31.07.2014

Nie mogłem się oprzeć


Fot. Guido Rahr, Wild Salmon Center, Żródło: Facebook. 

Nie mogłem się oprzeć by opublikować zdjęcie, którego nie jestem autorem. Pacyficzny "salmonid" złowiony na rzece Zhupanova na rosyjskim Dalekim Wschodzie - Kamczatka. 

Ryba wygląda na samca Palii, Dolly Varden - podgatunek Salvelinus malma malma z jednym zastrzeżeniem, że nazwa Dolly Varden stosowana jest zarówno dla populacji z Kamczatki jak i Alaski, jest nazwą zwyczajową (Common name).

I jak tu nie kochać łososiowatych, jak nie fascynować się ich biologią, zwyczajami godowymi oraz niepowtarzalną szatą i sylwetką. Przecież to zwieńczenie działa natury, koronacja milionów lat ewolucji w jednym, perfekcyjnym, doskonałym stworzeniu.

Ostatnie dwa wpisy niosły treści przygnębiające, choć starałem się by płynące z nich przesłanie napełniało otuchą i nadzieją. Patrząc na ten okaz mamy o co walczyć nie tylko w skali globalnej. Musimy czynić wszelkimi sposobami i wszelką możliwą aktywnością, by również nasze wody darzyły podobnie okazałymi rybami. Choć z natury bałtycki łosoś czy troć nie będą tak pięknie ubarwione to nadal pozostają wspaniałymi gatunkami, mam nadzieję nie tylko w sferze opowiadań ojców i dziadków. Trudno z naszymi rzekami porównać potencjał rzek dalekiej północy, ale tam wędkarze są szczęśliwi bo nie ma tam PZW ...

I w tym momencie gdybym nie dorzucił do tego miodu łyżki dziegciu, nie byłbym sobą. Zatem odsyłam Was do dwóch publikacji, które ostatnio ukazały się na portalu Salmon.pl


OHZ "Liśnica" - niekończąca się opowieść
Ekipa PZW O. Koszalin przyłapana na kłusownictwie?

30.07.2014

Jestem biodegradowalny


Jestem biodegradowalny ... ja tak, natomiast produkty naszej cywilizacji  - NIE. Przynajmniej w skali naszego życia a często kilku lub kilkunastu następnych pokoleń.

Ten wpis to swoisty apel o unikanie w naszej choćby wędkarskiej i turystycznej praktyce, plastikowych opakowań a szczególnie toreb foliowych.

Wielu z Was znane są obrazki poszarpanych, brudnych, foliowych toreb rozniesionych wiatrem po całej okolicy. Straszą szczególnie wiosną i jesienią gdy pozbawione liści korony drzew, pozbawione sezonowej roślinności brzegi dosłownie oblepione są makabrycznie i posępnie wyglądającymi straszydłami. Choć zimą przykryte śniegiem, latem ukryte w trawie nadal tam pozostają by w kolejnym sezonie nieuchronnie objawić się z roku na rok przybywającą ilością.

Jesteśmy społeczeństwem opakowań, wytwarzamy tego miliardy ton. W pogoni za zyskiem mały i często bezwartościowy produkt producent wyróżnia na marketowej półce ogromną ilością folii, kartonu i plastiku, który dźwiga krzykliwe loga, kolorowe reklamy i opisy produktu. Wleczemy to ze sobą nad wodę, bo jak nad jezioro czy rzekę bez piwka, zestawu grillowego lub w najlepszym przypadku kanapek z pasztetową zawiniętych w co ...? - obowiązkowo w foliową torebkę.

Na tych niechlubnych kartach historii naszej planety zapisuje się Wielka Pacyficzna Plama Śmieci – duże dryfujące skupisko śmieci i plastikowych odpadów utworzone przez prądy oceaniczne w północnej części Oceanu Spokojnego między Kalifornią a Hawajami. Odkryta w 1997 przez Charlesa Moore’a. Druga, podobna, znajduje się bardziej na zachód, pomiędzy Hawajami a Japonią. Szacowana masa dryfującej plamy wynosi 3,5 mln ton. Zbudowana jest w 90% z tworzyw sztucznych. To nie tylko efekt bezpośredniego zanieczyszczania wód morskich przez nadbrzeżne aglomeracje, ale efekt pracy jakie wykonują wody rzek niosące odpady z całej zlewni. Nieomal na każdej wyprawie z obrzydzeniem śledzimy przepływające przez nasze stanowiska niekończące się zwały plastiku w przeróżnej postaci.

Na szczęście w skali globalnej następuje opamiętanie i zrozumienie skali dewastacji środowiska jaka jest udziałem opakowań. Dziś nowe technologie produkcji "folii" z pominięciem polietylenu, który zastępuje np. skrobia kukurydziana pozwalają na produkcję opakowań przyjaznych, szybko rozkładalnych i w miarę bezpiecznych. Spełniających europejską normę biodegradowalności i kompostowalności -  EN 13432:2002

Zgodnie z nią, szereg szczegółowych testów określa, czy badany produkt:
- nie zawiera w swoim składzie metali ciężkich i innych, niebezpiecznych pierwiastków,
- rozkłada się w kontrolowanych warunkach w terminie krótszym, niż 6 miesięcy, a przemiana zawartego w materiale węgla w tlenek lub dwutlenek węgla i w biomasę następuje w przynajmniej 90% i tworzy drobny, pozbawiony substancji toksycznych i sprzyjający hodowli roślin kompost,
- farby i pigmenty użyte do nadruków lub barwienia nie zawierają odpornych na rozkład polimerów lub pigmentów bazujących na metalach ciężkich.

Mimo tak optymistycznych oczekiwań co od nowego rodzaju opakowań pamiętać musimy, że jeszcze lata potrwa proces zastępowania starego typu, szkodliwych i praktycznie nierozkładalnych folii, toreb, butelek itp. Również zwykła przyzwoitość, poczucie estetyki oraz odpowiedzialności za stan naszego otoczenia nakazuje nam, nie oglądać się na relatywnie krótki proces rozkładu nowych opakowań a po prostu nie zaśmiecać nadal akwenów oraz ich brzegów. W naszej naturze jest oburzać się na widok zarośniętej glonami folii, którą wydobywamy na kotwiczce błystki a drugą ręką wyrzucać za plecy plastikowe opakowanie po właśnie zeżartej w pośpiechu wędkarskiej kanapce. 

Nikt nie lubi pouczania, moralizowania, pokazywania paluchem, dlatego użyje magicznego słowa "proszę" Was Koledzy o czystość nad wodą i reagowanie na wszelkie przejawy niechlujstwa współużytkowników naszych rzek i jezior.


29.07.2014

Jak dostrzec rybę w wodzie


Skójka malarska, Unio pictorum Linnaeus, 1758 

Gatunek małża o wymiarach muszli 7–10 cm. Żyje 10 do 15 lat. Występuje na terenie całej Europy w rzekach i jeziorach. Nazwa małża pochodzi od powszechnego już w starożytności zastosowania jego muszli przez malarzy do przechowywania i ucierania farb. Obecnie prawnie chroniony. 

Podążając brzegami rzek czy jezior zwykle nie poświęcamy zbyt wiele czasu i uwagi mieszkańcom tej krainy. W wędkarskim amoku dostrzegamy jedynie nadrzędny cel naszej wyprawy czyli ryby. Bardziej wnikliwy lub doświadczony obserwator bez trudu dostrzega natomiast wszelkie gatunki bezkręgowców, które powiązane nićmi naturalnej zależności z rybami, mogą stanowić atrakcyjną przynętę. Tam gdzie regulamin połowu pozwala – wprost w postaci żywej, naturalnej lub w pozostałych przypadkach w formie imitacji np. “muchowych”. Gorzej, że na takich obserwacjach nasza wrażliwość na otoczenie wód zwykle się kończy. Wszystko co żyje a nie stanowi potencjalnej przynęty jest niezauważane lub traktowane jako banalny element środowiska wodnego, tak pospolity i nieważny, że możemy go kopnąć, podeptać lub w najlepszym przypadku dać dziecku do zabawy.
Pomijając nawet kwestie ochrony prawnej niezliczonych gatunków bytujących w naszych wodach, pamiętać musimy, że każdy organizm stanowi istotny element środowiska zarówno w łańcuchu pokarmowym jak i skomplikowanym układzie zależności, efektem którego jest rybność naszych rzek i jezior. Zatem wiedza i umiejętność rozpoznawania gatunków jest nie tylko wędkarskim przywilejem ale też obowiązkiem, który powinien wyróżniać nas wędkarzy z milionów pozostałych użytkowników wód. Wiele gatunków możemy odnotować w pamięci wędkarskiej wyprawy, szanując i chroniąc ich stanowiska, ale obecność lub nieobecność części z nich często bywa sygnałem i wiedzą o czystości i zasobności łowiska lub jego potencjalnych możliwościach w przypadku zarybień.
Przykładów klapek na oczach wędkarzy i działaczy PZW można by przytaczać w nieskończoność. Niejedna już woda zasypana została tysiącami sztuk narybku bez monitorowania efektów jego przeżywalności a bezkrytyczne realizowanie operatów nie poprzedzone zostało analizą potencjalnej bazy pokarmowej. Trudno się dziwić skoro większość z nas traktuje rzekę lub jezioro jako zbiornik wody czyli hektolitry H2O, w którym w mniejszym lub większym stopniu rozpuszczony jest jedynie tlen, czyli środowisko wystarczające by przeżyła tam ryba przynajmniej kilka krótkich chwil, od zarybienia 30 -sto. centymetrowym pstrągiem do czasu jego połowu.
Jeśli decydenci PZW są ślepi, głusi i niewykształceni, może nasza wrażliwość, umiejętność obserwacji oraz analizy stanu wód na podstawie choćby wiedzy o liczebności oraz składzie gatunkowym konkretnego akwenu i jego otoczenia, pozwoli choć raz złapać za rękę sypacza narybku i powiedzieć mu:
- Chłopie zastanów się, po co walisz do wody te tysiące małych lipieni i pstrągów, skoro nic z tego nie przeżyje.
Wielu z nas w zarybieniach upatruje jedynego skutecznego sposobu na ilość ryb w rzece a w rezultacie klucza do wędkarskiego sukcesu. Nie spełniamy jednak warunków podstawowych by ten sukces się ziścił. Nasze wody nie są jeszcze a może już gotowe do masowej eksploatacji łowisk. Zdewastowane przez wędkarzy, kajakarzy, meliorantów, amatorów wodnej energii, tuczarnie pstrąga tęczowego, zaśmiecone i nieustannie niszczone postępującą eutrofizacją odpadami organicznymi. Potrzebna jest praca u podstaw, mozolny, cierpliwy i długotrwały proces odbudowy a nie wędkarska gorączka. Możesz wziąć w tym udział, wzbogacaj swoją wiedzę, obserwuj, bądź wrażliwy na  wszelką wodną patologię, która przybrała już katastrofalny wymiar ... 
Pamiętaj, że wizyta w sklepie wędkarskim, wypasiony sprzęt i przynęta na końcu wędziska,  jest ostatnim a nie pierwszym elementem tej układanki.


Skójka malarska, Unio pictorum 

Skójka malarska, Unio pictorum, egzemplarz młodociany

28.07.2014

Nessi



27.07.2014

Czy pstrąg zeżre wszystko ... ?


Zmięk żółty (Rhagonycha fulva)
Rodzina omomiłkowate Cantharidae

Drapieżny chrząszcz spotykany często nad brzegami rzek, szczególnie chętnie obsiada rośliny z rodzaju Selerowate, baldaszkowate, których około 70 gatunków dziko rośnie w Polsce. Osiąga niewielkie rozmiary od 7 do 10 mm. Jego masowy wylot obserwujemy w lipcu a jaskrawo ubarwione owady bez trudu przyciągają nasz wzrok. Taniec godowy i żerowanie pośród nadbrzeżnej roślinności dają okazję posmakowania nieostrożnego chrząszcza przez ryby. 

Choć z dostępnych mi badań zawartości żołądków ryb łososiowatych gatunek ten nie pojawia się w zestawieniach wyników, jednak pamiętać musimy, że wszystko co spadnie na wodę przez ryby może być zebrane. Czasem z głodu, bądź z ciekawości, lub z wszelkich innych powodów, które rodzą się w rybiej głowie. Dziwaczny skład rybiego menu nierzadko nas zaskakuje. Swego czasu opisałem zerowanie pstrągów tęczowych na tzw."baziach", wiosennych kwiatach wierzby. Tajemnica białych bazi

Wracając do naszego pomarańczowego chrząszcza, jego jaskrawa barwa sugeruje ostrzeżenie o niejadalności, podobnie jak w przypadku wielu owadów, które w ten sposób dają znać drapieżnikom o toksynach stanowiących zawartość ciała potencjalnych ofiar. Tak manifestują gąsienice oraz w pełni przeobrażone owady wielu gatunków ale adresatem takich sygnałów są ptaki i ssaki. Zwierzęta, które przez eony lat ewolucji posiadły zdolność rozpoznawania, zapamiętywania i omijania "niejadalnych" owadów. Z rybami sprawa ma się nieco inaczej, szczególnie w przypadku pokarmu, który okazjonalnie pojawia się na powierzchni lub w toni wody a jego pochodzeniem są gatunki lądowe. Łupem ryb padają gąsienice, chrząszcze a wiele gatunków doczekało się muchowych lub woblerowych imitacji.

Czy zatem ryby, choć nieograniczające się wobec pokarmu pochodzenia lądowego są bezkrytyczne wobec własnego środowiska wodnego i czy tu wykształciły się podobne zachowania i mechanizmy jak na lądzie, czyli niejadalny pokarm ...?

Obserwując środowisko wodne dociekliwy czytelnik wskazać może rafę koralową jako siedlisko niezliczonych i jaskrawo ubarwionych gatunków bezkręgowców, które podobnie jak ich lądowe odpowiedniki mogły wykształcić podobne mechanizmy obronne. Choć odnajdziemy tam klasyczne drapieżniki, jak np. Skrzydlica (Pterois volitans), żerujące bezpośrednio na rybach innych gatunków. Tu jednak sprawy mają się nieco inaczej, bo choć ekosystem raf w skali geologicznej to zaledwie mrugnięcie oka, bo liczy sobie zaledwie 60 tys lat to kluczem do sukcesu jest specjalizacja. Nawet tak krótki okres istnienia ekosystemu był wystarczający by kolejne pokolenia gatunków bytujących tam ryb nauczyły się wybiórczo korzystać z jego zasobów. Bogactwo gatunków i liczebność osobnicza zarówno drapieżników jak i ofiar zmusiła siłami natury do takiej strategii. Wyewoluowały pęsteniki (Chaetodontidae) ryby o długim pysku zdolnym do sięgania po głębiej ukryte polipy koralowców, czy Balisty z rodziny rogatnicowatych (Balistidae), ryby o twardych, zwartych szczękach zdolnych kruszyć pancerze jeżowców. takich adaptacji można wyliczać setki a może tysiące.



Skrzydlica (Pterois volitans)



Bardziej ubogim, choć nadal rozbudowanym, barwnym i zróżnicowanym środowiskiem są wody wielkich jezior afrykańskich Malawi i Tanganika. Tamtejsze pielęgnice wypracowały inną choć nadal wybiórczą strategię pozyskania pokarmu. Niektóre gatunki żywią się określonymi częściami martwych lub upolowanych ryb. Jedne zjadają wyłącznie oczy, inne płetwy i podobnie pozostałe części. To swoisty podział ról, celem utrzymania dużej populacji o znaczącym składzie gatunkowym w relatywnie ubogim w pokarm akwenie. Pyszczak żółty (Labidochromis caeruleus)

Podobne strategię choć w bardziej uniwersalny sposób stosują gatunki ryb morskich i słodkowodnych Europy i generalnie strefy umiarkowanej, polegający na podziale stref wody miedzy określone gatunki. Dotyczy to również ryb drapieżnych (poławianych na muchę lub spinning), których część żeruje zwykle przy dnie - brzana, inne w toni - szczupak, okoń, lub powierzchniowo - boleń. Łososiowate, których spektrum pokarmowe jest znacznie większe nie odmówią sobie spenetrowania wszystkich w/w stref.

Podążając drogą ewolucji i pokarmowych strategii powracamy do naszych wód a więc środowiska rzek i jezior ukształtowanych zaledwie 10 tysięcy lat temu, procesem ostatniego zlodowacenia. W ten sposób ukształtowało się również otoczenie wód, czyli skład roślin i zwierząt lądowych. Nasze wody stosunkowo ubogie organicznie i chemicznie, stymulowane zmiennymi warunkami pór roku, nie sprzyjają rozwojowy zbyt licznych gatunków bezkręgowców mogących stanowić bogatą i zróżnicowaną bazę pokarmową. Z tego powodu niepotrzebne są skomplikowane mechanizmy przetrwania ofiar, bo "siła spożycia" rozkłada się w miarę równomiernie na wszelkie gatunki, którymi żywią się ryby. Oczywiście to duże uogólnienie ale posłużyć ma jedynie tezie o niewybredności gatunków wędkarskich w tym pstrąga, lipienia i np. klenia z zachowaniem oczywiście preferencji w/w gatunków. 

Jednym słowem nic nie stoi na przeszkodzie by pstrąg zeżarł wszystko co żyje w wodzie i przy okazji zebrał pomarańczowego chrząszcza, ale czy tak jest w istocie ... ?

22.07.2014

Koniec upalnego dnia


19.07.2014

Streamer w sklepie obuwniczym


Ibis szkarłatny (Eudocimus ruber)

Gatunek z rodziny ibisów (Threskiornithidae). Występuje na terenach nizinnych od Kolumbii na wschód do Gujany, na Trynidadzie oraz na południe do wschodniej części Brazylii. Wędruje do Ameryki Środkowej i Indii Zachodnich. Zamieszkuje mokradła, pola ryżowe oraz zarośla mangrowe.

Niezliczone wzory streamerów, much trociowych i łososiowych, "koguty" oraz wszelkie inne wynalazki często proszą się o jaskrawo ubarwione pióra. Oczywiście w swym bogactwie i różnorodności natura prezentuje całą gamę kolorów i odcieni, jednak upierzenie w intensywnych barwach zwykle jest domeną gatunków ptaków egzotycznych w ogromniej ilości chronionych prawnie. Musimy zatem taki stan rzeczy uszanować ale już sam wizerunek niektórych przedstawicieli ptasiego bractwa podpowiada nam możliwość naśladowania efektów milionów lat ewolucji i doboru naturalnego. Jednym słowem - potrzebujesz kolorową kapkę kury lub koguta, udaj się do sklepu.

Powszechnym jest wiadomo, że współczesna oferta kolorowych piór to głównie tzw. kapki indyjskie z ptactwa pochodzącego z hodowli, farbowane na różne kolory. Są tanie a wybór w odpowiednio dobrej jakości pozwala na uzyskanie większości rozmiarów i rodzajów piór do wiązania elementów w/w much. Praktycznie na tym stwierdzeniu temat można by zakończyć jednak ... w swej wędkarskiej przebiegłości niekiedy poszukujemy barwy lub odcienia, które trudno uświadczyć w standardowej ofercie. Trafiają nam też w ręce niezłej jakości pióra w naturalnych, stonowanych kolorach, charakterystycznych dla łownych gatunków europejskich, innego dzikiego ptactwa nie będącego pod ochroną lub z rodzimych, ferm, hodowli czy wiejskich gospodarstw. W takim przypadku pozostaje nam własnoręczne farbowanie na pożądany kolor. 

Najprostszym i skutecznym rozwiązaniem jest użycie farb do tkanin. Cały proces zaczynamy od przekonania domowników do odwiedzenia w tym czasie kina, fryzjera lub galerii handlowej. Oczywiście znacząco podnosi to koszt uzyskania kolorowych piór, ale niezakłócona widokiem zdewastowanej kuchni domowa harmonia pozwoli nam w przyszłości ponownie uprawiać ów proceder. Mówiąc w skrócie - "co oczy nie widzą to sercu nie żal", musimy wiedzieć, że farbowanie pachnie nieładnie a i garnkom, płycie kuchenki oraz okolicznym kafelkom nieco się dostaje. Farbowanie to nic innego jak "gotowanie" w barwniku do tkanin kapek czy piór luzem, zgodnie z instrukcją zamieszczona na opakowaniu, które zwykle trwa około kilkadziesiąt minut. ( na ten czas wybieramy coś z Leonardem Dicaprio, Kevinem Costnerem lub promocję obuwia, której żadna kobieta się nie oprze.) Wybrańcy i szczęśliwcy mogą owe zajęcie bezpośrednio powierzyć naszym paniom, jednak pozbawię was złudzeń co do ewentualnych oszczędności na wyjątkowo tanich, atrakcyjnych, niepowtarzalnych, modnych, wygodnych szpileczkach, których nie posiada nawet  a szczególnie szwagierka, sąsiadka i koleżanka z pracy.

Przed farbowaniem piór, szczególnie ptactwa wodnego należy je odtłuścić w kąpieli z detergentem, np. w płynie do mycia naczyń. Pozwoli to na swobodne i równomierne przenikanie barwnika. Sam proces farbowania wygląda dość makabrycznie sugerując możliwość zniszczenia skóry kapki i samych piór ale po zakończeniu i wysuszeniu wszystko wraca do normy i materiał nie straci nic ze swojej jakości. Czeka Was nieco prób i błędów, ale ostateczny efekt murowany, czyli kolejna para nowych bucików w pękającej w szwach damskiej szafie. A mucha , no cóż będzie kolorowa ...

15.07.2014

Kleniowe menu ... Chrabąszcz kasztanowiec


Chrabąszcz kasztanowiec
Melolontha hippocastani Fabricius, 1801

Osiąga długość blisko 2,5 cm, jest nieco mniejszy od swego krewniaka ch. majowego. Preferuje tereny leśne, bardziej zacienione. Imago wykształca się z poczwarki jesienią (IX) i zimuje w glebie a wiosną udaje się na żer uzupełniający na liściach drzew liściastych (ale także na modrzewiu). Samice wychodzą z gleby później niż samce i po rójce - owady latają po zmierzchu - składa jaja w glebie na głębokości nawet 40cm po czym udaje się na żer regeneracyjny. Cykl ten może powtórzyć się 3 razy. Rozwój embrionalny trwa 4-6 tygodni po czym młode pędraki rozpoczynają żerować "stadnie" na butwiejących szczątkach roślinnych, a po przezimowaniu na korzeniach drzew i krzewów. Na zimę pędraki schodzą nawet na 1m wgłąb gleby. Generacja 4 - 5-cioletnia ( u kasztanowca 5-cio). Owad przepoczwarcza sie w VII i VIII. 

Chrabąszcz majowy

14.07.2014

Lipcowy poranek


Czeskie Moravy. Noc lipcowa, jedna z tych najkrótszych w roku. Duszna, lepka, daleka od nocy dającej wytchnienie, paliła sen wczorajszą niespełnioną burzą. Przewracała swoim rozedrganiem z boku na bok. Pełna niepokoju. Nim jeszcze oddała świat dniu we władanie rozsypała ciężkie, grube krople po parapecie, chodniku jakby zabębniła na ulgę. Po chwili nastał spokój i tylko pasemka mgły, snujące się leniwie, pozostały wspomnieniem deszczu. Sen już nie nadchodził.



Pierwsze płomienie słońca rozświetliły wschód, chmurny, gęsty od wilgoci. Zapach świeżo parzonej kawy. Resztki nocy zniknęły, gdy zabrałem muchówkę. Coś takiego dziwnego było w powietrzu, coś nieokreślonego, prawie metafizycznego. Po chwili schodziłem ścieżką do coraz bardziej szumiącej rzeki. Było duszno, parno. Usiadłem na korzeniu drzewa, przyniesionym przez majową wielką wodę. Tu, poniżej potężnego jazu krystaliczna rzeka zostawiała wszelkie ślady swojej potęgi, szeroko rozlewała się łagodnymi zakolami, falując w łupkowych żłobieniach szmaragdowym odcieniem. Zmontowałem muchówkę. Czekałem. Szum mojej rzeki zawsze przynosił ukojenie.


Myślę, że jest to miłość odwzajemniona. W oddali zostawiłem codzienność, tu mogłem o niej zapomnieć. Nawet niepotrzebny papieros smakował inaczej. Dostrzegłem uwijający się na płyciznach narybek, beztroski, swawolny, ale i czujny. Nad głową ciężkie nabrzmiałe chmury rwały swe podbrzusza o wierzchołki zalesionych wzgórz. Było w tym coś złowrogiego, ale i fascynującego zarazem - nawet nie umiem tego opisać - bo jakie słowa oddadzą wyobraźnię natury? Można je przenieść na papier w metaforach, można starać się odwzorować je pędzlem, ale zawsze będzie to tylko kopia na własny użytek, to po prostu trzeba chcieć zobaczyć, nasycić się tym po kłębki nerwów, poczuć każdym zmysłem. Trzeba umieć kochać, aby choć odrobinę zrozumieć siebie i otoczenie.


Z pudełka wyjąłem nimfy. Powoli długimi rzutami obławiałem obrzeża wlotów płani. Nagle w ciszy rozległ się pierwszy ciężki łomot, poniósł się echem jak zew na łowy. Już dostrzegałem lusterka młodzieży nad ciemnym dnem, już wiem, że ruszyły całą watahą jak wilki. Teraz tylko pozostało je przechytrzyć. Złote, muskularne i potężne. W polaroidach widziałem, jak pełne majestatu i spokoju unoszą się nad dnem, rozpalają wyobraźnię, czujne i nieufne na leniwie płynącej wodzie. Już nieraz przekonałem się, że wystarczy tylko jeden nieudany rzut, aby ryby przerwały żerowanie Zalegają wtedy na dnie i żadna siła nie zmusi ich, by uganiały się za pokarmem. Trzeba odczekać. Czasem bez ruchu, bez rzutu. Teraz też czekałem. Kolejny łomot prawie mnie przestraszył, ale już wiedziałem, że moje szanse rosną. Przepuściłem zestaw granicą płycizny i głębokiej wody. Pierwsze branie było mocne. Zacięcie i ostry, nieznoszący sprzeciwu odjazd pod prąd wywołał uśmiech. Tak! Lubię, nawet uwielbiam ten pierwszy atak, tę niepewność.


Doświadczenie jednak robi swoje. Po chwili uwalniam 60-tkę i czekam, aż odsapnie i sama odpłynie. Kolejne branie zaskoczyło mnie, raczej trudno tak szybko sprowokować kolejną brzanę ze stada, ale teraz skupienie, hol na granicy wytrzymałości sprzętu i kolejna 60-tka ląduje w podbieraku. Przewiązuję przypon, muchy i prowokuję szczęście kolejny raz, atak kolejnej brzany zmusza mnie do zejścia w głębszą wodę, by nie pozwolić rybie przetrzeć przyponu o ostre krawędzie granitowych głazów. Jest większa, idzie głęboko, czuję jak przewraca żwir pyskiem próbując się pozbyć muchy. Nie daje rady, ląduje w podbieraku ma ponad 70cm! Chciałbym w takich chwilach przytulić świat, pocałować naszą planetę w same czoło. Cudowne uczucie spełnienia! Kuszę los kolejne branie przeczy logice i praktyce, ale jest pewne, silne, zatracam poczucie czasu łowię, holuję cieszę się jak dzieciak. Zaczyna mi świtać w głowie, że trafiłem coś wyjątkowego, coś, co zdarza się tylko w bajkach!


Kolejne brania przynoszą brzany w przedziale 40-55cm. Postanawiam zmienić miejsce. Schodzę niżej do szybkiego przelewu pośród głazów, tam zawsze miałem brania mimo słabego żerowania ryb. Wchodzę głęboko, na granicę nurtu. Brania nie ustają, łowię kolejne brzany, zaczynam kombinować, wykorzystuję sytuację do weryfikacji moich przynęt. Ryby żerują jak w amoku, próbuję zrozumieć chwilę. Takiego zachowania brzan jeszcze nie spotkałem.
Robi się ciemniej mimo nieprzyzwoicie wczesnej pory. Chmury jakby chciały przygnieść wzgórza, kłębią się, wznoszą by po chwili opaść swą szarością pośród coraz bardziej zamazanych drzew.

Brzany żerują, widzę co chwile błyskające złotem dno, majaczą grafitowe cienie wolno przesuwające się w szybkim nurcie. Kolejny raz przewiązuję węzły,  przypon i muchy. Przy nastej brzanie zaczynam czuć ból w łokciu. Forsowne hole w szybkim nurcie robią swoje. Sycę się zrządzeniem losu. Radość. Głębia doznań. Szczęście.

Łowione brzany są średniakami. Postanawiam wrócić do pierwszego miejsca połowu. Pierwsze przepuszczenie zestawu przynosi rybę około 60 cm., Gdy wypuszczam brzanę dostrzegam długi, bardzo długi cień. Zjawa?! Przywiązuję imitację, która przyniosła mi najwięcej brań. Dwa przepuszczenia nie przynoszą upragnionego ataku. Przykładam się, udaje mi się poprowadzić muchę granicą nurtu i znów nic! Teraz to już jest dziwne!


Zmieniam imitację o oczko wyższy rozmiar, nimfa muska żwir, czuję jak przeskakuje po otoczakach i… nic! Przeczesuję główny nurt, choć zdaje sobie sprawę, że w takich miejscach brzany atakują rzadziej, nie są tak szybkie jak pstrągi. Zaczynam prowadzić nimfę na dłuższym sznurze, aż do wypłacenia, ale starania moje nie przynoszą efektu. Przewiązuję cały przypon, układam go z żyłek w inny sposób, wydłużam. Brzany wciąż żerują. Wiem, że gdzieś tu jest mój sen, widziałem ducha tej rzeki. Kolejny raz przepuszczenia zestaw, ale napięcie mięśni i natłok myśli nie pomagają w polowaniu. Schodzę parę kroków, na wypłacenie nurtu. Zaczynam łowić we wstecznych prądach.


Zaczep wyrywa mnie z rozmyślań… jaki zaczep?! Ryba bez mojego zacięcia płynie pod prąd. Próbuję ją zatrzymać, ale jej siła nie znosi sprzeciwu. Majestat, spokój i pewność siebie tej brzany budzą mój szacunek i obawę. Ryba trzyma się głównego nurtu i dna. W takiej chwili moja muchowa 8-ka wydaje się witką wierzbową. Pozwalam brzanie na niewiele, wiem, że jeżeli ryba ma w dobrej kondycji wrócić do swojego świata, walka nie może trwać zbyt długo. Zmuszam ją do spłynięcia z prądem. Nie podoba się jej to, wściekle atakuje widzę jak trze pyskiem o otoczaki. Podnoszę rybę znad dna, aż muchówka trzeszczy. Brzana przewala się pod powierzchnią i zaczyna uciekać z nurtem. Teraz i ja muszę przyśpieszyć, bo nastroszone głazy nie pozwalają mi na wiele. Znów zalega na dnie, odpoczywa. Staram się kolejny raz wyciągnąć ją pod powierzchnię. Przychodzi mi to z trudem. Ryba zaczyna młynkować, chlapać, nie pozwalam jej nurkować. Wierzę w sprzęt, doświadczenie i „zimną krew”. Jeśli do teraz nie zerwała się, nie przetarła żyłki moje szanse rosną. Wchodzę w nurt, na ile pozwalają spodniobuty, teraz walka na „krótkim dyszlu” - wóz albo przewóz. Pierwsze próba podebrania nie udaje się, brzana odchodzi, nawracam ją, ryba wchodzi głową do podbieraka. Podnoszę nad wodę, przytulam do siebie Cały jestem mokry, nie zauważyłem nawet, kiedy zaczął padać deszcz. Wychodzę na płyciznę. Brzana się uspokaja, ciężko dyszy na płytkiej wodzie. Mierzę, dwa razy wychodzi mi 96 cm !!!





Deszcz pada, szarobure niebo jakby chciało zasłonić cały świat. Ukryć tajemnicę i ducha tej rzeki. Patrzymy na siebie, ja z dumą i radością ryba z obawą. Głaszczę ją po grzbiecie. Powoli odprowadzam na głęboką wodę, trzymam za trudny do objęcia dłonią trzon ogona. Ustawiam jej pysk pod prąd. Brzana się ożywia, ale zostaje ufna przy mnie. Chwilo trwaj! Wiem, ze jeszcze chwilę i wyrwie mi się i odpłynie i oboje wrócimy do swoich światów. Na razie ciężkimi kroplami deszczu liczymy sekundy. Brzana odpływa powoli, przystaje nad dnem lekko faluje ogonem w nurcie rzeki. Odpoczywa, dochodzi do siebie. Czekam, aż odpłynie. Po chwili znika jak duch w czeluściach szmaragdowej wody. Już nie sposób łowić. Ręka boli, dostrzegam poluzowana przelotkę mojej muchówki. Imitację chowam do portfela… ta już nigdy żadnej ryby nie złowi.

Będzie pamięcią, częścią tajemnicy i piękna życia. Wracam. Pełny wiary i nadziei, że kiedyś jeszcze spotkam królową mojej rzeki. Deszcz padał dalej.

Pozdrawiam
Kazimierz Żertka


13.07.2014

Woziwoda nad Brdą


Obrazując piękno rzeki Brdy oraz Borów Tucholskich słowa są zbędne. Niech przemówią obrazy reportażu Jurka Chmielewskiego ...


















12.07.2014

Spotkanie z Bartkiem



Spotkanie z Bartkiem




Bory Tucholskie przywitały nas przepiękną słoneczną pogodą, feerią wiosennej zieleni, Wda klarowną wodą pachnącą lipieniami, a Bartek jak zwykle serdecznie z szerokim uśmiechem. Mój zięć Piotr w ciągu dziesięciu minut w pełnym muchowym rynsztunku z majową jęteczką na końcu przyponu, specjalnie ukręconą na tę okazję niecierpliwie przestępował z nogi na nogę tęsknie patrzył w kierunku rzeki, tym bardziej że Bartek obiecał pokazać nam swoje „bankowe” miejscówki, ale najpierw zaproponował dobrą kawę. Jak się później okazało tego dnia w menu lipieni i kleni były tylko chruściki i drobna owadzia sieczka (pstrągi gdzieś się ochowały) Bartek mieszka w przepięknym uroczysku, które jest oazą ciszy i spokoju z dala od miejskiego zgiełku i hałasu, a rytm życia wyznaczają normy związane z nieskazitelną przyrodą Borów. Nad tym wspaniałym miejscem zapewnie czuwa też duch ś.p. Mundzia Antropika, który swoje serdeczności, umiłowanie Wdy i wędkarstwa muchowego przelał na Bartka aby kontynuował jego dzieło. Bartku w Borach Tucholskich nad Wdą mieszkają wspaniali ludzie, Ty również do nich należysz. Dziękujemy za spotkanie, a żonie Iwonie za smakowite kanapki.

Zimne Zdroje ( 01.06.2014 ) Tekst i zdjęcia Jerzy Chmielewski