkowych imprez, gdzie na pierwszym planie wyłaniają się skrzynki alkoholu na tle młodzieży, która garnie się do wędkarstwa.




Nadszedł czas na posumowanie spotkania i uhonorowanie uczestników w kilku kategoriach.


W uznaniu udziału i wędkarskich umiejętności nagrodzona została jedyna wędkująca Pani w naszym gronie. Marzena Kaczmarek odebrała z rąk Roberta Tracza piękne pudełko na muchy. Łowiła na suchą muchę oczywiście z wynikami lepszymi niż kilku facetów z naszego grona ... gratulacje.



Na zdjęciu Piotrek Jerzyk odbierający nagrodę dla najmłodszego uczestnika, pakiet materiałów muchowych.


To triumfator tegorocznego Memoriału, Mateusz Sękiewicz, który złowił największą liczbę lipieni. Odbiera imadełko oraz pucharek z pamiątkowym napisem i piękną grafiką Roberta Tracza na rewersie. 


A teraz pora na największą rybę. Tym razem był to lipień 49 cm, złowiony przez  Marka Macińskiego, również na suchą muchę.


Oto całe nasze grono, które ma nie tylko nadzieję na kolejne spotkanie, ale też nieukrywaną ochotę ponownego odwiedzenia brzegów urokliwej Wdy oraz naszego przyjaciela, któremu los nakazał już odejść. W imieniu własnym oraz grupki moich przyjaciół, którzy wraz ze mną po raz pierwszy wzięli udział w Memoriale Edmunda, dziękuję za zaproszenie. Również za możliwość spędzenia pięknych chwil w Waszym gronie, ku uciesze licznych lipieni, które całe i zdrowe nadal pływają w rzece.

15.10.2013

Memoriał Edmunda Antropika cz. 2

Część drugą relacji z memoriału postanowiłem poświęcić postaci Piotrka Jerzyka. To młody człowiek, wędkarz z Gdańska, który ma obecnie 14 lat. Stawał jednak z nami w szranki jak dorosły mężczyzna a co ważniejsze jak dojrzały wędkarz muchowy. 


Tego dnia złowił największego lipienia w swoim życiu, kardynała 39 cm i widać było szczerą i nieukrywana radość. Co ważniejsze skusił go suchą muchą kładąc w miejsce oczkowania jak doświadczony muszkarz. Widać, że pokochał rzeki, wędkarstwo muchowe a pierwsze kroki w tym kierunku stawiał przy imadełku. Mając zaledwie 11 lat zaczął przygodę z kręceniem much a obecnie wykonuje je naprawdę pięknie i starannie. Chętnie je prezentuje nie tylko lipieniom, ale dorosłym kolegom, jednocześnie z uwagą wysłuchując porad, podpowiedzi i muchowych opowieści.


To zawartość muchowego pudełka Piotrka a wizerunku wykonanych przez niego much nie powstydził by się niejeden doświadczony krętacz. Co ciekawe łowił na własne Goddardy, muchy które wypada uznać za jedne z trudniejszych do wykonania, pracochłonne i wymagające staranności w proporcjach. Jednym słowem duży ukłon w Twoim kierunku Piotrze.


Nie mniej atrakcyjnie i apetycznie wyglądają związane przez Piotrka nimfy. Na każda okazję, rybę i rodzaj wody. Widać, że szybko uczy się czytać rzekę. To bardzo sympatyczny i skromny chłopak, który z miejsce zdobył nasze uznanie. Myślę, że śmiało można powiedzieć, że stanowił wartość tegorocznego memoriału, bo spotykamy się właśnie by promować wędkarstwo muchowe w czystej, tradycyjnej postaci a nie prowadzenie zakupionej nimfy z punktu A do punktu B. Jeśli wzorem Piotrka młodzież zaczynać będzie wędkarska przygodę z łososiowatymi przy imadełku w wieku 11 lat a następnie znajdować radość w połowie na suchą muchę, to o przyszłość następnego pokolenia nie ma co się martwić. Skorzystają na tym bez wątpienia rzeki i ryby a w rezultacie my wszyscy. Drodzy Koledzy, to nie opowieść o rzece zabija w niej ryb, ale ludzie którzy nie potrafią się tam godnie zachować. Jeśli brak Wam pozytywnych przykładów w swoim otoczeniu, to spójrzcie na Piotrka.


Na zdjęciu Piotrek odbierający nagrodę dla najmłodszego uczestnika z rąk Kolegi Roberta Tracza.


Teraz ogląda swoje skarby, materiały muchowe. Będzie jak znalazł na długie, zimowe wieczory. Choć na ile poznałem Piotrka w domu nie wysiedzi, bo uwielbia łowić na Raduni oraz Redzie. Zapewne spotkamy się może jeszcze w sezonie lipieniowym, lub zimą na trociowisku. A tak przy okazji Piotrek, na kolejne spotkanie nad Wdą zamawiam u Ciebie suche muchy.


To scenka tuż po wymianie poglądów z Jerzym Chmielewskim na temat przydatności skóry z lisa, zakupionej okazyjnie za 5 zł na jakimś targowisku w drodze na Memoriał Mundka. 

c.d.n

14.10.2013

Memoriał Edmunda Antropika cz. 1




Po raz czwarty grupa przyjaciół, wędkarzy muchowych spotkała się nad urokliwą rzeką Wdą, by w ten sposób wspomnieć naszego Kolegę Edmunda Antropika, który odszedł od nas w lutym 2010 roku. W zwyczaju corocznych spotkań jest odwiedzenie grobu Mundka, zapalenie mu zniczy i chwila zadumy. To czas wspomnień jego niewątpliwie ciekawej postaci, wiedzy i pasji wędkarskiej, którą zaszczepił niezliczonej ilości wędkarzy muchowych. Pokłon nad jego grobem otworzył dla uczestników dzień pełen wrażeń, wspólnego pobytu oraz wędkowania w wodach rzeki, którą tak ukochał. 





Edmund Antropik ( 1935 - 2010 ), autorytet łowców troci na muchę, animator idei "no kill" na Pomorzu oraz zagorzały zwolennik zakazu stosowania osęki. Mundek zapewne przemierza teraz krainę niebiańskich troci z ciekawością i zadumą nestora, przyglądając się naszym poczynaniom. 



Wyruszamy zatem nad brzegi Wdy, by w duchu koleżeńskiego spotkania łowić lipienie. Choć formuła wędkowania przyjęła postać towarzyskich zawodów, to daleko szukać analogii do wędkarskiego sportu. Jak co roku ufundowane piękne nagrody muszą znaleźć właścicieli zatem wypada prowadzić małą statystykę złowionych ryb, ale o tym w części drugiej. Ryby dla nas nie są punktami, ale żywym stworzeniem. Łowimy na haczyki bezzadziorowe, oczywiście wszystkie wypuszczamy a miejsca żerowania lipieniowego narybku staramy się opuszczać jak najrychlej. Wyzwaniem jest kardynał a uznaniem w oczach kolegów największa złowiona ryba. Nie ma nerwów ni pośpiechu przypisanego w dzisiejszych czasach nie tylko wędkarskim zawodom, ale też wędkowaniu rekreacyjnemu. Nikt na takim spotkaniu za niczym nie goni, w myśl chwytliwych tytułów i haseł na portalach PZW promujących połów wybranych gatunków. Nikomu z nas nie przychodzi też do głowy zapisać zawyżony wymiar, większą ilość złowionych ryb a przecież każdy sędzią sam dla siebie. Wobec takiej postawy kolegów, jakże śmieszne, małostkowe a wręcz żenujące są doniesienia ze świata sportu kwalifikowanego o mrożonych rybach ukrywanych w krzakach, czy rozdawaniu na boku kart z numerem atrakcyjnego sektora, lub o tendencyjnym połowie 20 - sto centymetrowych rybek. Jako że na Mundkowym Memoriale sportu zaledwie namiastka, pozostawmy owe dylematy sumieniu, zadumie i refleksji zawodników GP Polski a my ruszamy nad wodę.


Każdy z nas mógł wybrać dowolny odcinek  a mnie los rzucił na 117 km, w urokliwy fragment rzeki leniwie płynącej w koronach starych drzew. Wdy właściwie nie znam a jako, że udział w memoriale był moim pierwszym zatem i po raz pierwszy miałem okazję spotkać się z tutejszym lipieniem. Choć wcześniejsze doniesienia kolegów jednoznacznie wskazywały na suchą muchę, jednak przekornie dzień pobytu był wyjątkowo pochmurny. Woda się nie gotowała a nieliczne zbiórki wskazywały obecność małych ryb. 


Spoglądając na tą scenerię niestety zdecydowałem się na nimfę i chyba była to lekcja pokory udzielona przez Mundka. Widać coś zamieszał w niebie by ukryć tym pochmurnym dniem, prawdziwe oblicze kardynałów Wdy i ich zwyczaje pokarmowe. Ryby jak się później okazało chętnie opuszczały głębiny podnosząc się do imitacji chruścików w postaci Goddardów. Towarzystwo rozeszło się gdzieś po rzece a zostając sam przyszło mi próbować przekuć na sukces doświadczenia z Redy. Jakże rutyna gubi i przypisanie do jednej rzeki. Dla mnie to najcenniejsza reprymenda jaką Edmund Antropik udzielił mi, choć z niebiańskiej krainy. Tak łowne na Redzie maleńkie, bezjeżynkowe chruściki oraz krótka nimfa, okazały się bezużyteczne a prowadzenie zestawu również wymagało innej techniki. Ryby wychodziły praktycznie tylko do nimfy prowadzonej na długiej lince z prądem a dość powiedzieć, że zanim połapałem się w ich preferencjach nadeszła godzina 14.00, czyli ustalony koniec wędkowania. Największą moją rybą był lipień zaledwie 35 cm i wobec późniejszych relacji kolegów była to moja sromotna porażka.


Pisząc o Wdzie z pewnością warto zaznaczyć niesamowity charakter tej rzeki. Przy jej naturalnym, w znaczeniu niepodeszczowym stanie, jest wodą głęboką praktycznie uniemożliwiającą brodzenie. Do tego niezwykle klarowna woda sprawia złudzenie płycizny w miejscu gdzie wpadamy do granicy spodniobutów. Dno porastają łąki Jeżogłówki pojedynczej w przerwach której, wąskie rynienki i tak często bywają poza zasięgiem brodzenia. Już pierwszy zbyt śmiały krok w jej nurty o mało nie skończył się dla mnie kąpielą po szyję. Szybko zrezygnowałem z noszenia aparatu fotograficznego. zatem wybaczcie niewielką ilość zdjęć z tej części dnia. Poprawię się w fotograficznej relacji w cz. 2. 

O nas jeszcze wiele napiszę, jednak gdy "moje" towarzystwo zagubiło się gdzieś w zakamarkach Wdy, spotykałem przygodnych muszkarzy. Widać u nich szacunek dla rzeki, zrozumienie potrzeby uwalniania lipieni. W rozmowach z nimi dało się wyczuć pełną dezaprobatę wobec dostępnych limitów dziennych łososiowatych w naszym okręgu i bierność władz okręgowych. Edmund z pewnością jest szczęśliwy widząc z chmur nad Wdą, coraz więcej wędkarzy kochających rzekę i potrafiących zrozumieć potrzeby jej mieszkańców.



c.d.n


11.10.2013

Rośliny rzeki - Jeżogłówka pojedyncza


Jeżogłówka pojedyncza (Sparganium emersum) – gatunek z rodziny jeżogłówkowatych (Sparganiaceae). Jako forma pływająca osiąga nico dłuższe liście, zwykle powyżej 60 cm.  Choć jako roślina porastająca strefę brzegową wygląda nieco odmiennie, ze względu na sztywno wzniesione liście, do 8 mm szerokości z wyraźną linią grzbietową, długości 20 - 60 cm. Rośnie najczęściej w miejscach płytkich, na głębokości kilkudziesięciu centymetrów. Okazałe, podwodne łąki jeżogłówki pojedynczej spotkać można w górnym oraz środkowym biegu rzeki Łeby. W formie pływającej jest rzadsza w przeciwieństwie do pospolitej formy wzniesionej, charakterystycznej dla wielu rzek oraz wód stojących.





Poniżej górny bieg Łeby, odcinek typowy dla występowania pływającej formy Jeżogłówki pojedynczej. Płytka, szeroko rozlana rzeka z dnem piaszczysto - mineralnym sprzyja bytowaniu tego gatunku.





W Polsce występuje pospolicie inny gatunek - Jeżogłówka gałęzista (Sparganium erectum). Typowa dla wód stojących forma wzniesiona osiągająca wysokość do 150 cm. Zasiedla szuwaray mulistych jezior i stawów. Preferuje glebę bogatą w składniki odżywcze.

06.10.2013

Kolory jesiennego dubbingu


Dzisiejsza zmienna i generalnie wietrzno - pochmurna pogoda nie zachęca do wędkowania. Wybrałem zatem ciepłe kapcie i imadełko, szczególnie że za tydzień czeka mnie wyjazd na Memoriał Mundka Antropika i wypada się przygotować. To formuła towarzyskich zawodów a raczej towarzyskiego spotkania nad rzeką Wdą, którą znam słabo, więc trzeba choć zadbać o zawartość muchowego pudełka. Jest zatem czas by jak wczoraj powrócić do kiełży, tym razem w gamie jesiennych kolorów. To oczywiście duża przenośnia, ale od wielu sezonów jeśli na kiełże jesienią łowię, to własnie w odcieniu różu oraz odcieniach pomarańczowej barwy, lub mieszankach prezentowanych. Część z Was przekonywać nie muszę do takich kompozycji, bo od lat je stosujecie, również w wiązaniu nimf "brązko - pochodnych". Nie wiem do końca czemu przypisać łowność takich kolorów, czy żarłoczności lipieni, które pobierają nieomal wszystko co choćby trochę przypomina pokarm?. Może to ikra pstrągów skłania je do zwracania uwagi na jaskrawe barwy, choć nie jest to regułą i zawsze warto mieć w pod ręką klasyczne wzory i kolory. 


Jak by nie było z doświadczenia wiem, że obowiązkowo w arsenale jesiennych, lipieniowych przynęt powinny znaleźć się zarówno pomarańczowe kiełże. Podobnie kolor "Różowe gacie" tak dostojnie nazwany od barwy barchanów, w które przyodziane były kobiety przed laty. Dla mniej wtajemniczonych w arkana damskiej bielizny zamieszczam poniżej wizerunek (nie cieszcie się) nimf, mniej więcej w tym odcieniu. Kolega z Facebooka uzupełnił ten opis: "Prawidłowa nazwa to Sprane majty! A nazwę wymyślił J.Jurkowlaniec."


O jesiennych, lipienowych smakach pisałem nieco w Kiełż, ale jako ciekawostkę podam, że przynajmniej kilka z moich okazałych lipieni  ( 50 cm) złowiłem o tej porze roku, na pomarańczowego kiełżyka. Odsłaniając nieco tajemnicę skutecznego połowu lipieni, raz jeszcze apeluję do Kolegów wędkujących na wodach Okręgu Gdańsk, o rozsądek w ilości zabieranych z łowiska ryb tego gatunku w świetle absurdalnych przepisów.