30.10.2014

PTN


Ruszyła tegoroczna edycja "Weekend z imadłem" na Fly Fishing Forum. Pierwszym wzorem zaproponowanym Kolegom, przez pomysłodawcę i organizatora - Kol. Adama Gierczaka, jest słynna Pheasant Tail Nymh. Wzór, którego genezę i historię miałem okazję już przybliżyć.  Duchy Avon River

Prezentowaną nimfę starałem się wykonać możliwie zbliżoną do pierwowzoru, choć nie wiem czy tak się stało. Jednak do etapu wiązania główki z nici wiodącej, dobrnąłem przy użyciu jedynie miedzianego drutu i promieni ogonowych bażanta. Okazuje się, że wykonanie muchy wyłącznie za pomocą drutu nie jest takie proste. Dość trudno zacisnąć zwoje na trzonku haczyka by całość się nie obracała i można było wrócić z kolejnym nawojem i przytrzymać promienie piór. Tak czy inaczej podczas wiązania PTN chyba należy się pozbyć nawyku staranności, bo mucha powinna wyglądać nieco niedbale, nonszalancko z zachowaniem jednak proporcji. Można się oczywiście spierać o długość tułowia czy ogonka, ale jest tyle szkół oceny proporcji, że pozostawię to ich adeptom. 




W dobie ołowiu i złotych główek Pheasant Tail Nymh zdaje się być muchą nieco zapomnianą. Przynajmniej w oryginalnym wykonaniu, bo niezliczone warianty nadal zajmują godne miejsce w muchowych pudełkach wędkarzy z całego świata. Tym bardziej wypada się cieszyć, że właśnie ta nimfa otwiera wspólną zabawę krętaczy na portalu FFF, dając okazję do przypomnienia nie tylko jej klasycznego wizerunku, ale też postaci autora i historii nimfy.

29.10.2014

Konkurs PPW - "Wyprawa na łososiowate"





Kolejny konkurs portalu -  Pomorski Przewodnik Wędkarski, tym razem dotyczy opisu wyprawy na ryby łososiowate z rzek górskich.










Regulamin:

- każdy uczestnik może opisać jedną wyprawę
- wyprawa dotyczy tylko ryb łososiowatych z rzek górskich
- metody połowu spinning, mucha
- artykuł musi zawierać przynajmniej jedno zdjęcie
- artykuły zamieszczamy Konkurs PPW
- administracja na bieżąco będzie publikowała artykuły na stronę główną portalu
- konkurs trwa do dnia 01.12.2014
- w konkursie mogą wziąć udział wszyscy zarejestrowani użytkownicy na portalu Pomorski Przewodnik Wędkarski
- w konkursie może brać udział również administracja PPW
- zwycięzca zostanie wyłoniony  głosowaniem
- artykuły konkursowe zasilą bazę „opowieści” na portalu PPW
- uczestnicy konkursu akceptują powyższy regulamin



 

Nagrodą w konkursie są dwie linki Ego Sink Tip w dowolnej klasie oraz podbierak Ego Trout Standard. Wszystko to ufundowane prze firmę EGO.




28.10.2014

Nimfa czy dzieło sztuki ...?


Nimfa czy dzieło sztuki ...?.  Z pewnością  dzieło rąk, które posiadły sztukę wiązania widelnic. W ostatnich dniach trafiła w moje ręce kolejna porcja nimf autorstwa Kazimierza Żertki. To typowe muchy użytkowe z myślą o połowach srebrniaków troci i pstrągów tęczowych, również tych morskich. Zaprojektowane i wykonane pod konkretną rzekę, w tym wypadku Redę. Zarówno co do wielkości i dociążenia z uwzględnieniem uciągu wody,  ale też kolorystycznie. To muchy na zimę i wczesną wiosnę w prowokujących kolorach, które przyniosły autorowi  wędkarski sukces na innych rzekach naszego kraju.

Jak większość z Was zapewne wie, nie ma muchy uniwersalnej. Bywają wzory łowne w danym okresie lub na konkretnej wodzie. Jest jednak inna cecha, która również nie mieści się w kryterium - uniwersalna a mam na myśli wagę nimfy. Szczególnie tak dużych jak prezentowane widelnice. Ich skuteczność w ogromnej mierze wynika z pracy w wodzie a to już efekt właściwej wagi odpowiedniej do głębokości i uciągu wody. Napisałem odpowiedniej, bo trudno w tym miejscu podać gotową receptę wyrażoną w gramach. Warto zatem w muchowym pudełku mieć choć podstawowy przegląd widelnic o różnej gramaturze i na drodze prób dobierać tą odpowiednią. Piszę to dziękując Kazikowi za cenny dar, szczególnie że wzbogaca moją paletę możliwości nie tylko kolorystyką ale też wielkością i wagą tych pięknych nimf. Doceniam też wkład pracy w wykonanie każdego egzemplarza ... i zastanawiam się nad moją miną, jak jedna z nich zostanie na podwodnej zawadzie.











27.10.2014

Listopadowe ryby na mokrą



Listopadowe ryby na mokrą ... tekst i zdjęcia Kazimierz Żertka

Jesień. Zimna, bezlistna, zasnuta mgłami i podszyta przenikającym chłodem listopada. Cisza i tylko spadające krople pośród martwych liści, jak łzy. W cieniu siwiuteńki mróz. Każdy pomyśli o kominku, ciepłych kapciach i szklaneczce whisky... ale ja idę na ryby. Brzmi to bardzo dziwnie. Czy warto?


Połowy nie są łatwe, dzień krótki, pełny kaprysów pogody, ale zapewniam że na pewno warto, bo "tu i teraz" nagle wszystkie codzienne sprawy, obowiązki, wszystkie "muszę" i "powinienem" przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Jednak już nie wychodzę na wielkie wody. Szukam zacisznych, kameralnych rzeczek, zwłaszcza spośród tych niedostępnych latem. Miejsc gdzie rozbujała roślinność obumiera i otwiera bramy sezamu. Gdzieś obok nas płynie jakiś tam strumyk, potok, kanał, gdzie prawie zawsze są nasze ryby. Najczęściej klenie, jelce, płocie i okonie. Tym rybom nie przeszkadza chłód i o ile trafimy na słoneczny dzień - brania mamy gwarantowane. Nie są to wyprawy po rekordy, choć niejednokrotnie udało mi się złowić piękne klenie.

Jak się przygotować? 
Możemy się wyspać. W słoneczny dzień będziemy mieć możliwość połowu na upatrzonego. W bardzo przejrzystej jesiennej wodzie obiekt naszego połowu będziemy mieć na tacy. Przydadzą się wodery, często rzuty wykonywać będziemy z przyklęku. Najczęściej będziemy mieć tylko jedną próbę, zwłaszcza polując na klenie, bo okonie i płocie - przynajmniej w moich łowiskach - są bardziej tolerancyjne.

Muchówka i sznur? 
Coś wygodnego, sprawdzonego w klasie 4-5 AFTMA. Z grubością przyponu jest dokładnie tak, jak z dylematem wyższości jajka nad kurą. Osobiście, nauczony doświadczeniem nie schodzę poniżej 0.14. Pamiętajmy, że kleń w pierwszym proteście potrafi zerwać 0.14, zwłaszcza, gdy ma nurt za sprzymierzeńca. 



Przynęty?
U mnie najlepiej sprawdziły się klasyczne mokre March Brown na 8-kach. Tak na marginesie. Coś jest w tych muszkach, coś takiego prawie metafizycznego, bo owady stanowiące pierwowzór March Browna to jętki z rodzaju Rhithrogena, dokładnie R. germanica. W Polsce badania nad R. germanica prowadził prof. Ryszard Sowa, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, jeden z największych polskich entomologów. Jego liczne prace do dziś służą naukowcom w całej Europie. Na początku lat 70 prof. Sowa wskazywał stanowiska R. germanica na Dunajcu, Rabie, Krzczonówce, Sole, Skawie, Koszarawie, Brennicy, oraz w rzekach Bieszczadów. Niestety już wtedy występowanie jętek ograniczało się do kilku sztuk na stanowisku. W Europie R. germanica można jeszcze spotkać w niektórych rzekach pogórza alpejskiego. Niestety przyjmuje się, że R. germanica nie występuje już praktycznie w Polsce. Często jest ona mylona z Ecdyonurus torrentis, jętką z pokrewnego rodzaju Ecdyonurus... i bardzo dobrze, że ryby tego nie wiedzą, bo to broń podstawowa i bardzo skuteczna. Jako uzupełnienie polecam oliwkowo-brązowe imitacje larw jętek oraz larw ochotek, czasem przyda się skromna pijawka. Ot i wszystko.





Jak wygląda połów?
Ostatnie dni października. Chłodny, rześki poranek, z zanikająca mgłą w promieniach słońca. Unikam cienia staram się łapać promienie ciepła. Rzeczka płynie spokojnie, leniwie od zakola do zakola. W przejrzystej wodzie dostrzegam małe klenie, kiełbiki i wojownicze okonie. Ciemniejsza toń w zakolach skrywa tutejsze skarby. Klenie przez duże K. Ryby są praktycznie niedostępne od wiosny do późnej jesieni, bo żyzne brzegi niemiłosiernie porastają wszelakim zielskiem, zaś próby brodzenia są praktycznie niemożliwe. Staram się wypatrzeć któregoś w polaroidach. Nie rzucam. Czekam. Staram się podchodzić do miejscówek bezszelestnie. Wreszcie dostrzegam ładną rybę, stoi w spokojnej strudze nurtu około 50 cm od urwistego brzegu. Wiążę dwie imitacje. Jako kierunkową March Browna, jako skoczka imitację ochotki. Dlaczego dwie? Próbuję stwierdzić co dzisiaj rybom bardziej podchodzi. Parę wymachów w powietrzu i mucha upada pomiędzy ryba a brzegiem. Kleń nie ma za wiele czasu do namysłu, bo leciutko ściągam muchę. Leniwie kłapie przepastną paszczą. Zacięcie jest zbędne. Naprężam sznur, by nie dopuścić ryby w plątaninę korzeni czarnej olchy. Udaje mi się to. Po chwili 45cm kleń ląduje w podbieraku. Piękny, złoto-srebrny skarb.


Mijam kolejne zakole, w głębinie nad dnem dostrzegam cienie ryb. Pierwszy rzut nie wzbudza u ryb żadnego zainteresowania ani płochliwości. Ponawiam rzut, tym razem prowadzę muchy agresywniej. Jedna z ryb podnosi się i zabiera imitacje ochotki. Zacięcie w tempo. To płoć! Poznaję ją po krwistych płetwach. Ładnie wybarwiona, jak poprzedni kleń powraca do swojego świata. Podoba mi się dzień kiedy człowiekowi się udaje! Nawet słońce uśmiecha się promiennie. Rzutów jest mało, jest to raczej spokojny spacer połączony z polowaniem na wybrane cele. Taka piękniejsza odmiana depresyjnej jesieni. Często jest trudniej. W pochmurne dni, nasze ryby zalegają nad dnem. Czasem trącają nawet muchę, ale najczęściej leniwie odsuwają się bądź nikną w korzeniach, w jamach burt brzegowych. Warto wtedy przeczesać miejscówki "na leniwca", pozwolić nurtowi rzeki zapracować naszą przynętą na branie. Często przynosi to ładną płoć lub klenia. Okonie - odmiennie - zawsze potrzebują ruchu, do brania skłoni je agresywnie prowadzona imitacja.

Jeszcze jedno.
Parę lat temu wspaniałą rzeczkę naprawili melioranci. Smutek płytkiego, zarośniętego kanału szybko rozniósł się echem po okolicy. Powróciłem tam, bardziej chyba z wygody. Połowiłem ... Były klenie, okonie i  ... karaś srebrzysty. Taka jest jesień. Kapryśna, słotna, ponura ale radość życia można odnaleźć nawet w łusce ryby.

25.10.2014

Lipienie lubią wiewiórki


Te kilka chwil nad wodą były wystarczające by przekonać się o skuteczności kiełżyka o ile można tak nazwać muchę, w której dubbing z wiewiórki zastąpił zająca. Udało się skusić kilka lipieni, największy tak pod 40 cm. Właściwie czasu starczyło by przejść jedno zakole rzeki dwukrotnie. To skutek praktycznie pustego pierwszego przejścia, gdy tylko jeden mały lipień odpowiedział na propozycję. W kolejnej godzinie ryby stały się bardziej aktywne i praktycznie co kilka minut z impetem pobierały wiewiórkowy patent w miejscu, które wydawało się do tej pory puste. Spore i waleczne lipienie dały satysfakcję z wyboru muchy, ale też ostro zapierając się w grubej wodzie raczyły wędkarskim przeżyciem.










24.10.2014

Paskudna wiewiórka


Poszukiwania alternatywnego dubbingu dla zająca do wiązania "paskudnika" skłoniły mnie do sięgnięcia po sierść wiewiórki. Materiał równie atrakcyjny co do pracy w wodzie i wizerunku kiełżyka, choć trudniejszy podczas wiązania muchy. Szczególnie skręcany na pojedynczej nici może sprawić nieco kłopotu mniej wprawnym paluchom. Sierść wiewiórki jest śliska i niechętnie przywiera podczas skręcania. Zdecydowanie łatwiej jest umieścić ją w pętli lub pomóc sobie odrobiną szelaku rozprowadzonego na nici wiodącej. Ważne by z jego pomocą nie namotać zwartej kluchy a później drapać się po głowie jak uzyskać kosmatość imitującą pracę odnóży.

Jak niewdzięcznym materiałem na etapie wiązania muchy jest sierść wiewiórki, przekonali się autorzy much łososiowych. Dość powszechnie używane pasma tej sierści stanowią podporę skrzydełka głównego np. z lisa. Jednak przymocowanie wiewiórki do trzonka haczyka wymaga niekiedy użycia wyjątkowo mocnej nici Grall, tak by zaledwie kilkoma nawojami pewnie przytrzymać materiał, nie tworząc w miejscu wiązania grubej warstwy z licznych nawojów słabszej nici wiodącej. Wszystkie te zabiegi rekompensuje jednak kompromis między sztywnością jako funkcją podpory a znakomitą pracą w wodzie.



Fox Squirrel

Poniżej poprzednio użyty dubbing z maski zająca. Niech was nie zwiedzie kolor Light, bo po namoczeniu ciemnieje do pożądanego efektu. Dubbingi można kupić zarówno w sklepie Pana Gawlika jak z oferty sklepu Taimen, pod symbolami producenta odpowiednio:  NB 220 wiewiórka w kolorze na pograniczu brązu i ciemnej oliwki oraz NB 223, maska zająca w kolorze pisakowym.

A teraz idę się przekonać co o tym myślą lipienie. Piękne popołudnie zatem jedna z ostatnich okazji by w rozsądnej temperaturze oraz promieniach przygrzewającego słońca oddać się wędkowaniu i próbom nowej muchy z wiewiórki ...


23.10.2014

Konkurs foto ... "Pstrąg 2014" ... nagrodzone zdjęcie


Na zdjęciu Sebastian Podgórski

W tegorocznym konkursie fotograficznym "Pstrąg 2014" nagrodzonym zdjęciem jest fotografia z wizerunkiem Kol. Sebastiana Podgórskiego z jego pięknym pstrągiem ... gratuluję nie tylko okazałej ryby ale też sposobu jej prezentacji. Nagroda jest skromna na miarę moich możliwości, choć wartościowa wędkarsko. Nie ona jest jednak najważniejsza, ale zatrzymana w kadrze chwila muchowego sukcesu, na który z pewnością zapracowała wiedza i starania autora by spotkanie z tak pięknym pstrągiem było możliwe.

Na adres Kol. Sebastiana przesyłam zestaw woblerów TAPS, widoczny na zdjęciu poniżej.


21.10.2014

Wędrówki z paskudnikiem


Tegorocznej jesieni udało mi się opracować i wdrożyć dwie skuteczne muchy na lipienie. Jednak ta druga "paskudnik" szczególnie przypadła nam do gustu. Mam na myśli swoją osobę i ryby. Dzisiejsze wędkowanie znów potwierdziło jego skuteczność. Lipienie pobierały wyłącznie kiełżyka, ignorując wszystko co wiązałem na prowadzącej. Nie odwiedzić rzeki w październikowy dzień to grzech zaniechania, gdy za oknem resztki ciepła i słońca. Zmienia się jednak charakter pogody i na przemian resztki lata zamieniają się miejscem ze słotą jesieni. Robi się ponuro choć tak odbierać otoczenie rzeki mogą spacerowicze a nie wędkarze. Dla nas zawsze jest pięknie, nawet gdy kolory tracą swoją wyrazistość a za kołnierz kapie deszcz.  


Wracając do paskudnika, to sekret o ile można tak powiedzieć leży w dubbingu. Poniżej wizerunek muchy na sucho, by nieco przybliżyć prostotę konstrukcji. Dubbing to zając, czyli materiał o sztywnych i twardych włoskach, który kładziemy oszczędnie. Również nie wysklepiamy tak mocno grzbietu jak w typowych kiełżach. Wystarczy położyć na grzbiecie haczyka dwa pasemka ołowiu 0,4 mm, jeden nad drugim wzdłuż trzonka. Ta niewielka średnica ołowiu czyni kiełża płaskim jak należy a dość luźno nawinięty dubbing wymaga jedynie wyciągnięcia nieco włosków za pomocą igły. Grzbiet to Body Glass Half Round Mikro, całość przewijamy żyłką i gotowe.





To była kiedyś świetna miejscówka. Jeszcze niedawno żyły tam kapitalne lipienie ale teraz rzeka zmieniła nieco swój charakter na tym odcinku. Głęboka rynienka została wyrównana przez nurt a okoliczne brzegi zamieszkuje wydra. Z tego miejsca pochodzi ten lipień 



19.10.2014

Kiełż Paskudnik


Uwielbiam mieć bajzel na stole krętacza. Może to mało wychowawcze ale z pewnością twórcze. Często przyglądając się rozrzuconym materiałom rodzi się pomysł na muchę. Tak powstał wczoraj owy kiełż "Paskudnik". Generalnie nie lubię wiązać kiełży, pracochłonne cholery. Ten jednak mota się prosto i szybko a jego wizerunek jeszcze w imadełku rokował skuteczność. Rankiem na szybko przejrzałem Fly Fishing Forum ... nic nowego, te same argumenty, może jedynie w zmienionym szyku zdania - nuda. Zawodnicy wciąż swoje jak to mogą łamać przepisy bo sprzątają rzeki. Gdzieś pojawia się głos stałego klakiera ociekający wazeliną. Składki związkowe na sport idą w górę, czyli standard - Polacy nic się nie stało. Mogłem to zdjęcie zamieścić w Galerii much, lecz po co? Tam mucha zostanie sponiewierana przez łowiących w internecie lub zawodników uznających się za jedynych praktyków. Co można robić wobec zmęczenia materiału ... iść na ryby z Paskudnikiem. 

Praktycznie scenariusz dzisiejszego wędkowania był prosty. Jeden, drugi, trzeci, czwarty lipień. Potem dwa kolejne spadły ... i siódmy ale to już zaczep. Paskudnik został gdzieś na podwodnej zawadzie i jakoś nie przyszło mi do głowy nakręcić ich więcej. Resztą zawartości pudełka ryby nie były zainteresowane. Wracam ja sobie do domu i zaglądam na FFF - cisza. Może zamieszczona tam wizja stała się powodem szoku odbierającego mowę:

Co stanie się jutro, gdyby dziś ogłosić, że PZW wykreśla za statutu: (proszę pominąć formalne możliwości ubrane w podane normy czasowe) następujące zapisy:

ROZDZIAŁ II 
Cele i środki działania Związku 
10) upowszechnianie sportu wędkarskiego, organizowanie zawodów wędkarskich w kraju oraz uczestnictwo w takich zawodach za granicą; 
11) organizowanie rekreacyjnych imprez wędkarskich; 
12) organizowanie współzawodnictwa sportowego opartego o zasady obowiązujące w polskich związkach sportowych; 
13) wyłanianie kadry narodowej w dyscyplinach kwalifikowanego sportu wędkarskiego.

To jest scenariusz najlepszego filmu katastroficznego. Część działaczy bezradnie opuszcza ręce lub struktury PZW. Inni próbują przetrwać na posadkach, jednak przytłoczeni ogromem nowych zadań i górą pieniędzy popadają w stany nerwicowe. Urywają się telefony z hurtowni wędkarskich z pytaniem dlaczego wstrzymano zakupy badziewia na nagrody. Z każdym rokiem kurczy się lista nominowanych do odznaczeń związkowych i państwowych, bo czym je uzasadnić, przecież nie ma już osiągnięć organizacyjno – sportowych. Jak teraz rozpisać diety, delegacje itp. koszty. Może weźmy się za zarybiania ... dumają działacze i trzeba przeprosić ichtiologa, on coś kiedyś nieśmiało wspominał o monitorowaniu efektów zarybień. Cholera trzeba się zająć tą pieprzoną ochroną wód, tylko jak?. Może SSR, tak chyba coś takiego jest przy PZW?  Nie no coś trzeba robić, może poszukać te wszystkie wnioski, pomysły i postulaty wędkarzy, które składali do zarządów. Pani Zosiu, gdzie te pisma z Kół i od Kolegów ? A co mi Pan tu teraz– przecież od razu szły do kosza. To może jakieś sympozjum – Jezu ale o czym? Wiem - może pomnik. Tak to dobry pomysł ... pamięci zasłużonych dla PZW, najlepiej taki ze 100 metrów wysokości … a co, teraz stać nas na to.




18.10.2014

Widelnice Kazimierza Żertki


Dopiero pod koniec zimowego sezonu połowu troci br., trafiły w moje ręce widelnice, które podarował mi Kazik. Wiązane z myślą o srebrniakach i tęczakach, wykonane w bardziej prowokujących kolorach ugrzęzły w moim pudełku muchowym. Może po części za sprawą wierności spinningu a dokładniej z braku sprzętu muchowego odpowiedniego do prezentacji tak dużych przynęt. Ostatecznie pojąłem jedyną próbę na wędce w klasie 5. Nie było to komfortowe wędkowania ale zakończyło się podjęciem sporego pstrąga potokowego. Będąc jednak pod urokiem tych przynęt oraz ich możliwości, na nadchodzący sezon zaopatrzyłem się w zestaw większego kalibru. To fascynujące muchy i jak widać wymagające nie tylko solidnego arsenału materiałów, ale pewnej, wprawnej i doświadczonej ręki krętacza a co najważniejsze praktyka, któremu widelnice przyniosły niejeden sukces wędkarski, pisany przez duże "S".

Tym bardziej jest mi przyjemnie zakomunikować, że Kazimierz Żertka dał się namówić by jego widelnice stały się przynętami bardziej powszechnymi a to za sprawą współpracy z Firmą EGO. Powstała oferta autorska, much wykonanych według najlepszych wzorów autora z zachowaniem wyjątkowej staranności i z myślą o różnych łowiskach i gatunkach rzecznych drapieżników. Na stronie Firmy EGO, można już zapoznać się z poszczególnymi wzorami, których próbka widoczna jest poniżej. Wkrótce trafią do oferty handlowej zgodnie ze sposobem dystrybucji właściciela marki EGO, w oparciu o najlepsze sklepy i salony wędkarskie Polski. Choć tą propozycję trudno nazwać serią limitowaną, to wkład pracy i możliwości czasowe autora siłą rzeczy czynić będą widelnice Kazimierza Żertki, przynętami unikatowymi. Na podobnej zasadzie od lat zdobywają uznanie odbiorców z Kanady oraz Stanów Zjednoczonych.




Tytułem wprowadzenia opowiadanie Kazika, tak na rozgrzanie wędkarskich emocji:

Muchówka już złożona. Przewleczony sznur i na przyponie marcówka i larwa widelnicy. Rzut w najgłębsze miejsca. Tylko tak zawsze wyłuskiwałem wczesną wiosną głęboko skrywane skarby rzeki. Podniesiona woda zazdrośnie strzeże swych tajemnic. Przecież w innych porach roku baraszkują tu grube klenie, brzany, a przejrzysta woda rozbłyskuje się lusterkami świnek. Tylko głazów strzegą pstrągi - indywidualiści, których tak naprawdę rusza dopiero rójka widelnicy i chruścika oraz tarło strzebli. 

Teraz woda jest lodowata. Otępiałym, sennym rybom nie w głowie uganianie się za pokarmem. Teraz trzeba wzbudzić agresję, złość, wymusić atak. Tymczasem słoneczko rozkosznie zadomowiło się nad horyzontem, grzeje, kokietuje, rozbudza ciepłem i radością skostniałe zmysły i nawet myśli uciekają we wiosnę, w jutro pełne optymizmu, w lepszy dzień. Ładuję ten akumulator. Mówią, że nic tak nie odradza się jak wędkarska nadzieja, że to już, za następnym rzutem, za następnym zakrętem rzeki - nastąpi spełnienie, ucieleśni się rozpalona wyobraźnia. 

Schodzę niżej, mijam głęboką płań. Nie lubię tej leniwej głębi, nieczytelnej, nie chcę podhaczać uśpionych ryb. Kolejny wlot przynosi klenia - wziął na marcówkę. Wypuszczam go. Kolejne bystrze kończy głęboki zakręt pełen wirów. Próbuję z płycizny zatopić nimfę widelnicy siłą nurtu, poniżej plątaniny rozmytych korzeni. Trącenie - wyostrza zmysły. Powtórka. Drugie trącenie zacinam sznurem,  czuję pulsujące drżenie - pstrążek wraca szybko w głębinę. 
Zmieniam zestaw na dociążoną widelnicy, teraz nawet zestaw ciężko wyrwać z nurtu, ale wiem, że teraz idzie głębiej, muskając dno. 

Po entym rzucie zmieniam kolor imitacji na oliwkowo złoty. Kolejny rzut, może dwudziesty przynosi upragniony atak, mocny, stanowczy. Ryba prze ku dnie, czuje się bezpieczna. Sznur prowokuje ją do tego i pomaga, na nic wygięta w pałąk muchówka! Wiem, że nie mogę jej dopuścić do kłębowiska korzeni, trzymamy się na dystans. Wiem, że ryba odpuści, muszę tylko przeczekać, cierpliwie. Nie mogę prowokować jej agresji, nic na siłę! Podejrzewam grubego pstrąga, chociaż walka nasuwa mi skojarzenia z brzaną, przez ten upór trzymania się dna. Odzyskuję jednak pierwsze metry linki, co denerwuje rybę, staje się nerwowa, ruchy są coraz gwałtowniejsze, wie, że traci grunt pod płetwami. Chcę wymusić, aby walczyła także z nurtem, ale ona chytrze wpływa we wsteczne prądy.Czuję jak przypon ociera się o coś - może korzeń? głaz?. 

Wchodzę głębiej do lodowatej wody. Żelazna obręcz ściska piersi. Linka jednak uwalnia się, ryba dla odmiany rzuca się do ucieczki z nurtem. Staram się ją zatrzymać na granicy wytrzymałości sprzętu - a ryba nadal robi co chce! 
W dodatku w moich oczach rośnie z każdą zagęszczoną sekundą, przecież to już potwór! Legenda, o której opowiada się całe życie!... Siła nurtu jest jednak ogromna, wracam powoli na brzeg, wlecząc rybę za sobą i tylko sznur trzyma przestrzeń żywiołu między nami. Jestem pewien wygranej! Prawie, bo nagłe zwiotczenie muchówki, przywraca mnie do rzeczywistości. Machinalnie zwijam sznur, jeszcze nie dowierzając, że to koniec. Jęk serca. Wraca świadomość. To przypon nie wytrzymał.





By nieco przybliżyć znaczenie i możliwości tych much przytoczę oryginalny artykuł Kazimierza Żertki z 2005 roku, w którym autor pisze ...

Widelnice są bardzo wrażliwe na zanieczyszczenia. Granicą przeżycia jest dla nich woda klasy 2. Dla muszkarzy widelnica to na ogół “duży czarny owad” albo “duża pełzająca nimfa”. W rzeczywistości nimfy widelnic osiągają od 4-5 do ponad 30 mm.

Najbardziej charakterystyczne cechy widelnicy to trzy pary nóg, dwie pary niewykształconych skrzydeł, jedna para długich czułków i ogonek kończący się dwoma wąsami. Grzbiet z zalążkami skrzydeł jest najczęściej ciemnobrązowy z wyraźnym segmentowaniem tułowia. Brzuch nimfy jest jasnobrązowy, czasem brązowożółty. Chociaż larwy widelnicy są najczęściej brązowe, to odcień tej barwy zależy od środowiska. W Brennicy są złotobrązowe, w Olzie ciemnobrązowe, prawie czarne. Latająca widelnica wygląda jak przerośnięty chruścik, jest podobnie niezdarna. Skrzydła ma mocno użyłkowane niemal przeźroczyste, jednak podczas odpoczynku wydaje się, że owad jest zupełnie czarny. Pstrągi atakują larwy widelnic bardzo chętnie i, co ciekawe, nawet w takich łowiskach, w których tego owada już od dawna nie ma.

Cały cykl rozwoju widelnicy trwa przeważnie trzy lata. Widelnice żyją jeszcze w całym dorzeczu górnej Odry, ale po polskiej stronie tylko w Brennicy. Obszar ich występowania z każdym rokiem maleje. Zapewne jest to związane nie tylko z czystością wody, ale również z ekspansją tych owadów, które są na zanieczyszczenia bardziej odporne, na przykład chruścików. Przyczynia się do tego również regulacja rzek oraz pobór żwiru z ich koryt. Z tego właśnie powodu widelnice praktycznie zniknęły z górnej Wisły i Soły. Warto jednak co nieco o nich wiedzieć, bo postęp proekologiczny zapewne sprawi, że niebawem powrócą do naszych rzek.  

Na imitacje larw widelnicy łowię już od wczesnej wiosny. W zimnej, krystalicznie czystej wodzie ta stosunkowo duża przynęta dość łatwo przekonuje ospałego pstrąga do brania. Z praktyki wiem, że nawet dobrze dobrany streamer nie zawsze jest równie skuteczny. Są dwa sposoby połowu na imitację widelnicy: wczesnowiosenny (w lutym i marcu) i wiosenny (w kwietniu).W lutym i marcu pstrągi żerują bardzo chimerycznie. Na dodatek mają sporo wysokobiałkowego pokarmu, bo do życia budzą się żaby, które są dla nich bardzo łatwym łupem. Jednak tam, gdzie można stosować tylko sztuczne muchy, imitacje larw widelnicy są bardzo skuteczne. 

W tym czasie pstrągów można się spodziewać w miejscach głębokich, ale spokojnych. Trzeba więc dokładnie obrzucać pasy cichej wody obok nurtu i urwistych brzegów. Każda wczesnowiosenna odwilż wypłukuje larwy z dopływów. Pstrągi świetnie potrafią to wykorzystać. Dlatego sporo uwagi poświęcamy strefie brzegowej. Przynętę musimy sprowadzić do dna, bo tam się tworzą wsteczne prądy. Pstrągi je cenią, bo w bardzo wolno płynącej wodzie tracą mało energii. Zależnie od głębokości rzeki stosujemy sznury tonące, nawet do piątego stopnia. W rzekach szeroko rozlanych i płytkich wystarczy sznur pływający z tonącą końcówką. Sznur trzeba dostosować do łowiska tak, żeby przynętę dało się poprowadzić jak najwolniej, na jak najdłuższym odcinku i jak najbliżej rybiej paszczy. 



Najkorzystniejsze są rzuty w poprzek rzeki. Po wykonaniu rzutu nawet kilkakrotnie nadrzucamy linkę pod prąd. Wówczas zatonie do dna. Dopiero gdy imitacja widelnicy znajdzie się w strefie przydennej, rozpoczynamy prowadzenie, które polega na kontroli spływu. W wodzie spokojnej, prawie stojącej, nadajemy muszce ruch krótkimi szarpnięciami sznura. W wodzie płynącej musimy podciągać sznur bardzo delikatnie, żeby muszka nie spływała zbyt szybko. Trzeba przy tym uwzględnić szybkość nurtu, który też muszkę ściąga. Muchówkę ustawiamy tak, żeby z linką tworzyła linię prostą. Wtedy muszkę łatwiej się prowadzi i dobrze wyczuwa atak ryby. Skuteczniejsze są też zacięcia, bo najpierw zacinamy linką, a dopiero później podnosimy muchówkę. Inaczej łowimy, kiedy nurt jest bardzo szybki. Wtedy rzucamy w dół rzeki i nadrzucamy linkę w kierunku przeciwległego brzegu. Zestaw się topi, a my tylko kontrolujemy jego spływ w kierunku naszego brzegu. Ten sposób podawania muszki niesie wprawdzie ryzyko zaczepów, ale bywa bardzo skuteczny.

Widelnica jest alternatywą dla streamerów i puchowców, czymś odmiennym od opatrzonych przynęt. Może właśnie dlatego bywa tak skuteczna. Od połowy kwietnia łowimy na sposób wiosenny. Woda osiąga temperaturę najbardziej dla pstrągów korzystną. Żerują już aktywnie, najczęściej w szybkim nurcie, za głazami i innymi przeszkodami. Nie chowają się w zakamarkach dna. Prowadzenie powinno teraz być nieco bardziej agresywne, ale musimy jeszcze dać pstrągowi trochę czasu do namysłu. Do ataku prowokują go szybkie i krótkie skoki przynęty. Jednak w głównym nurcie swobodny, ale kontrolowany spływ muszki jest nadal bardziej skuteczny od agresywnego prowadzenia. W tym okresie stosujemy przeważnie sznur pływający z tonącą końcówką. Łowimy metodą długiej nimfy pod prąd, tzn. rzucamy w poprzek nurtu nieco powyżej naszego stanowiska. Najkorzystniej jest, kiedy po rzucie prąd wody nie zabiera sznura ani go nie prostuje. Jeżeli sznur prostuje się powoli, to szybciej i głębiej się zatopi. Żyłka przyponowa powinna być możliwie najcieńsza (uwzględniamy oczywiście wagę i wielkość imitacji). Im przypon cieńszy, tym zestaw stawia mniejszy opór, a imitacja widelnicy zachowuje się bardziej naturalnie. W praktyce jest to grubość 0.14 - 0.16 mm. Jeżeli podczas spływu brań nie ma, to w końcowym momencie prowadzenia należy płynnym ruchem podnieść szczytówkę, żeby poderwać muszkę znad dna. Bardzo często pstrąg wtedy atakuje. Zwykle brania pokazuje tylko końcówka sznura. Dlatego warto stosować jaskrawe łączniki lub inne dozwolone wskaźniki brań. Można np. pęczek syntetycznej nienamakalnej wełny, czerwonej lub żółtej, dowiązać tam, gdzie tonący przypon jest połączony z linką. 

Krótka nimfa z imitacją widelnicy jest bardzo skuteczna w głębokich jamach, jednak pod pewnymi warunkami. Trzeba wejść jak najdalej do wody, ale bardzo ostrożnie, żeby nie spłoszyć ewentualnej zdobyczy. W moim przypadku takie podchodzenie trwa nawet 10 - 15 minut, a obławianie dołu nawet pół godziny. Tym sposobem można złowić parę ładnych pstrągów z jednego dołka. Pamiętajmy jednak, że pstrąg to nie lipień i na głowę wejść sobie nie pozwoli! Trochę inaczej wygląda połów na suchą widelnicę. Oprócz jętki majowej tylko rojąca się widelnica (koniec maja i początek czerwca) potrafi wywabić największe pstrągi z głębokich dołów i spod kamieni. Imitacja widelnicy powinna mieć odwłok beżowy z żółtą końcówką, co naśladuje jaja. Skrzydła mocno użyłkowane, choć przezroczyste, powinny być ułożone wzdłuż tułowia. Muszkarze często mylą widelnicę z żylenicą lub nawet chruścikiem. Bierze się to stąd, że wszystkie te owady mają skrzydełka położone wzdłuż tułowia. Jeżeli nauczymy się je rozróżniać, nie przeoczymy okresu przeobrażania się larwy widelnicy w owada doskonałego, a jest to doskonały czas na wędkowanie. 

Przekonała mnie o tym pewna przygoda nad Ostrawicą w Czechach. Moją uwagę przykuły tam duże głazy oblewane rozbryzgami wody. Łowiłem obok nich już dosyć długo, ale bez powodzenia. Wychodząc na brzeg potrząsnąłem krzakiem wiklin, z którego posypały się owady. W pierwszej chwili myślałem, że to chruściki, ale były dłuższe, bardziej niezdarne, ciemnobrązowe, prawie czarne, i większe od wszystkich sztucznych muszek, jakie miałem w pudełku. Zawiązałem największego chrusta, ale brania nadal nie miałem. Zabrałem więc jednego żywego owada (były to oczywiście widelnice) i w domu zrobiłem sporo sztucznych kopii. Następnego dnia w popołudnie sucha widelnica dokonała wśród pstrągów Ostrawicy prawdziwego pogromu. Muchę kładłem na głazie, skąd zmywała ją woda. Gdy wracałem, największego pstrąga niosłem w ręce, bo w koszyku się nie mieścił.


Kazimierz Żertka, Cieszyn
Tekst opublikowany za zgodą autora.

Publikowany również: Wędkarz Polski, luty 2005