25.02.2014

Zimna woda, gorące serca ...


Dziś oddaję głos Jurkowi zapraszając na jego relację ...

Tekst i zdjęcia Jerzy Chmielewski

Należę do pokolenia wędkarzy którzy pamiętaj czasy gdy trocie i łososie umawiały się i bez żadnych przeszkód płynęły na swoje miłosne igraszki widząc po drodze Sokolicę, Sokolą Perć, Czertez, Czertezik, Trzy Korony ... ”kąpały” się w krystalicznych wodach Przełomu Dunajca, czyli Wisłą i Dunajcem docierały w przepiękne Pieniny, oraz inne górskie rzeki i strumienie. Może doczekam jeszcze czasów gdy wrócą podobne chwile ???…..bardzo bym chciał.

Jednak nie o historii, a o teraźniejszości chciałbym napisać kilka słów i pokazać kilka zdjęć. Jak wspomniał Artur w reportażu „Trociowisko…..” z 13.01.2013 jestem zafascynowany kaszubskimi i pomorskimi rzekami, szczególnie Radunią, Redą, Wdą, Wietcisą, zakochanym w Borach Tucholskich, przepięknych lipieniach z Wdy w okolicach Zimnych Zdrojów uroczysku gdzie mieszkał ś.p . Mundzio Antropik. Wiele lat spędziłem pod żaglami i z wędką na Mazurach, które są cudowną zieloną krainą. Ale to dzięki Kaszubskim „klimatom” wróciłem do kwintesencji wędkowania czyli muszkarstwa, inaczej spojrzałem na nasze wody. Z uwagi na rodzinne obowiązki od prawie trzech lat jestem częstym gościem na Pomorzu i Kaszubach.

Jak to zwykle w życiu bywa naszymi wędkarskimi losami i nie tylko rządzą przypadki. Pod koniec zeszłego roku szukałem dobrych przyponów muchowych, Artur pisał na blogu że Siglon spełnia te warunki. Tylko gdzie kupić cały asortyment od 0,10-0,30 w jednym sklepie? znalazłem w Warszawie. Darek szef sklepu zapewnił mnie że w ciągu miesiąca przypony będę miał (a drugi komplet prezent pod choinkę dla mojego zięcia wspaniałego muszkarza też będzie). W listopadzie będąc w W-wie żyłeczki odebrałem, ale jak to w wędkarskich sklepach bywa od słowa do słowa o lipieniach, pstrągach, trociach, pomorskich rzekach, srebrniakach spod Orłowskiego Klifu w Gdyni, czy rew przy plaży w Mechelinkach.


Rozmowa zeszła na tematy muchowe i pstrągowe i dowiaduję się że na Mazowszu, nizinnym Mazowszu niedaleko Warszawy są PSTRĄGI i to najprawdziwsze dzikie czerwone kropki potokowe…… Wiem że takich rzeczek i miejscówek „obcym” raczej się nie zdradza. Nie bardzo wiedziałem jak zapytać o tę rzeczkę (gdzie? co? i jak?), o której opowiadali z taką pasją i zaangażowaniem. Z rozmowy wynikało iż są w Społecznej Straży Rybackiej, nie pytałem a moje przypuszczenia sprawdziły się przy następnym spotkaniu. Widać że swoją rozmową i zachowaniem wzbudziłem zaufanie u Darka, Mateusza (przewodnik wędkarski) i Tomka (10 lat już kręci muszki) Panowie zaprosili mnie nad swoją tajemną rzeczkę jak będę znów w Warszawie.




Nie mogłem się doczekać kiedy to nastąpi, minęły prawie trzy miesiące które spędziłem gdzie? na Kaszubach, Kociewiu i Pomorzu. Dowodem na to jest reportaż Artura pt.”Na zero aż po Bekę”. Na początku lutego powrót do domu, chwila na załatwianie „spraw różnych” jak to po dłuższej nieobecności i wyjazd do Warszawy. Telefon od Darka – „czy wybierzesz się z nami na patrol jedziemy w niedzielę”…. Jadą jeszcze Tomek, Artur i Darek mój imiennik ... Spędziłem kilka godzin w pięknej scenerii lasów i łąk szkoda że pogoda nie była zbyt fotograficzna, ale zimowe plenery troszkę przymglone z charakterystycznymi mazowieckimi wierzbami oddają tamtejsze klimaty.



O wydarzeniach podczas patrolu nie będę w tej chwili pisał, był moment iż potrzebna była interwencja policji, ale bardzo delikatna, zakończona upomnieniem niesfornych wędkujących - to nie byli prawdziwi wędkarze. Znaleźliśmy i zniszczyliśmy samołówki zrobione z kół rowerowych, zebraliśmy sporo śmieci, udokumentowana została również nielegalna wycinka drzew nad brzegami rzeki 11 sztuk olch. Wycinka drzew nad takimi małymi i stosunkowo płytkimi rzekami jest zabójcza dla populacji pstrągów które nie mogą mieć zbyt ciepłej wody.



Patrząc na to co robią Ci koledzy z jakim zaangażowaniem i oddaniem wiem że nie będą mieli łatwego zadania ochraniając 30 kilometrowy odcinek tej przepięknej w tym momencie jeszcze z lekka przymarzniętej mazowieckiej perełki. Stąd nasunęła mi się myśl i tytuł „ Zimna woda, gorące serca….” Bo to co oni w tej chwili tworzą napawa mnie ogromnym optymizmem i radością, starają się aby to było łowisko no kill. Widziałem piękne żwirowe tarliska, budowane sztuczne przegrody przyspieszające i zmieniające bieg wody aby pstrążki czuły się dobrze i bezpiecznie. Zdjęcia nie do końca oddają charakter rzeki, która jest naprawdę niesamowita. Jedna z legend kaszubskich mówi że Bozi wyleciała kiedyś z rąk wstążka nad Kaszubami, kołysana wiatrem długo spadała by zamienić się w Radunię. Patrząc z Kiełpińskich wzgórz na dolinę widać jak cudownymi meandrami wije się Radunia, mazowiecka rzeczka którą zobaczyłem (tam nie ma wzgórz i pagórków jest płasko) wije się jeszcze bardziej tworząc na kilkudziesięciometrowych odcinkach niesamowite obrazy.
Piękna jest ta nasza Polska, nie wszyscy to widzą.

Wiosną wybiorę się tam znów z aparatem i wędka ...
Jerzy Chmielewski 







23.02.2014

Bumble ... again


Clan MacLeod

Ta mucha nie daje mi spokoju. Natrętnie krąży nad moją głową zmuszając do dalszych poszukiwań jej właściwego wizerunku. W tych Bumblach jest coś nieuchwytnego, czego nie potrafię odtworzyć. Może to kwestia materiałów, których mi brakuje. Może niedostatki warsztatu krętacza a może brak doświadczenia w połowach jeziorowych. No cóż pogoda jest raczej pod jętkę majową niż na troć, zatem siedzę przy imadełku i dłubię ...



22.02.2014

Bumble wet fly ... I have a dream



Bumble wet fly ... według definicji - irlandzka mucha jeziorowa. Pozostaje mi zatem powiedzieć "I have a dream", bo muchy jeziorowe pozostają jedynie w sferze moich wyobrażeń. Tu prezentowana to kolejny wyrób na okazję cotygodniowego Weekendu z imadłem na FFF.  Skoro temat został wywołany, wypadało coś namotać. 

Później jednak nieco poczytałem o muchach jeziorowych i wynika z tego, że nie da się ich wiązać a raczej nie powinno z miękkich piór kury, jak ta powyżej. To nieuzasadniony odruch bezwzględnego sięgania po taki materiał w przypadku mokrych much. Większość obejrzanych w necie much jeziorowych to rozczochrane konstrukcje z użyciem piór koguta. Zapewne chodzi niemałe zamieszanie jakie mają robić w stojącej wodzie. Również w postaci zabieranych z powierzchni a następnie uwalnianych pęcherzyków powietrza a temu sprzyja gęsty palmer z piór koguta. Prezentowana poniżej mucha pozostaje nadal jedynie próbą nawiązania do stylu Bumble i pewnie tak długo będzie, póki nie zasmakuję jeziorowych połowów pstrągów w Irlandii.




21.02.2014

Pstrągowy kogut


Właściwie nigdy na koguty nie łowiłem, tym bardziej pstrągów. Jednak pojawiająca się co raz większa ilość przynęt tego typu w pudełkach i galeriach wędkarzy skłoniła mnie do pierwszych prób. Póki co przy imadełku a efektem jest to oto "dzieło". Z braku klasycznej sierści sarny kogucik wykonany jest z renifera, co przysporzyło nieco kłopotów w formowaniu a raczej przycinaniu tułowia. Niestety marnej jakości nożyczki nie dają rady a żyletki nie mam bo się nie golę. Swoją drogą czy żyletki są jeszcze produkowane?

19.02.2014

Przy imadełku


Co można robić gdy pracodawca wyrzuci człowiek na zaległy urlop w lutym ?  ....  dwie rzeczy, iść na ryby lub siadać przy imadełku. W pierwszym przypadku nieco wietrznie i zimno, czyli pozostała druga możliwość.  Krótko mówiąc zabrałem się za muchowe wynalazki, efektem których jest oto taka nimfa. Czy łowna? ... najbliższy weekend może przyniesie odpowiedź.

18.02.2014

Konkurs


Nieco to mało skromne ale pochwalę się, że ten piękny, solidny i wartościowy kołowrotek DAIWA LEGALIS 2500 wygrałem w konkursie fotograficznym organizowanym przez Portal -  Pomorski Przewodnik Wędkarski. Satysfakcja tym większa, że nigdy przedtem nie znalazłem portfela, nie trafiłem w Totka i w ogóle nic nie wygrałem. Pewnie dlatego, że za portfelem się nie rozglądałem, w Totka nie grałem a na konkursy nic nie wysyłałem. Może zatem morał płynący z tej opowieści ... kto nie gra ten nie wygrywa, będzie dla Was zachętą do udziału w aktualnie trwających zmaganiach konkursowych na PPW pod tytułem
 Opisz przynęty na które łowisz


Trofeum równie cenne w postaci wędki Dragon Viper River Jig 275 cm 3-14 gr. W obu przypadkach nagrody główne ufundowało Centrum wędkarstwa w Gdańsku na ul. Grunwaldzkiej  295. Firma, która od pierwszych dni istnienia na pomorskim rynku chętnie wspiera cennymi nagrodami rzeczowymi wiele inicjatyw oraz imprez wędkarskich, min. Memoriał Mundka Antropika. W imieniu Kolegów redagujących Pomorski Przewodnik Wędkarski zapraszam do udziału w tym jak i z pewnością kolejnych konkursach ...

16.02.2014

Gosling V. again



Jakoś ta mucha nie dawała mi spokoju. Poszperałem nieco w zakamarkach pudełek z materiałami i odnalazłem możliwie zbliżony materiał od skrzydełek oryginału, czyli Mallard Barred Flank choć barwiony na rustykalny kolor. Ciekawe, że w handlu w takiej postaci występuje czasem pod nazwą Wood Duck, czyli pióra kaczki Karolinki, będąc jedynie ich substytutem. Nieco o piórach znajdziecie tu ... Obrastamy w piórka

15.02.2014

Gosling



Gosling V., prezentowana mucha jest dalece odbiegającym wariantem od oryginału. Powstała raczej na potrzeby trwającej obecnie w katalogu much FFF cotygodniowej zabawy - Weekend z imadłem. Jej mało zbliżony do oryginału wizerunek jest po części wynikiem braku odpowiednich materiałów, szczególnie piór mallard barred flank, charakterystycznych dla jeżynki much tego typu. Założeniem jest jednak związanie dużej mokrej muchy imitującej jętkę. Niezależnie jak tu prezentowana spełnia to kryterium, już samo przywołanie nazwy Gosling daje okazję do przybliżenia jej genezy i postaci twórcy tego wzoru.

Gosling a raczej Melvin Gosling Trout Fly, mucha pstrągowa i łososiowa biorąca swą nazwę do  jeziora  Lough Melvin ( Loch Meilbhe ) w Irlandii.





Wzór pochodzi ze słynnego sklepu wędkarskiego Rogan's of Donegal, znanego do dziś z rodzinnej produkcji much łososiowych, położonego na brzegu  rzeki Erne, płynącej przez malowniczy region północno-zachodniej Irlandii. Od prawie 170 lat firma z Rogan projektuje i wykonuje muchy słynące swym wizerunkiem  na całym świecie. Od 1830 marka Rogan, zbudowana na tradycji i jakości, pielęgnowana jest przez pięć pokoleń rodziny. Sztuka wiązania much przekazywana przez ojca na syna, kultywowała tradycję wyłącznie ręcznego wykonania wszystkich wzorów a nawet ogromny popyt na ich wyroby nie skłonił właścicieli firmy do wprowadzenia choćby częściowej automatyzacji. Pozostali wierni zdolnym dłoniom, imadełku i bobince, choć jak twierdził Michael Rogan Senior, żadne stalowe narzędzie nie zastąpi zręczności i wyczucia palców.


Michael Senior został zaproszony do Londynu na początku 1870 przez nieistniejący już Klubu Londyn Salmon, gdzie na miejscu i osobiście wiązał muchy łososiowe dla członków klubu. W ciągu następnych dwudziestu lat spędził kilka miesięcy każdego roku w Londynie dzieląc się swoją wiedzą i sztuką. Wielokrotnie zapraszany przez członków klubu odbył liczne wspólne wyprawy wędkarskie na najlepsze łowiska łososiowe w Norwegii, Szwecji i Islandii. Perfekcja jego linii much łososiowych przyniosła mu prestiżowy Medal of Excellence i dyplom na Międzynarodowej Wystawie Rybołówstwa w Londynie w 1883 roku. Kluczem do sukcesu były niespotykane barwy produkowanych tam much, często uzyskiwane w procesie barwienia a wiele z nich doczekało się oryginalnej nazwy kolorystyki jak słynna Fiery Brown. Początkowo rodzinną tajemnicą, później przyczynkiem kłopotów był sposób barwienia materiałów a raczej ich przygotowanie do przyjęcia barwnika, przez kąpiele i odtłuszczenie w końskim moczu. Przechowywany w beczkach na tyłach domu Bridge End w Ballyshannon, stał się przedmiotem licznych skarg i donosów sąsiadów do władz sanitarnych. Doprowadziły one do wielu wizyt inspektorów, którzy zazwyczaj opuszczali rodzinną produkcję z pudełkiem suto wypełnionym słynnymi muchami i sprawa zamiatana była pod dywan.

U schyłku lat w zwyczaju starego Michaela było przesiadywanie w sklepie, raczenie się whisky i  dymem z glinianej fajki. W takich chwilach słuchaczami jego opowieści byli nawet najwięksi dostojnicy korony. Był Edward, książę Walii, syn królowej Wiktorii a legenda głosi, że i on przyjął z rąk seniora fajkę by puścić kilka dymków. Choć szybko lokaj księcia otarł ustnik jedwabną chusteczką, przed podaniem swojemu Panu.

Michael Senior wyuczył sztuki wiązania dwóch synów i córkę a po śmierci starszego z nich w 1905 roku, jego syn James odziedziczył firmę. Na szczęście i James rozpoczął szkolenie syna Michaela Juniora bo gdy w 1935 r. miał wylew, który doprowadził do jego śmierci trzy lata później, Michael Junior był w stanie prowadzić rodzinną działalności w wieku 16 lat. Robił to z wielkim oddaniem, doprowadzając w 1960 roku do współpracy ze słynną firmą braci Hardy Londynie.

Losy rodzinnej produkcji much łososiowych był do końca burzliwe. Miały swój epizod na rynku amerykańskim za sprawą wujka Michaela Juniora,  Alexandera Rogana, który próbował bezskutecznie utrzymać produkcję i sprzedaż na Manhattanie. Obecnie stare pomieszczenia w Bridge End w Ballyshannon zostały sprzedane a ich miejsce zastąpił nowoczesny sklep oraz muzeum Rogana.

11.02.2014

Muszkarskie Święto


Od autora "W krainie pstrąga i lipienia" ... w kontekście ostatniego artykułu " Gdzie wetknąć piórko", nie mogłem oprzeć się pokusie przedruku tekstu Roberta Tracza, który czas jakiś temu zagościł na stronach Dolinaleby.eu. Bez zbędnego komentarza pozostawiam Was z przemyśleniami autora  ...

"Muszkarskie Święto" 

Wędkarstwo muchowe uprawiam od trzydziestu lat, i póki co sport ten nie znudził mi się, chociaż łowiska już nie te co kiedyś, ryb w nich mniej, a i obyczaje nad wodami jakby nieco zdziczały. Kilku moim kolegom m.in. z tych powodów odechciało się „zabawy” z muchówką; dzisiaj wyprawiają się na dorsze, zasiadają z gruntówkami na leszcze lub zbierają grzyby.

Skutecznie oparłem się ekspansji i fascynacji sprzętowej, modom i trendom. Zawsze poszukiwałem własnych, „niewydeptanych” ścieżek, nie tylko nad rzekami, chociaż nie zawsze to co robiłem, pisałem i mówiłem podobało się wszystkim.

Być może moje doświadczenia i spostrzeżenia u progu „muszkarskiego święta” jakim jest rójka jętki majowej, pozwolą chociaż niektórym z nas spojrzeć na naszą pasję nieco inaczej, szerzej, czasem samokrytycznie…

W ostatnim czasie powróciłem do „źródeł” sięgając po sprzęt retro, którym łowiłem przed laty, muchówkę Daiwy, szklaka, i archaiczny mosiężny kołowrotek wyprodukowany pół wieku temu i wcale nie czuję się „uboższy”, wręcz przeciwnie… Chyba odrestauruję również swoją pierwszą wędkę, klejonkę z wymienną szczytówką. Jest jakiś swoisty urok, „patyna czasu” w tym sprzęcie - ma swoją duszę - niczym w starych zegarach które wciąż cieszą wzrok i precyzyjnie odmierzają czas.

Znane są powiedzenia iż „to nie sprzęt łowi…” oraz „mucha powinna jak najkrócej przebywać w powietrzu, a jak najdłużej w wodzie”. Bezsprzecznie w wodzie najdłużej przebywają nimfy. Znam młodszych kolegów wyposażonych w „wypasiony” sprzęt i osprzęt, którzy nawet podczas obfitej rójki jętek i widocznego żerowania na nich pstrągów nie sięgają po muchy suche… z prostej przyczyny… nie mają ich w swoich pudełkach. Preferują jedynie nimfy, łowiąc na nie od stycznia do grudnia. Można i tak. Tylko po co, jeśli jest tyle innych, skutecznych, sprawdzonych od lat metod połowu, z najszlachetniejszą suchą muchą na czele.

Ale widocznie niektórym muszkarzom („nimfiarzom”) wystarcza tak wąska specjalizacja. Muszkarz kompletny to taki facet, który nie tylko kręci sprawnie nimfy i skutecznie na nie łowi, ale taki, który posiada również pewien zasób wiedzy przyrodniczej, ichtiologicznej, etymologicznej… Muszkarz kompletny rozumie prawa przyrody, potrafi „czytać wodę” i bez problemów, zależnie od sytuacji na łowisku, posługuje się każdą z metod połowu: streamerem, muchą mokrą, suchą… Nie zaszkodzi także jeśli przy tym będzie wiedział kim był profesor J. Rozwadowski.

Śledzę nasze internetowe fora i coraz częściej jestem zniesmaczony. Za dużo na nich, szczególnie ostatnio, zacietrzewienia, pieniactwa, językowego niechlujstwa i zwykłego chamstwa. Jeśli owi dyskutanci tak samo zachowują się nad wodami to chyba już pora abym odstawił muchówkę i zajął się innym hobby n.p. pszczelarstwem albo hodowlą chruścików. Pocieszam się, że tacy ludzie są w zdecydowanej mniejszości, że to tylko pewien margines.

Irytują mnie także, i nie tylko mnie, amatorskie fotki zamieszczane na tychże forach, na których łowca koniecznie zapragnął uwiecznić się ze złowioną rybą, której potem, wyściskanej, ledwo żywej, wspaniałomyślnie daruje życie. Ryby szlachetne są bardzo fotogeniczne (w przeciwieństwie do niejednego z nas) i jeśli już muszą być fotografowane to niech będą, ale w wodzie – tylko, że mało kto pyta je o zdanie. Rybom martwym jest to zupełnie obojętne. Nie należy natomiast fotografować ryb niewymiarowych i objętych okresową ochroną – te jak najszybciej powinny powrócić do wody – a takich fotek, niestety, wciąż widuje się sporo. Szczytem złego smaku i braku wyczucia było zdjęcie zamieszczone w Internecie, na którym wędkarz prezentuje siebie ze złowioną rybą na tle muszli klozetowej. Do dziś nie wiem czy gość reklamował siebie, rybę, czy popularne urządzenie ceramiczne.

Uaktywniło się także wielu „świeżo upieczonych” „no killowców” łajających i pohukujących na tych którzy odważyli się zabrać złowioną rybę. Nie dajmy się zwariować. Ja także niekiedy zabieram złowionego potokowca, troć albo lipienia i nie czuję się żadnym winowajcą. Wędkarstwo, także muchowe, polega na łowieniu ryb, zgodnie z przepisami, rzecz jasna.

Już w latach dziewięćdziesiątych wraz z kolegami z Klubu Pstrąg m.in. z Mundkiem Antropikiem i Andrzejem Wawryką, aktualnym trenerem Kadry Muchowej, propagowałem rozgrywanie zawodów muchowych na żywej rybie z zastosowaniem haków bezzadziorowych. Jako jedni z pierwszych w kraju takie zawody rozgrywaliśmy, a potem już poszło… Odpieraliśmy zarzuty oponentów twierdzących, że większość ryb z takich haków będzie spadać. Nie spadają.

Podczas prywatnych wypraw tylko od łowiącego zależy czy zabierze jedną, czy dwie ryby, czy też wszystkie wyholowane uwolni. Wierzę, że muszkarz mądry, muszkarz kompletny postąpi właściwie, to znaczy tak, iż nie będzie go gryzło sumienie.

Innym tematem, który również przewija się w naszych dyskusjach jest kwestia brodzenia. O ile widok brodzącego muszkarza na Wieprzy, Łupawie czy Wdzie nie wywołuje zdziwienia – są to rzeki stosunkowo duże - to taki sam widok nad Bolszewką, Gościciną lub Pogorzelicą nie tylko dziwi ale wręcz oburza. W małych strugach mających zaledwie 2-4 metry szerokości przejście chociażby jednego muszkarza, nie mówiąc już o kilku, środkiem koryta jest, delikatnie mówiąc, nieprzemyślaną ingerencją w środowisko. Rozdeptywana jest misterna struktura dna; ukształtowane przez nurt muldy, odsypane z piasku wysepki i górki, przemieszczany jest żwir, naruszana roślinność zanurzona. Wszystko co żyje, spłoszone kryje się w najgłębszych dołkach i wykrotach i nawet po kilku godzinach następnemu muszkarzowi lub spinningiście trudno będzie złowić wymiarowego pstrąga. Liczyć się należy i z tym, że wiosną można uszkodzić gniazda tarłowe lipieni, natomiast jesienią pstrągów potokowych, a w niektórych ciekach również troci.

Lubię małe siurniki i także w nich łowię, również na nimfy, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by przemieszczać się środkiem ich koryt. Nie ma takiej potrzeby. Przecież przy odrobinie dobrych chęci nawet średnio wprawiony muszkarz każde interesujące miejsce może bez problemu obłowić z brzegu. Warto by i tę kwestię rozważyli niektórzy młodsi koledzy, którzy bez oporów wchodzą do małych rzeczek i brodzą w nich godzinami. Oszczędzajmy i chrońmy małe rzeczki, przecież i tak wiele z nich ledwo zipie – coraz mniej w nich wody i ryb, a coraz więcej śmieci i ścieków.

Za tydzień, za dwa, lustra pomorskich rzek rozkwitną delikatnym, kruchym życiem pięknych owadów, jętek majowych. Rozpocznie się misterium przyrody które potrwa zaledwie kilkanaście dni, a na które czekamy cały rok. Zaczną się nasze „muszkarskie święta”.

Warto w tym czasie zwolnić, wyciszyć się, zespolić z naturą, tak by poczuć jej puls.

Przeżyjmy to jeszcze raz… pamiętając, że pewien kanon zachowań na łowiskach i poza nimi, wypracowany blisko dwieście lat temu przez prekursorów muszkarstwa, angielskich dżentelmenów, wciąż obowiązuje.

Trzeba pamiętać, że istnieją takie wartości jak: życzliwość, koleżeństwo, uprzejmość i służenie radą młodszym, mniej doświadczonym wędkarzom. Bez tego muszkarstwo będzie tylko polowaniem na rybie mięso.

Autor tekstu i rysunku: Robert Tracz

08.02.2014

Gdzie wetknąć piórko

Poruszane ostatnio tematy związane z historią wędkarstwa muchowego wzbudziły sporo emocji i komentarzy. Część z nich to negatywne, wskazujące snobistyczne przesłanie, które znajduje swoje odzwierciedlenie w postawie współczesnych muszkarzy. Ludzi, którzy zdaniem autorów uwag przypinają jedynie przysłowiowy kwiatek do kożucha. Brak wiedzy i doświadczenia zastępują stylizowanym kapeluszem z piórkiem sugerującym przynależność do muchowego klanu. Jeszcze gorzej wygląda sprawa internetowych mądrali, którzy praktycznie nie wędkują a spotkani gdzieś nad rzeką, chętnie rzucają kilka zasłyszanych haseł, zwykle nijak mających się do rzeczywistości.

W tym miejscu otwiera się temat ”morze”, bo co człowiek to obyczaj. Jednych razi nowobogactwo emanujące drogim samochodem i wypasionym sprzętem. Innych gumofilce i wodery, ruska czapa z nausznikami zamiast kapelusza. Jednak wszyscy tu wywołani ostatecznie dzierżą w dłoni droższą lub tańszą wędkę muchową i wobec tego ważnym się staje ...  co pod tą czapą lub kapeluszem się mieści. Najczęściej krótka nimfa, która jest pierwszą i zwykle jedyną poznaną metodą połowu. Mówiąc zatem o tradycji darujmy sobie wszelkie próby oceny kryteriami stroju i sprzętu, bo czasy się zmieniły. Płynie z niej o wiele ważniejsze przesłanie, nieodmiennie mówiące nam wiekami zapełnionych stronic, że jest człowiek i ryba a łączy nas mucha. Delikatna i finezyjna przynęta, w której zapisana jest cała wiedza o rzece, mieszkańcach wody i jej otoczenia, nasze postawy etyczne, wrażliwość na piękno i patologię.


Dlatego nigdy nie będę czuł się zwolniony z obowiązku i przyjemności przybliżania historii wędkarstwa muchowego, sylwetek ludzi mienionych epok, ich dorobku i sposobu jakim próbowali nas ukształtować. Epoka Wiktoriańska to czas wielkiej pasji odkrywców, botaników i zoologów, podróżników i przyrodników. To galeria portretów ludzi, którzy w świetle epokowych publikacji, towarzystw przyrodniczych i geograficznych, ale też w zaciszu bibliotek, saloników i lokalnych społeczności, kładli podwaliny pod współczesną naukę. Wśród nich byli znamienici wędkarze, których pasja odkrywcy nie ustępowała dociekliwości Karola Darwina.  


Major John Popkin Traherne ( 1826 - 1901 ) Właściciel ziemski i wojskowy, który na długo przed odziedziczeniem majątku i emeryturą w 1865 roku, oddał się pasji połowu łososi na muchę. Współcześnie uchodzi za prekursora much łososiowych a już z pewnością za autora wielu tradycyjnych wzorów oraz najbardziej utalentowanego dziewiętnastowiecznego flytiera. Swojego pierwszego łososia złowił w 1850 roku, otwierając nowy rozdział wędkarstwa muchowego, który po latach zaowocował swoistym rekordem świata. John Popkin Traherne złowił w ciągu piętnastu dni na rzece Namsen, 165 ryb. W 1883 roku, na Wystawie Światowej w Londynie, prezentowanych 18 wzorów much łososiowych autora, doczekało się wielkiego uznania, dającego początek licznym artykułom napisanym przez  George'a M. Kelson.










"Nelly Bly" Designed by Major John Traherne 
Dressed by Kim Rasmussen Denmark oraz pozostałe wzory The Classic Salmon Fly




02.02.2014

Jak to w lutym bywa


Dziś postałem sobie pośród dość sporej grupy wędkarzy, którzy bezradnie rozkładali ręce i spinningi wobec radykalnej zmiany pogody. Ciepły, bezwietrzny i słoneczny dzień nie sprzyjał aktywności troci. Chwilowo srebrne żniwa dobiegły końca oraz czas przenikliwych mrozów i wiatrów ze wschodu, które przez wiele dni sprzyjały połowom licznych ryb. Niestety ale z premedytacją nie meldowałem się w tym czasie nad rzeką, bo dość przemarzam w pracy, by weekend lub popołudnie wykorzystać na wędkowanie w ekstremalnych warunkach. Znalazłem za to nieco czasu by zajrzeć na środkowy odcinek Redy ... cisza i spokój. Brak obecności kelta, który już drugi raz z rzędu opuścił rzekę już w grudniu, czyni jej wody oazą spokoju.



01.02.2014

Wiktoriańskie muchowanie


Epoka wiktoriańska – okres w dziejach Wielkiej Brytanii pod panowaniem królowej Wiktorii Hanowerskiej. Królowa sprawowała rządy w latach 1837-1901. Był to jeden z najdłuższych nieprzerwanych okresów panowania jednego monarchy w nowożytnej historii. Wielka Brytania była wtedy u szczytu potęgi imperialnej, mówiło się, że nad Imperium Brytyjskim "słońce nigdy nie zachodzi". Były to też czasy rewolucji przemysłowej. 














Ludzie tamtej epoki przyczynili się w znacznym stopniu do ukształtowania dzisiejszego wędkarstwa, szczególnie muchowego. Bogate wiktoriańskie rodziny uciekały z zadymionych miast na swoje wiejskie posiadłości w poszukiwaniu spokoju i dogodnego miejsca do łowiectwa i wędkarstwa. Potoki, jeziora i rzeki Szkocji były ekscytującym krajobrazem, do którego podążali w w poszukiwaniu łowieckich i wędkarskich emocji. Umiejętności i wiedza mieszczuchów była niewielka, zatem zdać się musieli na miejscowych przewodników, zatrudnianych przez zamożne familie na cały sezon letnich połowów i polowań.







Charakter czasów wiktoriańskich znalazł odzwierciedlenie w ich skomplikowanym stroju, architekturze i etykiecie ale wywarł również wpływ na wędkarstwo muchowe. Wiązane w tym okresie muchy łososiowe były efektowne i niczym nie przypominały naturalnego pokarmu ryb. Dostępność również egzotycznych piór z brytyjskich kolonii (obecnie wielu gatunków chronionych), dawała pole do fantazji ich twórcom i tworzenia wzorów znanych i cenionych do dziś. Część z nich przetrwała w oryginalnym wykonaniu, stanowiąc obecnie przedmiot westchnień kolekcjonerów. Wielu znanych producentów powstało w połowie XIX wieku, co było odpowiedzią na wzrost zapotrzebowania na wysokiej jakości sprzęt wędkarski w tym okresie. Lokalne sklepy zatrudniały swoich własnych rzemieślników do wykonywania wędek i kołowrotków, do wiązania much, i pracy ramię w ramię z rusznikarzami wykonującymi broń myśliwską. Kołowrotki, wędki i przynęty, oraz różnego rodzaju sprzęt wędkarski objęto patentami. Małe sklepiki z czasem przekształcały się w większe firmy oferując swoje wyroby pod ugruntowaną marką, nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale dalej na kontynent i Stany Zjednoczone.

Rycina: "The Salmon Fly", George M. Kelson published in London in 1895 by Messers. Wyman & Sons, Limited.


Wędkarstwo okresu wiktoriańskiego miało ogromny wpływ na obecny kształt sportu muchowego. W XIX wieku nastąpił dynamiczny rozwój klubów i krajowych organizacji wędkarskich. . 1 lipca 1880 roku odbyły się pierwsze pstrągowe zawody muchowe na poziomie krajowym w Szkocji, w Loch Leven. Zawody te później przekształciły się w prestiżowe Narodowe Szkockie Mistrzostwa Muchowe, stając się prekursorem wszystkich współczesnych wydarzeń międzynarodowych. 

W tym przełomowym wydarzeniu, tylko siedem klubów wędkarskich wzięło udział: Zachodni Szkocki Klub Wędkarski, Kinross-Shire, Wędkarski Klub Perth, Klub Stirling, Dundee, Waverley i Falkirk. Nagrody były pieniężne. Pierwsza nagrodą było 15 funtów – niesamowita kwota na ówczesne czasy, co podkreśla prestiż zawodów, ale  również pozycję społeczną i zamożność uczestników. Nie były to sportowe zmagania przeznaczone dla rzemieślniczych producentów sprzętu, czy nawet doświadczonych przewodników, ale dla bogatej elity społeczeństwa. Rewia mody w postaci płaszczy z naoliwionych tkanin, rozłożyste kapelusze i skórzane buty do kolan, towarzyszyła uczestnikom zajmującym miejsca w łodziach nad Loch Leven. Dzierżyli w dłoniach swoje ciężkie muchówki, a zaufani wioślarze zabierali ich w ulubione miejscówki. Pod koniec dnia, zwycięzcą okazał się DB Macgregor z Zachodniego Szkockiego Klubu Wędkarskigo z iloscią 14 ryb o wadze 11Ib i 14 uncji. Na drugim miejscy znalazł się PD Malloch, członek Klubu Perth. Warto podkreślić, iż Malloch konkurował w 29 konkursach krajowych i wygrał aż 6 razy – jest to rekord dotychczas niepobity. Był również założycielem dobrze prosperującego biznesu wędkarskiego, który istnieje do dzisiaj w mieście Perth. 



Wspominając tamte czasy warto zauważyć, iż zamawiano nieraz całe wagony, a nawet cały pociąg do przewożenia uczestników na miejsce zawodów. Możemy jedynie sobie wyobrazić emocje wśród podróżujących, dyskutujących o o muchach, strategiach, którą wybrać łódkę i łowisko. Z pociągów wędkarze przewożeni byli wozami zaprzężonymi w konie na ostateczne miejsce zawodów, gdzie wynajęte, doświadczone obsady wioślarskie czekały na uczestników. Strój, sprzęt, taktyka i transport tamtej epoki wydają się dziś archaiczne, lecz pokazują jak budowały się fundamenty klubów wędkarskich, sportu i rekreacji z wędką muchową w dłoni.