30.11.2013

Góral na Pomorzu


Jest taka opowieść, Kaszubi to ci Górale co się nie załapali na statek do Ameryki ... jednak dziś nie o tym.

Miejscowi łowcy troci od dawna mają ustalone strategie, rozpoznane miejscówki, starannie dobrane przynęty. To efekt lat doświadczeń własnych, czasem podpatrywania kolegów doskonale znających łowisko lub podpowiedzi płynących z rozmów w miejscowych sklepach wędkarskich. Gorzej mają przyjezdni, szczególnie dla których wyprawa na pomorskie trocie jest tą jedyną w roku, w pełni emocjonalną wizytą nad brzegami rzek trociowych. Bywa, że w wyborze przynęt skazani są wyłącznie na własną intuicję lub reklamowe hasła sklepów internetowych, z których płynie jedynie słuszna informacja, że każdy wobler jest doskonały. Zatem wszystko, co ma ster głębokości i rozmiar 6 - 9 cm jest killerem a co za tym idzie, towarem godnym umieszczenia w koszyku zakupów. 

Trudno dziwić się nabywcom ulegającym tej magii, bo wizja styczniowego srebrniaka na kiju bywa silniejsza od chłodnego oka. Uwzględniając cenę jednostkową woblerów 15 - 20 zł oraz pochopny ich wybór, możecie stanąć nad brzegiem pomorskiej rzeki z pokaźną porcją bezużytecznych przynęt, na które wydaliście niemałą kasę. Dodając do tego spory koszt dojazdu i nierzadko wredną pogodę jaką zastaniecie w styczniowe dni, brak kontaktu z rybą dla wielu będzie sporym rozczarowaniem. Dokładając do tego zmęczenie pobytem i perspektywę długiego powrotu o kiju, uznacie wyprawę choćby podświadomie za porażkę. Oczywiście dla wielu z was sam pobyt nad rzeką Pomorza będzie zadośćuczynieniem za dni spędzone pod okiem upierdliwego szefa. Raczenie się zimowym krajobrazem rzeki lub pobytem w grupie dawno niewidzianych przyjaciół będzie wartością nadrzędną. Gorzej gdy udajemy się w grupie znajomych, bo widywałem już ekipy wędkarzy, którzy opuszczając samochody o świcie na parkingu rozchodzili się po rzece w atmosferze, nazwijmy to, konfliktu. Bywało, że z lekkim bełkotem wprost proporcjonalnym do ilości wypadających za nimi puszek po piwie lub flaszek po wódzie. Mając na uwadze takie i podobne zdarzenia, a przecież to samo życie, zadbajcie by dla was ten dzień był wyjątkowy i to z innego powodu. 

Co zrobić by tak się stało? Trzeba dać sobie i troci szansę na kontakt a może udane lądowanie okazałego srebrniaka. Jak? ... wybierając woblery, które w pierwszych tygodniach sezonu są zawsze skuteczne,pewne i sprawdzone.

Szanując zdanie innych Kolegów oraz ich preferencje, zdam się jednak na własne doświadczenia i wybór woblerów ”Góral”, gdańskiego producenta Jacka Kubickiego. Może też tak macie, bo ja lubię łowić na przynęty, którym ufam. To przekonanie pozwala mi się skupić na sposobie prowadzenia woblera wynikającego ze znajomości jego możliwości, pracy w wodzie, głębokości schodzenia w miejsce gorączkowych eksperymentów z przynętami cud. Przewidywalność zachowania pozostawia pole do obserwacji rzeki, wyboru miejscówki i sposobu jej penetracji. Górale doskonale spełniają te warunki będąc jednymi z najbardziej skutecznych woblerów w całym sezonie trociowym. Pozostaje oczywiście wybór kolorystyki zależnie od pory roku, jednak powszechnie jest wiadomo, że kolory jaskrawe preferowane są w zimowych miesiącach. 






Nie jest to regułą, bo przypadki połowu srebrniaka na woblery w kolorach naturalnych imitujących lokalne ryby nie są odosobnione zimą. W przypadku Górali to nie kłopot, bo producent oferuje ogromną gamę ubarwień na każdą okazję i zmienne nastroje troci. Woblery Góral strona producenta



Jednak kluczem do sukcesu jest łowność Górali wynikająca z kształtu woblera, agresywnej pracy w wodzie i ”dzielności”, coś na podobieństwo morskiej dzielności jednostek pływających. To przynęty bardzo trwałe i niezmiernie rzadko ulegają destrukcji w postaci wyłamania steru na podwodnych zaczepach. Również starannie ustawiony fabrycznie ster głębokości praktycznie nie wymaga poprawek nad rzeką, przez doginanie uchwytu agrafki. Woblery produkowane są w kilku rozmiarach mówiąc o połowach troci, dla Redy preferowany 6,5 cm, dla pozostałych rzek nieco większe.

Jedynym znanym mi mankamentem woblerów Góral, jest ich ograniczona dostępność, szczególnie u progu sezonu, gdy pustoszone są pudła z przynętami w wędkarskich sklepach Pomorza. Warto zatem zawczasu rozejrzeć się za ofertą Górali a z tym jest mały kłopot. Na aukcjach Allegro, jak i w wielu internetowych sklepach, trudno je uświadczyć. Pozostaje zatem pomoc miejscowych kolegów, którzy zaopatrzą się również i dla was w sklepach stacjonarnych na wybrzeżu. Można też skorzystać z oferty internetowej Witka Polakowskiego z Wejherowa i jego propozycji sklepu RED

Jednym słowem, wybierając się na pomorskie trocie lub morskie tęczaki, nie ruszam się bez woblerów Góral a pokładana w nich wiara zwykle owocuje kontaktem z piękną rybą.


27.11.2013

Potokowy kogut


W arsenale zimowych przynęt do połowu pstrąga potokowego od jakiegoś czasu spotkam takie i podobne koguty. W zeszłym sezonie pojawiło się ich sporo w uzbrojeniu spinningu, jak i w pudełkach kolegów. Część z nich czyniła pierwsze próby z taką przynętą. Byli i tacy, którzy pokładali w niej wielką wiarę i mogli pochwalić się licznymi potokowcami złowionymi na pomorskich rzekach. Na zdjęciu jedna z podpatrzonych przynęt na zestawie przygodnego wędkarza...


Choć jestem zwolennikiem woblera i rzadko sięgam po obrotówki czy wahadłówki podczas zimowych wypraw to przyznam, że przynęta tego typu i w tej kolorystyce nieco mnie zainspirowała. Może w nadchodzącym sezonie nadarzy się okazja do pierwszych prób. Tym bardziej, że koguta wiąże się niebywale wdzięcznie i w prosty sposób. Poniżej naprędce wykonana przynęta, na przypadkowym haczyku i wadze główki. Również materiały w postaci piór koguta na jeżynkę, przewijki na tułów i promieni pawia na ogonek, zwykle zalegają w naszych pudłach z materiałami muchowymi. Jednym słowem przynęta tania, efektowna a czy skuteczna?  ...   może przekonajcie się sami, nie tylko siadając przy imadełku.




24.11.2013

Trzcina pospolita ... pospolita?



Trzcina pospolita ... pospolita?
W znaczeniu botanicznym i środowiskowym z pewnością.  Zwykle przeklinamy jej obecność nad brzegami wód. Stanowi rozległą, zwartą i wysoką barierę utrudniającą dostęp do lustra wody. Jej ostre łodygi i liście doprowadzają czasem do pasji na drodze rzecznych wędrówek.  Mimo ekspansywności trzciny i nie zawsze pożądanych dla środowiska skutków pamiętać musimy, że jest ważnym jego elementem. Pospolitym zwykle określamy coś co przestajemy zauważać ze względu na oczywistość istnienia ... tak jest też z trzciną. Jednak na swój sposób jest wyjątkowa i warta naszej uwagi. Jej rozległe połacie to złożony ekosystem stanowiący ostoję niezliczonych gatunków owadów, teren lęgowy i żerowisko wielu gatunków ptaków oraz siedlisko ssaków. Jest schronieniem dla narybku oraz miejscem bytowania bezkręgowców stanowiących ich pokarm. Nie sposób pominąć walory krajobrazowe i te w makroskali jak i lokalne, urokliwe stanowiska. 


Nierzadko nasz wzrok przyciąga śródrzeczna kępa, zmrożone i obsypane kryształkami lodu kwiatostany zastygłe w zimowym krajobrazie. Pożółkłe łodygi dopełniające kolory jesiennego krajobrazu. Barwne owady oblepiające liście trzciny letnia porą. Bywa też nieocenionym elementem wędkarskich strategii, stanowiąc osłonę sylwetki wędkarza prezentującego muchę doświadczonemu potokowcowi lub cwanemu kleniowi. Jej obecność w postaci wysuniętych stanowisk z pewnością docenią muchowi łowcy szczupaków, nierzadko ustawiających się na skraju roślinnej bariery. 

Nic pospolitym nie jest co stworzyła natura ... wystarczy tylko to dostrzec.







Trzcina pospolita (Phragmites australis (Cav.)Trin. ex Steud) – gatunek rośliny z rodziny wiechlinowatych (Poaceae). Bylina. Kwitnie od lipca do września. Kwiaty są wiatropylne. Wysiewa się zwykle zimą i wiatr może nasiona przenosić na duże odległości. Roślina rozmnaża się głównie wegetatywnie, przez rozłogi kłącza oraz ich fragmentację. Najsilniej kłącze rozrasta się na głębokości 0,5 m, jednak potrafi sięgnąć 3 m w głąb ziemi. Trzcina potrafi się także rozmnażać przez fragmentację pędów – pędy bardzo łatwo przyjmują się, wypuszczając korzenie w kolankach. Pojedyncze kłącze żyje do 6 lat i może w tym czasie rozrosnąć się w promieniu kilkudziesięciu metrów. 

Jest typową rośliną bagienną i nadwodną, ale jest gatunkiem o szerokim zakresie tolerancji ekologicznej, potrafi rosnąć także na suchym lądzie. Można ją spotkać nie tylko w zbiornikach wodnych i nad ich brzegami, ale także na torfowiskach, na podmokłych łąkach i w różnego rodzaju zaroślach nadrzecznych. Dobrze znosi falowanie wody i trwałe podtopienie (nawet do 2 m). Może rosnąć nad brzegami zarówno wód stojących, jak i wolno płynących, na różnych typach podłoży. Jest bardzo żywotna i rozrasta się bardzo szybko. Jest tak ekspansywna, że zwykle tworzy jednogatunkowe, rozległe agregacje. 

W Polsce występują dwa podgatunki: Phragmites australis ssp. australis (Cav.)Trin. ex Steud. – podgatunek typowy. Rośliny o wysokości 1-4 m, wiecha długości 20-40 cm, zwisająca podczas kwitnienia, kłoski 1-7 kwiatowe. Phragmites australis ssp. humilis (De Not.)A et Gr. – rośliny o wysokości 1-1,5 m, z wiechą o długości do 20 cm, wzniesioną podczas kwitnienia. Kłoski 7-8 kwiatowe.

23.11.2013

Proszę o poparcie powyższego listu.


Od autora portalu - tekst cytowany w całości:



Towarzystwo Przyjaciół Rzeki Łeby 
The Association of Friends of the Łeba River

Organizacja Pożytku Publicznego 
84-300 Lębork, Polska 
ul. Aleja Wolności 22 
kom. + 48 669 183 166 
e-mail: towarzystwo@dolinaleby.eu




Witajcie,
Proszę o poparcie powyższego listu. 
Po uzyskaniu poparcia wklejam logo Waszych organizacji pod tekst i wysyłamy w naszym wspólnym imieniu do MRiRW. Jeśli możecie proszę też w odpowiedzi zamieścić logo Waszych organizacji. Proszę o przekazanie tego listu dalej osobom, na które moglibyśmy w tej sprawie liczyć.

Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi
Sz. P. Stanisław Kalemba

My, niżej podpisani będący przedstawicielami organizacji pozarządowych działających na rzecz ochrony środowiska naturalnego, w tym polskich rzek będących środowiskiem życia ryb łososiowatych pragniemy wyrazić sprzeciw  polityce polskiego rządu w sprawie gospodarowania zasobami wędrownych ryb łososiowatych w Polsce oraz dać wyraz zaniepokojeniu obecnym stanem sanitarnym w polskich rzekach łososiowych i trociowych.
Wybuchająca od 2007 roku epidemia wrzodziejącej martwicy skóry (UDN - Ulcerative dermal necrosis) co roku obejmuje kolejne dorzecza dziesiątkując tarlaki troci wędrownej i łososia. Chorobą porażone są już ryby w Redze, Parsęcie, Wieprzy i Grabowej, Słupi, Łupawie, Redzie i Łebie. Skala zjawiska jest tak wielka, że w niektórych rzekach porażone chorobą jest niemal 100% populacji. 
Wstępujące do rzek trocie i łososie często nie mają sił dopłynąć na tarliska i giną. Olbrzymie problemy mają punkty odłowu tarlaków, w których pozyskiwana jest ikra i mlecz na cele zarybieniowe. Zaistniała sytuacja przybrała rozmiary pandemii. 
Całkowity brak reakcji na zaistniałą sytuację ze strony organów państwa stwarza zagrożenie dla całej populacji tych ryb w Polsce. Ekspansja choroby na kolejne rzeki niesie niebezpieczeństwo dla dzikich populacji, a przy obserwowanym postępie rozszerzania się zarazy, niewykluczone jest objęcie chorobą rzek trociowych i łososiowych w innych krajach nadbałtyckich . W naszej ocenie zły stan zdrowotny polskich wędrownych ryb łososiowatych jest spowodowany wadliwą polityką zarządzania populacjami troci wędrownej i łososia w Polsce,  co więcej jest spowodowany całkowitym brakiem jasno określonych celów oraz terminów i sposobów ich osiągnięcia. Państwo nie wypracowało spójnego i kompleksowego systemu ochrony i wspierania populacji troci wędrownej i łososia atlantyckiego w polskich rzekach, jest to widoczne zwłaszcza w chwili obecnej, gdy pandemia UDN obejmuje kolejne rzeki. Zaraza postępuje, a Polska od lat nie prowadzi kompleksowego monitoringu skali zjawiska, ani nie wypracowała perspektywicznego planu walki z chorobą. Brak reakcji na zarazę to przejaw bagatelizowania problemu i braku poczucia odpowiedzialności za stan sanitarny polskich wód otwartych.
W chwili obecnej gospodarowanie trocią wędrowną i łososiem w Polsce opiera się na dwóch głównych filarach: wypełnianiu zobowiązań zarybieniowych przez użytkowników rybackich oraz zarybieniach obszarów morskich, koordynowane i organizowane  przez Zespół ds. Zarybień przy Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Prowadzenie  zarybień różnymi stadiami rozwojowymi troci przez użytkowników rybackich i Zespół ds. Zarybień sumuje się na skalę nie spotykaną w wśród innych państw basenu morza Bałtyckiego. Masowe zarybienia to właściwie jedyny przejaw aktywności w tzw. ochronie zagrożonych gatunków ryb. W tym olbrzymim wysiłku finansowym i organizacyjnym ponoszonym przez budżet państwa na cele zarybieniowe nie ma miejsca na monitoring populacji, monitoring migracji, zwiększanie pojemności środowiskowej dorzecza poprzez likwidację barier migracyjnych, ocenę zagrożeń, szczególną ochronę i wspieranie dzikich populacji łososiowatych ryb wędrownych.
Tak wielkie zarybienia to przejaw anachronicznego myślenia i przedmiotowego traktowania środowiska naturalnego. Olbrzymie zarybienia mogą być czynnikiem sprzyjającym rozwojowi choroby w Polsce. Prowadzenie obecnej gospodarki trocią wędrowną i łososiem polegające wyłącznie na masowych zarybieniach bez rozpoznania naturalnej pojemności środowiskowej i inicjowaniu działań ochronnych wspierających tarło naturalne, może doprowadzić w końcu do tragedii środowiskowej, której zapowiedzią jest pandemia UDN od 2007 roku dziesiątkująca polskie ryby.  

My, niżej podpisani przedstawiciele Organizacji Pozarządowych troszczących się o polskie rzeki, będąc najbliżej tragedii dotykającej co roku trocie i łososie apelujemy i wymagamy stanowczego przeciwdziałania opisanym przez nas problemom i pilne podjęcie działań mających na celu ochronę  naturalnych zasobów dwuśrodowiskowych ryb wędrownych – troci wędrownej i łososia.

W imieniu niżej podpisanych

Prezes Zarządu TPRŁ
Marcin Kostuch

18.11.2013

Co nad wodą skacze ... ?

Imitacje "konika polnego" to obowiązkowy w wielu przypadkach zestaw much. Zatem warto przyjrzeć z bliska owadom skaczącym w pobliżu rzeki. Może dla niektórych będą inspiracją wiązania nawet realistycznych imitacji. Jeśli nie, to choć rzućcie okiem jak piękne to owady w swoich na co dzień niewidocznych szczegółach.






17.11.2013

Mokra mucha Black Zulu


Prezentowana mucha jest wariantem znanej i popularnej mokrej muchy Black Zulu. W oryginale zarówno jeżynka przy główce jak i jeżynka tułowia (Palmer) są czarne a jedynym czerwonym akcentem jest ogonek. Jak to bywa w przypadku większości much również i ta doczekała się licznych modyfikacji. Za jedną z bardziej znanych uchodzi wersja z jeżynką niebieską przy zachowaniu czarnego palmera. Takie wykonanie zaprezentował ostatnio Huba w katalogu much FFF Blue Zulu V.

Oryginał sięga historią kilku wieków wędkarstwa szkockiego. Początkowo służyła do połowów jeziorowych pstrągów, uchodząc za jedną z najbardziej skutecznych. W takim przypadku jeżynki wiązane były z piór koguta a miejscem oczekiwanego spotkania pstrąga były szczyty fal. W tamtych czasach dołączyła do grupy  muchowych klasyków jak: Greenwell's Glory, Butcher, Peter Ross oraz wielu innych, znakomitych szkockich much. Trout Flies

Dziś jest również popularną muchą rzeczną a więc zmodyfikowano jeżynki przez zastosowanie miękkich piór kury, by zmienić nieco charakter pracy uwzględniając głębokość nurtu i siłę uciągu wody. Sugerowany rozmiar haczyków to przedział 8 - 14.

16.11.2013

Mokra mucha, podróż sentymentalna



Przeglądając stare foldery zdjęć natrafiłem na wizerunki mokrych much. Tak wyglądały moje początki przygody z imadełkiem i nicią wiodącą. Powstały w pierwszym roku kręcenia i choć większość nie zobaczyła wody, swego czasu były pouczającą lekcją na przyszłość. Zapewne część z nich z pewnością mogła być skuteczna, jednak wszystkie trafiły pod żyletkę. Idea ich powstania to poszukiwanie kolorystki, proporcji oraz odpowiedniego zestawienia materiałów i poddanie osądowi doświadczonych kolegów. Również ćwiczenie kładzenia jeżynki lub dubbingu, które w przyszłości pozwoliło szybko wiązać muchy użytkowe zarówno suche, mokre oraz nimfy. Choć zawsze i ostatecznie muchę weryfikuje ryba, jednak wypada dać jej szansę. Prezentowane wzory to tylko niewielka część porażek i małych sukcesów, jednak tamte chwile przy imadełku wspominam z wielkim sentymentem. Również emocje towarzyszące prezentacji w Katalogu much FFF,  pochwały i  uwagi krytyczne, które do dziś szczególnie cenię. Mokra mucha to niezwykle wdzięczny temat. Zarówno na etapie nauki,  wiązania wzorów ostatecznych i tych powstałych w naszej wyobraźni jak i klasyków. Także połów mokrą muchą to kwintesencja spokoju, powolnego rytmu dającego okazję dostrzec nie tylko rzekę, ale całej jej wspaniałe otoczenie.

Przy okazji podpowiem nieco jak uzyskać ładną główkę. To pytanie często zadawane na muchowych forach. Te na zdjęciach są lepsze i gorsze jednak pamiętamy o ich pochodzeniu z początków kręcenia. Zatem recepta jest prosta ... oprócz starannego wymodelowania główki nicą wiodącą, jej ostateczny efekt zapewnia ładny połyski. Ten natomiast uzyskujemy nakładając kilka warstw szelaku ( 2- 3 razy) dając poprzednim wyschnąć, ot cała tajemnica.




14.11.2013

Thunder and Lightning Salmon Fly


Thunder and Lightning, ze wszystkich klasycznych, łososiowych much jest jedną z najczęściej dzisiaj używanych w swoim tradycyjnym wykonaniu oraz licznych wariantach. Kombinacja koloru czarnego, żółtego, czerwonego i niebieskiego jest skuteczna na łososiowych rzekach na całym świecie. Jest to mucha, na której łowności można polegać na prawie każdej łososiowej wodzie. Thunder and Lightning (Grzmot i Błyskawica) była kiedyś znana jako "Wielka Burza", ponieważ przynosi najlepsze efekty na rzekach, które są naturalnie ciemne, przy podniesionych stanach mocno trąconej podeszczowej wody. Również podczas zmiany poziomu wody, powodowanym przypływem morza okresowo zmieniającym stan rzeki, szczególnie w odcinakach przyujściowych. 

Prezentowany wzór jest wariantem, wykonanym nico skomplikowanie ponieważ under wing stanowi barwiona na niebiesko sierść wiewiórki. Materiał ładnie pracujący w wodzie stanowiący podporę głównego skrzydełka składającego się z dwóch pasemek lisa w kolorze żółtym i czarnym, dodatkowo rozdzielonych jeżynką z czerwonego siodła koguta. Włosie z wiewiórki jest bardzo śliskim materiałem wymagającym dość solidnego dociśnięcia nicią wiodącą i zwykle w takich przypadkach warto ten etap wiązania wykonać nićmi mocnymi np. jak Gral. Niebieska jeżynka to perlica barwiona na niebiesko, natomiast tułów wykonany z czarnego jedwabiu.

Swego czasu sporo tak wykonanych przez mnie much, trafiło do wielu kolegów w Polsce. W wersji łososiowej na haczykach w rozmiarze 2 i 4, natomiast do połowu pstrąga w rozmiarze 6 i 8. O ile nie mam potwierdzenia połowu troci na ten wzór, o tyle otrzymałem liczne zgłoszenia pstrąga potokowego. Jak się okazuje mniejszy wariant tej muchy w określonych warunkach bywa zabójczo skuteczny w połowie pstrąga potokowego. Dotyczy to zarówno rzek północy jak i wschodniej Polski.

13.11.2013

Na trasie rzecznych wędrówek - Kalina koralowa



Czerwone owoce kaliny koralowej stanowią jeden z ostatnich barwnych akcentów później jesieni. Wędrując brzegiem rzeki w listopadowe dni przyciągają wzrok, wyróżniając się na tle szarego krajobrazu. Kalina koralowa, choć w znaczeniu botanicznym uchodzi za krzew pospolity, jednak wiosną i latem rzadko zauważamy jego obecność w gęstwinie nadbrzeżnej roślinności. Czasem uwagę naszą absorbują baldachimy biały kwiatów, które nie zawsze potrafimy przypisać temu gatunkowi. Kalina koralowa (Viburnum opulus L.) to gatunek krzewu należący do rodziny piżmaczkowatych (Adoxaceae), czasem zaliczany do monotypowej rodziny kalinowatych (Viburnaceae). Osiąga wysokość do 4 m oraz ok. 2 m szerokości. Zatem to pokaźne drzewko, którego grona jaskrawych owoców nierzadko pochylają się nad rzeką. Liczne i pięknie usytuowane stanowiska Kaliny występują na rzeką Redą oraz innymi rzekami Pomorza.







Podobne do Kaliny stanowiska zajmuje Trzmielina pospolita, t. zwyczajna (Euonymus europaeus L.) – gatunek krzewu należący do rodziny dławiszowatych (Celastraceae). Występuje w Europie i Azji, w Polsce jest dość pospolity na całym obszarze. Również owocuje w tym samym okresie, jednak posiada odmienny kształt liści.  Owoce Trzmieliny pospolitej nieco się różnią, choć równie przyciągają wzrok pośród listopadowego krajobrazu, zdjęcie poniżej  ... 


11.11.2013

Fotoradary PZW, czyli konfabulacje nowego Prezesa ZG PZW

Nowy Prezes Zarządu Głównego PZW zabrał głos, niejako prezentując swoje ekspoze. Z całością wypowiedzi zapoznać możecie się słuchając wywiadu jakiego udzielił redakcji Wędkuje.pl. Wywiad z nowym prezesem PZW

Słuchałem tego uważnie i jedyne słowo jakie ciśnie mi się na usta to - konfabulacja.
- "Ja mogę mówić o kwestii łowienia, zwłaszcza na morzu, prawda. Po kolei o kwestii zarządzania, natomiast jeśli chodzi o sprawy ichtiologiczne, no jeszcze muszę trochę tej wiedzy mieć."
To odpowiedź prezesa na pytanie redaktora o obecność rybaków na wodach PZW. A przecież czytamy:  Kol. Dionizy Ziemiecki w PZW od 1977 roku. Członek koła PZW nr 88 Wyszków Miasto w Okręgu Mazowieckim PZW. Koło liczy obecnie 1800 członków. Od 1998 roku aktywnie pracuje w zarządzie koła zajmując się sprawami organizacyjnymi, ochroną wód i zarybianiem  ... Od 2013 r. kol. Dionizy Ziemiecki jest wiceprezesem Zarządu Okręgu Mazowieckiego ds. organizacyjnych. Za swoją pracę na rzecz PZW kol. D. Ziemiecki został odznaczony srebrną, złotą i złotą odznaką z wieńcami. Za działalność społeczną i zawodową został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Informacja ze strony ZG PZW.

Jednak nie to jest najważniejsze. Z wywiadu dowiadujemy się oto, że: - "Nie zawiodę przede wszystkim tych co oddali na mnie głosy i liczą, że w Polskim Związku Wędkarskim czas na zmiany"  ...   No to jakie zmiany?
- "Czas najwyższy żeby zmienić statut, żeby zmienić wizerunek PZW"  ... i dalej aby dużo mówić o PZW, rozwijać szkółki wędkarskie i pracować z młodzieżą. Czyli nieco populistycznych haseł, na realizację których wydane zostaną niemałe pieniądze. To może jakieś konkrety - porozumienia międzyokręgowe?

Dowiadujemy się, że problem wywołany jest sztucznie ponieważ dotyczy okresu wakacyjnego i wzmożonego ruchu turystycznego wędkarzy. Tu Kolega Prezes ma jasna wizję, precyzyjne dane, jednak na wszelki wypadek:  - "Chcemy przede wszystkim zrobić rozpoznanie jaka jest wielka skala tego problemu."
Powoli zmierzamy do XXI wieku i dowiadujemy się, że oczkiem w głowie będzie centralny rejestr wędkarzy, karty magnetyczne potwierdzające wpłatę składek. A strażnicy z odległości 150 metrów odczytywać będą za pomocą urządzeń elektronicznych, czy dany delikwent na łowisku dopełnił podstawowej powinności wobec PZW. Zatem strażników nie obchodzić już będzie na co łowimy, co mamy upchane w nogawkach i reklamówkach, czy wpisujemy złowione ryby do rejestru, o ile w ogóle powszechnym będzie ten obowiązek zaraz po zabraniu ryby, bezpośrednio w łowisku.

Dalej w treści dowiadujemy się jeszcze o uwłaszczeniu Okręgów, uwieńczone tajemniczo brzmiącym stwierdzeniem - "Niestety, ale powiedzmy sobie część pieniążków z tej sprzedaży, czy to w skali tych pieniędzy które zostały włożone w modernizację, czy remont, w jakiejś procentowej części ma wrócić, żeby była możliwość jak gdyby powiększania tego majątku."

Jednym słowem odnoszę wrażenie, że nowy Prezes nie ma żadnej, nowej wizji PZW a naczelnym hasłem pozostanie - "Kasa misiu kasa", lub płać składki i nie interesuj się, bo dostaniesz kociej mordy. Wywiad zawiesza się w 19 minucie (przynajmniej na mojej przeglądarce) i może w tych brakujących minutach padają deklaracje co do nowej polityki informacyjnej PZW, może o innym rozdziale środków z przełożeniem na ochronę  wód, może coś o końcu nikomu niepotrzebnych, kosztownych konferencji o niczym, z wyżerką na koszt członków PZW, może o końcu ery wszech panujących zawodów wędkarskich, Może o końcu arogancji władz niektórych okręgów oraz Rzecznika prasowego ZG PZW. Może o pracy ichtiologów, którzy nic nie mogą. Może o zmianach w RAPR dotyczących wymiarów ochronnych i absurdalnie wysokich limitów dziennych, może o "dziurawych butach" Społecznej Straży Rybackiej. Może o propagowaniu idei no-kill, haczykach bezzadziorowych, może o końcu ociekających krwią wizerunkach ryb w zasranej kuchni na portalach związkowych. Może o destrukcyjnej działalności meliorantów zabijających nasze rzeki, może o kajakarzach z którymi z roku na rok narasta konflikt. Może o Małych elektrowniach wodnych, lub betonowaniu przeciwpowodziowym. Może ... 

Kolego Prezesie Zarządu Głównego, dla mnie wypowiedź Kolegi jest kompromitującą. Długo środowisko wędkarzy (nie mylić z działaczami) oczekiwało zmiany na tym stanowisku i wielkiej odnowy Związku a to co Kolega zaprezentował, nie jest nawet kosmetyką. Na koniec cytując wypowiedź Kolegi - " Ubolewam strasznie, że związek, który liczy około 640 tys. członków ma tak małe przełożenie w skali kraju, że właściwie o tym związku tak mało się mówi" ... i niech tak pozostanie, póki wizerunek polskiego wędkarza to rybi kotlet w ręku a podstawową działalnością PZW są igrzyska dla mas, w postaci niezliczonych zawodów wędkarskich.
Artur Buczkowski, Koło Wejherowo Miasto, członek PZW od 1972 roku, Numer legitymacji 008824, Okręg Gdańsk


Salmon fly







10.11.2013

Nieco namieszamy


Na strony portalu powoli wkrada się temat muchowy. Po części z racji nieodległego, kolejnego sezonu połowu łososiowatych. Z drugiej zaś strony, z co raz rzadszych wizyt nad wodą w poszukiwaniu okazji do spotkania jesiennego kardynała. Jakoś otoczenie rzeki stało się szaro - bure a lekki przesyt ilością łowionych lipieni nie zachęca nawet do raczenia wzroku smutnymi już jesiennymi klimatami. Nad ponurą, listopadową rzeką ciągną stada gawronów. Swoim krakaniem i ciemnymi sylwetkami na tle ołowianego nieba dopełniają poczucie smutku, jakim spowita jest rzeka. Nadbrzeżna roślinność, pozbawiona kolorowych liści, rysuje już tylko kontury pni i konarów i tylko spław ogromnej troci, co jakiś czas wprawia serce w mocniejsze bicie. Choć listopad to równie dobry miesiąc połowu jak październik, jednak jego koniec praktycznie oznacza dla mnie zakończenie sezonu lipieniowego. Wybiorę pewnie jeszcze dwa, trzy słoneczne dni by spotkać się z "moimi" kardynałami, jednak wolny czas przeznaczany do tej pory na wędkowanie wypełnić przyjdzie w zaciszu domu. Zapewne wielu kolegów również powoli rezygnuje z wypadów nad rzekę. Dla części z nich był to jeden z pierwszych sezonów a może początki przygody z własnoręcznie wiązanymi muchami. Tym właśnie dedykuję tych kilka słów na temat dubbingu. 



Obecnie wybór materiałów z jakich jest sporządzany do sprzedaży jest przeogromny. Również dostępna kolorystyka zwykle pozwala dobrać ten właściwy ton, odcień barwy, który ostatecznie zadecyduje o naszym wędkarskim sukcesie. W takim przypadku cenie sobie dubbingi firmy HENDS, nie tylko ze względu na jakość i szerokie spektrum sierści, ale za czytelne oznaczenie kolorystyki. Bywa, że w nasze ręce trafia dubbing, który przypadkowo doskonale wstrzeli się kolorystyką w gusta miejscowych ryb. Niestety w ofertach wielu producentów opisany jest jedynie nazwą barwy, którą po czasie trudno odtworzyć przy kolejnym zakupie. Nasze internetowe przeglądarki oraz ustawienia osobiste monitora fałszują kolory i odcienie. To co wydaje się nam idealne na etapie zakupu, na żywo okazuje się zamiast ciepłego brązu, jego rudawą namiastką. HENDS natomiast wprowadził liczbowe opisanie koloru i bez względu od jakiego dostawcy będziemy się zaopatrywać, wystarczy podać numer koloru widoczny na opakowaniu, by otrzymać właściwą barwę dubbingu. To małe okienko CODE, np.19.

Bywa jednak, że pokusimy się o szczególne właściwości dubbingu, lub jego nietypowy odcień, którego nie znajdziemy w ofercie nawet najlepszych oferentów. Często mamy też odpady sierści, wełny, czy nawet gotowego dubbingu w postaci odpadów po wiązaniu. Wszelkie te materiały z powodzeniem posłużą nam do sporządzenia własnego. Należy je tylko wymieszać. Do tego celu idealny jest młynek do kawy, oczywiście nie ten z tytułowego zdjęcia, ale elektryczny. Zapewne można go kupić za jakieś psie pieniądze, jako używany np. na Allegro. Pamiętać tylko musimy, że owy młynek służy do mieszania materiałów a nie do ich szatkowania. Zatem tylko, byzk, bzyk i gotowe. O ile wcześniej zadbamy o rozdzielenie pasemek wełny, ich drobne pocięcie i wyczesanie. Podobnie sierści wkładamy pocięte i  trudno oczekiwać, że gdy wrzucimy do młynka ogon z lisa lub maskę zająca otrzymamy gotowy materiał. Onegdaj podkradłem domownikom nowiutki młynek i napchałem go wszelkim muchowym dobrem w formie nieprzetworzonej. Wytrzymał pierwsze 15 minut mielenia a kuchnię wypełnił tajemniczy zapach palonych wnętrzności. Może dlatego, że nikt na czas nie podpowiedział mi jak to robić. Zatem ja teraz podpowiadam, oszczędzając Wam cichych dni. Małe porcje możemy wymieszać w palcach, jednak przy ilościach większych młynek jest niezastąpiony, podobnie w przypadku materiałów z natury trudniejszych do połączenia, jak syntetyczna spektra.

O zaletach dobrze dobranego koloru dubbingu, lub jego właściwościach wynikających z rodzaju lub mieszanki materiałów, wielu przekonywać nie muszę. Jednak początkującym krętaczom polecam nie tylko produkty gotowe rozpoznawalne według opisanego klucza, ale też własne poszukiwania i eksperymenty. Nie znam przyjemności większej, niż udany połów na własnoręcznie wykonane muchy a dubbing jest przecież ich kluczowym elementem. Na koniec małe podpowiedzi. Starajcie się kłaść materiał oszczędnie i lepiej dać go zbyt mało, niż namotać kluchę. Drugim błędem jest używanie uniwersalnego koloru nici np. czarnej za pomocą której wiążemy muchy jak leci. W tym miejscu pamiętać należy, że po zamoczeniu w wodzie wykonany z niej podkład i zwoje utrzymujące dubbing, zmienią kolor a co za tym idzie odcień całej muchy. Starajcie się zatem stosować nici w kolorze dubbingu.

09.11.2013

Może już czas do imadełka



Ledwie się obejrzymy a nadejdzie sezon połowu troci. Zatem może już czas zasiąść przy imadełku. Wyjątkowo lubię wiązać muchy łososiowe, choć raczej do szuflady, bo rzadko mam okazje na nie łowić. Jednak wdzięczne, naturalne materiały o żywej kolorystyce sprzyjają nie tylko wykonaniu klasyków, ale też pozostawiają sporo miejsca dla własnych poszukiwań. Podwójne haczyki (Double salmon hook), jakoś szczególnie sprzyjają ładnym proporcjom muchy. Choć sporo droższe od powszechnie u nas stosowanych pojedynczych, częściej goszczą w uchwycie mojego imadełka, gdy wykonuję muchy wyłącznie dla własnej przyjemności.


07.11.2013

Przyponowe preferencje


Pytanie o żyłki przyponowe w metodzie muchowej, dość często gości na forach wędkarskich. Część kolegów poszukuje w ten sposób porady na bazie rzecznych doświadczeń. Dla innych makra, model, czasem kraj producenta jest wystarczającą rekomendacją by dokonać wyboru w ramach popularnej oferty rynkowej. Tak po prawdzie dziś trudno zaufać nawet marce produktu, bo to kiedyś było niemieckie, szwedzkie czy amerykańskie, obecnie i tak jest chińskie. Co zatem? Może warto zdać się np. na taką opinię jak moja. Siglon Blazer wydaje się być dobrym wyborem, szczególnie po wielu sezonach użytkowania większości dostępnych na polskim rynku żyłek. Jego zaletą, która chyba cenię najbardziej jest miękkość, bez tendencji do trwałego zagniatania, skręcania itp. Dalej, kolor praktycznie neutralny oraz wytrzymałość, również na węzłach. Suma tych właściwości pozwala prezentować wszelkie muchy w sposób naturalny, co za tym idzie skuteczny. Jest to jedna z nielicznych, znanych mi żyłek, która nie wymaga radykalnej zmiany średnicy przy kapryśnym żerowaniu lipieni, lub w krystalicznej wodzie. Co zdarzało się dość często stosując żyłki przyponowe zbyt sztywne. Bywało, że z #16 wypadało zjechać do #12 by ryby bez podejrzeń zaczęły pobierać mokre muchy lub nimfy. Przy tym modelu Siglona praktycznie kłopot został wyeliminowany a rutynowo stosowana pokaźna średnica #16, nie tylko daje gwarancję pewnego i szybkiego holu, ale stanowi receptę na większość niezliczonych zaczepów na takiej wodzie jak Reda.

Na koniec, nie jestem zwolennikiem zbyt delikatnego wędziska muchowego a z pewnością zbyt cienkich żyłek przyponowych. Pomijam uciążliwość nieustannego wiązania nowego zestawu po byle zaczepie. Natomiast hol ryby powinien być wyważony w czasie, by z jednej strony mieć chwilę na radość z pulsującego ciężaru. Z drugiej zaś niemęczący ponad miarę, szczególnie gdy chcemy rybę zwrócić rzece w dobrej kondycji. Jak widać w jesiennych połowach średnica przyponu#16, nie ogranicza łowienia pięknych 40 - staków w niskiej, klarownej wodzie podczas słonecznego dnia. Warunek jest jeden ... dobra żyłka, która obok wędkarskich emocji zapewni jeszcze chwile na pamiątkową fotkę bez szkody dla ryby.



03.11.2013

Haczyki bezzadziorowe ... dla tych, co wątpliwości mają


Wczorajsze, poranne oczko pogodowe było okazją do krótkiego wypadu nad rzekę. Choć zaledwie trzy godziny obdarzyły w miarę dobrą pogodą, były wystarczające by "nasycić" się licznymi lipieniami, które ochoczo podejmowały nimfy. Kilkanaście walecznych jak przystało na tą porę roku ryb, dostarczyło sporo emocji i nieco refleksji. Mowa o haczykach bezzadziorowych, które coraz częściej goszczą w moim muchowym pudełku. Choć nadal jego zawartość stanowi mieszanka różnych modeli, również z zadziorem, to te drugie trzymam na okazję połowu ryb, które zamierzam zabrać z łowiska, choćby pstrąga tęczowego. To jednak wiążę się ze świadomym wyborem łowiska (odcinka rzeki), rodzajem muchy i sposobem prezentacji.

Stosując haczyki bezzadziorowe mimo wszystko wkrada się pokrętna myśl, że wobec ich rzekomego, słabego trzymania ryby akt ostatni, czyli lądowanie zakończymy niepowodzeniem. Jeśli nawet z założenia mamy wszystkie ryby zwrócić rzece, to trudno odmówić sobie choćby wędkarskich emocji i satysfakcji nie tylko z przechytrzenia lipienia odpowiednim doborem muchy, ale podjęciem ryby. Możliwość podziwiania z bliska jej wielkości i piękna jest przecież ukoronowaniem wędkarskiej wyprawy w miejsce widoku i zapachu skwierczącego jej ciała na tłuszczu patelni. Jeszcze gorzej jeśli tłumaczyć będziemy sobie, że nawet nieskuteczne zacięcie ryb jest winą haczyka bezzadziorowego. Takie dylematy i obawy towarzyszyły wędkarzom muchowym od dawna, praktycznie od chwili pojawienia się haczyków tego typu, lub wobec obowiązku stosowania ich na zawodach wędkarskich.


Bywa, że już sam kształt haczyka bezzadziorowego nie budzi naszego zaufania i odrzucamy możliwość jego stosowania zgodnie z argumentacją jak wyżej. Tak zapewne jest w przypadku prezentowanego modelu Akita 761 BL, który praktycznie nie różni się od swojego zadziorowego odpowiednika, no może jedynie tym, że zadzioru jest fabrycznie pozbawiony. Pamiętać musimy jednak, że szczególnie lipień jest rybą napiętego sznura i częściej ma w zwyczaju murowanie do dnia, czy odjazdy w poprzek nurtu, niż widowiskowe wyskoki nad wodę sprzyjające wypięciu się ryby. Praktyka stosowania tego modelu przeczy jednak w sposób zasadniczy wszelkim obiegowym, negatywnym opiniom, dając pole do pewnego zacięcia, holu i lądowania. O ile nie popełnimy rzecz jasna błędów podstawowych, od skutków których i tak nie uchroni nas sterczący zadzior. W tym miejscu pamiętać wypada, że mimo wyjątkowej, jesiennej aktywności dorodnych kardynałów, często naszą muchę pobiera mały lipionek, dla którego spotkanie nawet z haczykiem bezzadziorowym jest wyjątkowo destrukcyjne, nie mówiąc już o szkodach jakie czyni zadzior. Szczególnie, że za wielkość skuteczną przynęty podczas połowu na pomorskich rzekach w październiku i listopadzie uznaję nimfy wiązane na haczkach o rozmiarze 10, który z zasady jest kawałkiem sporego metalu w spotkaniu z lipieniowym pyszczkiem.

Częściowo przekonani do stosowania bezzadziorów na wszelki wypadek sięgają po konstrukcje budzące większe zaufanie łowiącego w postaci specjalnie przedłużonego grotu, tak jak w np. modelach Skalka. Myśląc podobnie zaczynałem onegdaj od wyboru podobnych haczyków, których część zalega jeszcze w moim muchowym pudełku. Jednak wszystko ma swoje konsekwencje, również wyjątkowo długi grot, który może być równie groźny dla ryb, np. w postaci uszkodzenia oka. Szczególnie w przypadku haczyków większych rozmiarów. Jednym słowem praktyka uczy, że model Akita 761 BL oraz podobne konstrukcje są wystarczającym i pewnym sposobem na pełnie wędkarskich emocji, jednocześnie minimalizujące szkody czynione rybom. 

Jestem przekonany, że o jeszcze jednej rzeczy należy napisać. Trzeba pozbyć się świadomości, że nasz muchowy zestaw wieńczy bezzadziorowy haczyk. Inaczej mimowolnie skracać będziecie czas holu, z obawy o wypięcie się ryby. Również odwrotnie przedłużać będziecie holowanie w przekonaniu, że łatwiej podjąć rybę wymęczoną do granic przeżywalności kierowani tą samą przesłanką. Zacinamy, holujemy i lądujemy jak zawsze a jeśli ryba sama wybierze wolność, należy przypisać to szczęśliwemu dla niej splotowi okoliczności, lub naszym zwyczajowym błędom.

Za wszelkie pozbawione podstaw teorie należy uznać pokutujące nadal mity o niskiej skuteczności haczyków bezzadziorowych. Raczej przypisując to brakowi świadomości, wiedzy i doświadczenia, lub zwykłej niechęci łowiących do odstępstw od dotychczasowej praktyki. Drodzy Koledzy, bez obaw sięgajcie po haczyki bezzadziorowe. W niczym nie pozbawi Was to emocji, również tych ostatecznych w postaci uniesienia dorodnego kardynała. Jednak zwracając mu wolność zadbamy o jego najlepszą kondycję, by w kolejnym spotkaniu powrócił w postaci złotej rybki ...