25.12.2014

Trociowe Last Minute


DYNAMIC - 6 CM BPO

Jeśli zakup trociowych przynęt pozostawiłeś na ostatnią chwilę, w odruchu emocji lub za namową Kolegów dołączasz do grupy wędkarzy udających się na wody północy, nie pozostaje wiele czasu na dylematy w wyborze woblerów. Na taką okazję a raczej okoliczności propozycją jest -  KENART DYNAMIC. Doskonałe woblery o agresywnej pracy a co ważne szybko schodzące do przydennej strefy wody. Jak wskazuje nazwa modelu, pracują naprawdę dynamicznie, co nie jest bez znaczenia szczególnie na mniejszych rzekach gdzie stanowiska troci stanowią niewielkie dołki, rynienki i zawady. Tam wobler na niewielkim dystansie musi pracować bez zarzutu z wykorzystaniem wszelkich swoich starannie opracowanych właściwości. Dla łowisk tego typu polecam wielkość 5 lub 6 cm, na większe rzeki 6 lub 7 cm i takie rozmiary powszechnie dostępne są w ofercie Firmy Kenart.  Wspomniane woblery oferowane są w większości sklepów wędkarskich a co ważne oprócz sporego wyboru kolorystki, o której za chwilę są relatywnie tanie, ok 11 zł za sztukę. Modele produkowane przynajmniej od dwóch lat, uzbrojone są już w dobrej jakości kotwiczni, bez potrzeby przezbrajania, dodatkowych kosztów i zabiegów. 

www.kenart.pl

Praktycznie wybór dowolnego koloru z serii Dynamic nie będzie błędem w połowach szczególnie srebrniaków i morskich tęczaków. Tak przynajmniej wskazuje moja praktyka i kolegów chętnie powierzających Kenartom rolę kusicieli troci. Osobiście jednak preferuję tzw. ubarwienia pstrągowe, oferowane w trzech wariantach. Połamania kija ...


DYNAMIC - 6 CM L




DYNAMIC - 6 CM T



DYNAMIC - 6 CM TR


24.12.2014

Przepis na świąteczne grzyby.





Wędrując brzegami rzek, zapewne i Wam zdarza się zejść z wyznaczonego szlaku i zbłądzić w zacisze brzeziny, młodnika czy grabowego lasu. Grzyby, odwieczny dylemat jesiennych miesięcy, gdy przychodzi nam wybierać między wędką a koszykiem. Czasem uda się to połączyć jednak by potrawa, którą zaproponuję była możliwa do wykonania raczej trzeba porzucić wędkarskie zapędy i zebrać sporą ilość grzybów do suszenia. Niekoniecznie borowików a wręcz wskazana jest mieszanka gatunków, tak by susz stanowił  zbiór smaków i kolorów, w tym ciemnych pochodzących od mniej cenionych grzybów jak miodówki i wszelkiego rodzaju podgrzybki. Unikać należy jedynie czerwonych kozaków, bo te choć niewątpliwej urody są równie twarde po wysuszeniu.




Suszone grzyby duszone na maśle to potrawa, która gości na stołach mojej rodziny od wielu pokoleń. Jest pracochłonna a efekt kulinarny nie każdemu przypadnie do gustu, szczególnie w pierwszych smakowych próbach. Jednak my przepadamy za duszonymi grzybami i trudno wyobrazić sobie ich brak na wigilijnym i świątecznym stole. Stanowią wyborną potrawę samą w sobie, jak i dodatek do mięs oraz do postnych dań Wigilii. Są pyszne w połączeniu z pierogami a nawet ze smażonym karpiem. Tajemnica ich smaku to połączenie goryczy suszonych grzybów, dużej ilości cebuli dającej słodkawy podkład i soli w wyważonej ilości.

Bo przyrządzenia najlepiej nadaje się duży ale niski garnek, którego kształt stwarza dużą powierzchnię a niskie ścianki ułatwiają mieszanie, które zajmuje nam kilka godzin nieustannych zabiegów,  ale o tym za chwilę.

1. Solidną porcję suszonych grzybów w przeddzień duszenia, namaczamy w wodzie, czyli zostawiamy na noc. Następnie wodę odlewamy i pozostawiamy grzyby na sice by nieco się odsączyły.

2. W garnku rozpuszczamy kostkę masła, na której szklimy przynajmniej 5 - 6 cebul pokrojonych w talarki. Cebula nie powinna się usmażyć a jedynie zmięknąć zachowując jasny kolor.

3. Na koniec dodajemy odsączone grzyby, dokładnie wszystko mieszamy i pozwalamy nieco przysmażyć się składnikom,  ale z wyczuciem bo to raczej zabieg przenikania tłuszczu do grzybów. Dodajemy odrobinę wody i zaczynamy mieszanie, które przerywać będziemy dodając kolejne porcje wrzątku, by nie dopuścić do przywierania potrawy do dna i ścianek garnka. Nawet na najmniejszym ogniu należy stale kontrolować co dzieje się z potrawą, bo zaniechanie mieszania zaraz skończy się przypaleniem. Jak wspomniałem wszelkie te zabiegi trwać muszą od 3 do 4 godzin, by ostatecznie uzyskać miękkie grzyby w bardzo gęstym i naturalnie ciemnym sosie. Po cebuli nie zostanie nawet ślad, choć początkowo wydawać się będzie głównym składnikiem. Na koniec dodajemy soli według uznania i własnego poczucia smaku, choć grzyby wymagają jej sporo. Proszę też nie profanować potrawy dodając mąkę, śmietanę lub podobne wynalazki oraz wszelkie kuszące przyprawy.

4 Do kuchni targamy telewizor, komputer lub książkę, bo przez najbliższe 3 - 4 godziny nie dane wam będzie opuścić kulinarnego stanowiska. Można ułatwić sobie życie tworząc rodzinną sztafetę, czy kto przechodzi w pobliżu garnka, ten miesza.

Kończąc powinienem życzyć wyjątkowych doznań kulinarnych, ale te są niewątpliwe. Zatem życzę miłego mieszania ...

23.12.2014

Przepis na świątecznego karpia




Co roku narastają kontrowersje wokół karpia. Jedni nie wyobrażają sobie jego braku na świątecznym stole, dla innych sposób obchodzenia się z żywą rybą w handlu jest nie do przyjęcia i świadomie rezygnują z zakupu na znak protestu. Jednak w wielu domach karp pozostaje tradycyjnym, wigilijnym daniem.

Historia tej ryby sięga 3300 lat, bo na tyle datuje się pierwsze wzmianki o hodowli karpia w Chinach. Początkowo jako ryby konsumpcyjnej, później ozdobnej. Nie jasnym jest jak karp trafił do Europy. Jedna z hipotez mówi, że został przywieziony podczas fali wypraw krzyżowych. Według drugiej natomiast, po upadku potęgi tatarskiej łatwiej było dostać się do pograniczy Chin i wtedy właśnie, ok. XIII w., karp zawitał na nasze stoły.

Tradycyjnie w wigilię świąt Bożego Narodzenia, najczęściej karpia podaje się jako rybę smażoną. Niby prosty zabieg kulinarny, ale i tu kryje się mała tajemnica. By uzyskać wyborny smak mięsa karpia polecam smażyć przede wszystkim na maśle a wszelkie oleje pozostawić dla bardziej plebejskich potraw. Przygotowane niezbyt szerokie dzwonka obtaczamy w jajku i bułce tartej i smażymy na złoty kolor. Oczywiście na małym ogniu, tak by powoli temperatura przenikała do ostatniej warstwy mięsa a wszelkie niedosmażone strefy w postaci różowego zabarwienia są nie do przyjęcia. Ważne by rybę kłaść na dość mocno rozgrzane masło by w pierwszym kontakcie "ściąć " białko, następnie zmniejszamy ogień i postępujemy j/w. Oczywiście nie przykrywamy by nie dopuścić do podgotowania, na skutek naturalnie uwalnianej wilgoci. Do takiego przyrządzenia wybieramy karpie 1,5 - 2,5 kg., (waga przed patroszeniem).

I rzecz najważniejsza - solimy dopiero na koniec, jedynie powierzchownie już usmażone porcje. Dzięki temu uzyskujemy specyficzny słodkawy smak mięsa, przełamany jedynie odrobiną  soli posypaną na jego powierzchni.

Smacznego ... 

19.12.2014

Świąteczne życzenia

Nadszedł czas by na chwilę odstawić wędkarskie tematy, no może poza karpiem. Pora zająć się świątecznymi obowiązkami i po to ryby mają okres ochronny. Co dzień przejeżdżam rzekę, przyglądając się jej toni. Jak zwykle u progu nowego sezonu wygląda tajemniczo a co życie przyniesie zobaczymy. To jednak za kilkanaście dni a teraz pora na bożonarodzeniowe życzenia. 

Koledzy, życzę Wam by radosny nastrój Wigilii oraz Świąt Bożego Narodzenia, był zadośćuczynieniem wszelkich smutków, jeśli doświadczały Was przez resztę mijającego roku. By w gronie rodziny i przyjaciół, dane Wam było podzielić się opłatkiem, zanucić kolędę, dobrze pojeść a pod choinką odnaleźć wędkarskie i nie tylko podarunki. By nadchodzący rok był okazją do połamania niejednej wędki a złowione okazy na długo zapadły w Waszej pamięci. Życzę wspaniałych przygód, nie mniej ciekawych nowych znajomości, spotkania Kolegów, którzy z podobną pasją odnajdują radość a czasem sposób na życie wędrując brzegami rzek.

Artur Buczkowski





17.12.2014

Rozstrzygnięcie konkursu ”Moja mucha”



Szkoda, że zgłoszono zaledwie dwie prace konkursowe, bo z przyjemnością czytało się opowieści Kolegów. Na kanwie tych opowiadań widać jak wielką pasją i satysfakcją jest wędkarstwo muchowe a możliwość zapoznania się przygodami innych Kolegów zapewne była by równie zajmująca. Jednak mamy dwóch Kolegów i wypada nagrodzić ich solidarnie. Myślę, że nie będą mieli nic przeciwko temu, jeśli przewidziane nagrody zostaną rozdzielone pomiędzy nich, szczególnie, że wspierali się życzliwymi komentarzami. Mimo wszystko pozostał mi w udziale ”przydział” nagród i tak:

W ręce Kolegi Jarosława Wiśniewskiego, za opowiadanie “Red Tag, dzięki której muchowanie odkryło przede mną swoje tajemnice.”, oddaję podbierak muchowy Firmy Salix Alba.

Kolega Jakub Wawryniuk, za opowiadanie “Magia chrusta.”, zostaje nagrodzony zestawem: Patka do suszenia much oraz etui na przypony i akcesoria Firmy Salix Alba.

W najbliższych dniach nagrody zostaną przesłane Kolegom, którym gratuluję oraz dziękuję za udział i chęć podzielenia się z nami swoja opowieścią.

16.12.2014

Czym jeden lipień pogardzi, tym drugi ...



Otwieram ja ci sobie tajemniczą kopertę, którą właśnie dostarczyła poczta. Ku mojej radości przesyłka od Kazimierza Żertki z pięknymi, świątecznymi życzeniami i komplet much w gwiazdkowym prezencie. Miła sercu pamięć o koledze z północy, tym bardziej że muchy z grupy tych które sam nie wiążę. Po części za sprawą braku materiałów a z drugiej strony - nie ma to jak wyjdą spod ręki Kazika … serdecznie dziękuję.

W komplecie doskonałe streamery na wczesną wiosnę oraz zestaw nimf. Pośród tej właśnie grupy moją uwagę zwróciły te dwie prezentowane na zdjęciach, pod tęczka jak nic. Tak muszki zostały zaszufladkowane z myślą o powieleniu wzoru na okazję zimowych spotkań z redowymi rybami. Jednak następnego dnia miałem sposobność długo pogadać z Kazikiem przez telefon i obok rozlicznych wędkarskich tematów powrócił również ten o nadesłanych muchach, w tym o kolorowych nimfach i kiełżach. Ku mojemu zdziwieniu oba wzory Kolega wskazał jako muchy lipieniowe. Przyznam, że byłem porządnie zaskoczony, bo wszelkie moje próby kuszenia kardynała tak błyszczącymi wzorami na pomorskich rzekach były całkowicie bezskuteczne. Swego czasu wiązałem nieco podobne i absolutnie pozostawały poza polem zainteresowania tutejszych lipieni.

Moja zaś opinia wywołała nie mniejsze zdziwienie Kazika, bo akurat te jaskrawe wzory z dużą ilością spektry w kolorach różu, są hitem rzek południa a dokładniej rzecz ujmując wód czeskich, podczas połowu lipieni, choć i tęczak nimi nie gardzi. Próbowaliśmy niejako na piechotę, czyli teoretycznie dojść przyczyny tak różnych a wręcz skrajnych reakcji ryb w obu strefach geograficznych. Póki co wyszło na to, że rzeki pomorskie w odróżnieniu od czeskich, jako żyzne, głębokie, często o piaszczystym by nie powiedzieć mulistym dnie, oferują skromniejszą i bardziej stonowaną bazę pokarmową.

Aby temat jeszcze bardziej zagmatwać, swego czasu poczęstowałem Kazika moimi kiełżami i nimfami, które tak doskonale radziły sobie z kaprysami tutejszych lipieni, natomiast na jego wodach szału nie było. Bardziej gustowały w nich pstrągi niż lipienie. Jak widać nie ma prostych rozwiązań, uniwersalnych much i ponadczasowych i terytorialnych kilerów. To też ma swój urok bo pozostaje nutka odkrywcy i pole do nieustających poszukiwań i wymiany doświadczeń. Najważniejszym jednak jest mieć Kolegę takiego jak Kazik, który nie tylko uraczy pięknym prezentem, ale swoja wiedzą i doświadczeniem zawsze i chętnie dzieli się ze mną a w rezultacie z Wami.


12.12.2014

Pożegnanie kelta



Zapewne takiego widoku Redy z początkiem sezonu połowu troci nie uświadczymy. Jeśli nawet to śnieg, niskie temperatury oraz gruba woda nadejdą zbyt późno, by zatrzymać w rzece kelty. To sytuacja jaka miała miejsce w ubiegłych dwóch sezonach i dobrze dla keltów. Gorzej dla wędkarzy, którzy mimo wszystko lubują się w połowie potarłowej troci. Nieliczne smoluchy "padną" gdzieś w dolnym odcinku rzeki, ale i tak ta część Redy okupowana będzie w nadziei spotkania srebrniaka i pstrąga tęczowego.

Jak co roku tłum rozgorączkowanych wędkarzy zapełni parkingi a potem brzegi rzeki, Jednak z każdą mijającą godziną emocje będą opadać a szczęśliwi łowcy nielicznych ryb napotkają zazdrosne spojrzenia wracających o kiju. Miejscowi w pozycji czapli okupować będą godzinami znane sobie dołki oraz rynienki. Jak zwykle wdając się w spór z muszkarzami, którzy pragnąc postawić nogę tam gdzie od godziny wiruje wahadłówka lub chyboce się wobler, naruszą "prywatne" terytorium". Odległości miedzy wędkarzami pozostaną martwym zapisem regulaminu a ich ruch na brzegach przypominać będzie włączanie się na zamek z drogi podporządkowanej. W takich sytuacjach lepiej stać zdecydowanie na dwóch nogach, bo oderwanie którejkolwiek jest sygnałem do opuszczenia stanowiska i nie można wprowadzać w błąd czekających za plecami na swoją szansę.

W rzece pozostaną dziesiątki urwanych przynęt, które na zasadzie wędkarskiego recyklingu w dużej części trafią w ręce sprytków, którzy potrafią odzyskać je z wody. Oprócz naturalnych sideł zastawionych na Wasze woblery i błystki może ktoś powróci do pomysłu zorganizowanej akcji złap i wypuść woblera, jak miało to miejsce onegdaj nad Słupią. Starsi wędkarze pamiętają słynną linę rozciągniętą w nurcie przez autochtonów. Odzyskiwano z niej dziesiątki przynęt, które trafiały do sprzedaży bezpośredniej nad rzeką na zasadzie door to door, czyli kup Pan cegłę. W sumie pomysł zacny, bo za niewielkie pieniądze można było nabyć łakome kąski rodem z Pewexu.

Świąteczna atmosfera pierwszych dni sezonu udzieli się również Straży Rybackiej, która wpadnie spytać uprzejmie czy rejestry są wypełnione. Warto strzelić sobie pamiątkowe zdjęcie z funkcjonariuszami, które będzie Wam musiało wystarczyć do następnego roku, bo okazja ponownego spotkania w bieżącym sezonie będzie wątpliwa.

Jakby na sprawę nie patrzeć, to magiczny czas. Nikt nie odbierze nam tych emocji zakupu nowego sprzętu. Przekonywania koleżanek małżonek, że na paragonie nieopatrznie pozostawionym w kieszeni jest błąd, bo kołowrotek wcale nie kosztował 500 zł. Starannie wybieranych przynęt i sprawdzania ich skuteczności na wigilijnym karpiu w wannie. Nie odbiorą nam też tych wypieków na twarzy i nieprzespanej nocy w przeddzień otwarcia sezonu. Tych burzliwych dyskusji i wspomnień w drodze na łowisko z południa Polski gdy z każdą mijającą godziną podróży, język niekoniecznie wyraża to co pomyśli głowa.

To nic, że będziemy wracać resztkami sił a kierowca naszego pojazdu drzemać będzie równie smacznie jak reszta towarzystwa, owianego północnym wiatrem. Nic to, że nie uświadczymy ryby i pomstować będziemy na PZW, bo przecież wszystkie te atrakcje Związek funduje nam za symboliczną opłatę. Więc w czym kłopot ... ???.

11.12.2014

Troć na starym kołowrotku



ABU - jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek wędkarskich. Firma założona w 1921 roku w pobliżu Morrum w Szwecji. Początkowo produkowała zegarki, liczniki telefoniczne i taksometry. Jednak syn założyciela, Göte Borgström, szybko przekierowany produkcję na kołowrotki. Po części za sprawą spadku zainteresowania pierwotnymi produktami powodowanym kryzysem II wojny światowej. Z drugiej strony jako entuzjasta wędkarstwa odnalazł drogę do sukcesu firmy dzięki nowemu produktowi. Pełen sukces handlowy przyniosło marce Abu zaistnienie na rynku amerykańskim, dzięki połączeniu sił z Charles Garcia & Company w Nowym Jorku. Firma wkładając wiele pracy w marketing wykreowała znaną z dzisiejszego brzemienia markę Abu - GARCIA.


Nadchodzi sezon połowu troci a z nim gorączka sprzętowych przygotowań. Wielu z Was pozostanie wierna spinningowi. Jednak i pośród tych Kolegów znajdą się wędkarze, którzy nieomal w ostatniej chwili nawrócą się na muchę. Po części za sprawą własnego wyboru a czasem za namową lub zachętą kolegów. Będą i tacy, którzy chcą jedynie spróbować swoich sił niekoniecznie chętni do inwestowania od razu w drogi sprzęt, w tym muchowe kołowrotki. To własnie propozycja dla niezdecydowanych …

Wasze pierwsze przymiarki do muchowych połowów zimowych srebrniaków możecie zacząć od sprzętu taniego, co nie znaczy nowego ale badziewiastego. Na rynku wtórnym – komisy wędkarskie i portale handlowe można czasem trafić naprawdę świetny sprzęt z przed lat za niewielkie pieniądze. Również w szafach Waszych kolegów zalegają starsze modele kołowrotków, które za małą namową mogą Wam być odstąpione lub sprzedane, za kwoty czasem 50 - 100 zł. Przykładem jest powyższy model ABU DIPLOMAT 7/8 z kompletem wymiennych szpul, który mnie udało się pozyskać za prawdziwie symboliczną cenę. Jeszcze pod koniec zeszłego sezonu miałem okazję chwilę nim połowic i przyznam, że sprawował się doskonale.


Można tez pokusić się o starsze i proste konstrukcje ORVISA, choć nad rzeką widywałem na zestawach Kolegów naprawdę archaiczne i mocno zmęczone modele SHAKESPEARA oraz podobne, które doskonale dawały sobie radę z rybami 50 – 70 cm, w pełnej kondycji srebrniakami. Pewnie w rękach bardziej doświadczonych wędkarzy poradzą sobie z większymi rybami. Nie jest też wstydem pokazać się z archaicznym sprzętem w wręcz czasem przynosi to splendor łowcy.

Pamiętam gdy przed wieloma laty do naszego grona myśliwych dołączył nowy kolega. Ten z grupy nowobogackich, któremu przynależność do łowieckiej społeczności miała przynieść splendor, towarzyską pozycję i podbudować Ego. Do tej pory niewiele miał do czynienia z lasem, knieją, polem i wszelką zwierzyną, nie tylko łowną. Jakoś tam odbył staż łowiecki, zdał egzamin i oto nadszedł dzień inicjacji  - gdzie ?  ... oczywiście w sklepie dla myśliwych. 
Sprzedawca bystrym okiem z miejsca dostrzegł złotą kartę kredytową i brak wiedzy oraz rozumu nieszczęśnika i się zaczęło ... Na ladę wylądował najdroższy sztucer Blazera, z najdroższą lunetą i montażem oraz zapas amunicji jak na wojnę. Do tego dubeltówka a jakże nowa, ale włoska, piękna dwunastka. Na wszelki wypadek zakupił drugi egzemplarz tejże, w kalibrze 16, bo pewnie się przyda. Dalej kilka par butów na każdą okazję, błoto, suszę, lato, zimę. Kurtki i kamizelki, pasy, czapki, kapelusiki, pasy, troki, torby myśliwskie, gustowną piersiówkę na koniaczek. Lornetki małe i duże, noktowizor, spodnie i bluzy w kilku kamuflażach i jeszcze coś na komary. Miałem to nieszczęście przyglądać się tym zakupom i na nic były moje uwagi na temat rosnącej na ladzie góry niepotrzebnych rzeczy. Chwila zastanowienia dopadła kolegę przy wyborze noża, oczywiście wybrał największy, taki do karczowania amazońskiej dżungli. Wymiękłem gdy sprzedawca dorzucał elektryczne skarpetki i grzałkę do mufki lub rękawic. Poradziłem tylko by dokupił największy plecak albo lepiej dwa, bo jak to wszystko zatarga w łowisko. Ostatecznie kilka razy obracaliśmy do samochodu by to wszystko dotaszczyć.  

Nadeszła jesień, pora pierwszych zbiorowych polowań. Poranna zbiórka myśliwych i oto nasz kolega gramoli się z samochodu, tani nie był i terenowy. Nie przymierzając  ...  kosmonauta. Nie wiem jak to zrobił, ale miał na sobie połowę tego co zakupił a druga część zaległa w plecaku, który targał ze sobą. Dobrze, że choć poodrywał metki a może nie - sporo lat minęło mogę nie pamiętać. Na szczęście nie przyszło mu do głowy rozłożyć tego majdanu na oczach myśliwych, by podziwiali jego wyposażenie. Podjeżdżamy na pierwszy miot. Patrzę zdumiony a kolega znów ładuje na siebie wszystko. W końcu  nie wytrzymałem i radzę:

  - Weź kilka naboi w kieszeń, dwunastkę i chodź a plecak i tą maczetę zostaw w samochodzie. 

Niby posłuchał, ale na wszelki wypadek rozkłada po kieszeniach ze dwie paczki naboi i do tego pełen pas w razie Niemców. Miecz nadal dynda mu u boku, ale już machnąłem ręką, niech ma może będzie się bronił w przypadku niespodziewanego ataku postrzelonego i rozjuszonego bażanta, który słynie ze swoich dzikich szarży.

Polujemy  rozległy i piękny sad porzeczkowy w barwach później jesieni. Takie miejsca uwielbiają bażancie koguty. Ustawiamy linię myśliwych, przed nami pole okładają doświadczone psy. Pracują rozważnie, cierpliwie powoli, by jedynie ptaki spokojnie wyciekały ku granicy plantacji. Te mniej bystre przywierają do ziemi dając wyżłom okazję do widowiskowej stójki. Koledzy zbliżają się to zastygłego psa na odległość skutecznego strzału i dając mu komendę, podrywają ptactwo i widowiskowo strącają bażanta z nieba. Pies karnie aportuje siadając przez myśliwym z kogutem w kufie. 

Rozglądam się za naszym kolegą, jest daleko z przodu i robi za psa, naganiacza i myśliwego. Jego sylwetka przypomina komandosa, który własnie ma zlikwidować wartownika. Jest już na końcu swojej ścieżki, gdy przed nim podrywa się pióropusz kilku kogutów, które cierpliwie maszerowały przed nim do granicy sadu. Pada strzał, jeden drugi, przeładowanie, trzeci czwarty. W dochodzeniu pierwszego swojego zbarczonego bażanta, nowobogacki jest szybszy od psów a gdy go dopadł zgrabnym ciosem karate wymierzonym z impetem na szyję ptaka próbuje uśmiercić go na śmierć. Dobrze, że nie urwał mu głowy. Blask świeżej skóry pasów i torby myśliwskiej dumnie świeci w słońcu. Niesie ku nam swoją zdobycz i już z oddali snuje łowiecką opowieść, jak to przyszło mu zmierzyć się z dziką zwierzyną. 

Staje przed nami, łamie strzelbę, zagląda w lufy i widać niesmak z powodu zabrudzonej prochem fabrycznej gładzi ich wnętrza. Na wszelki wypadek ustawia dubeltówkę bokiem, by można było podziwiać piękne inkrustacje baskili. Wokół stoją koledzy, ich wysłużony ubiór i poryta patyną czasu skóra łowickich dodatków jakże kontrastuje z wizerunkiem żurnalowego myśliwego. Stare, ale jakże skuteczne strzelby zdają się być szare, wtopione w jesienny krajobraz. Koledzy patrzą na niego ... znam to spojrzenie. Widywałem je często nad rzeką, kierowane ku błyszczącym kołowrotkom muchowym oczami wędkarzy, którzy na swoim zabytkowym sprzęcie mierzyli się skutecznie z niejedną okazałą rybą.





Nieco inną, w znaczeniu nowszą propozycją jest solidny i z niezłym hamulcem SHIMANO ULTEGRA. Kołowrotek produkowany w kilku rozmiarach, również tych tociowych 7/8. Spisuje się doskonale a i takie egzemplarze przy odrobinie szczęścia można kupić za 200 zł. 


10.12.2014

“Magia chrusta.”


“Magia chrusta.”
Opowiadanie konkursowe, Autor - Jakub Wawryniuk












Czerwcowy, upalny dzień. Od czasu do czasu powiewa przyjemny wiaterek. Warunki sprzyjają wędkowaniu. Bez dłuższej chwili namysłu postanawiam wybrać się na moją niezwykłą, malutką rzeczkę, która wije się między łąkami i drzewami. Rzeczkę, która jest miejscem moich ucieczek przed szarą codziennością, miejscem w którym liczy się tylko ta chwila, w której to mogę rozłożyć swoją muchówkę i połączyć się z naturą, zatracając się w każdym wykonywanym przeze mnie rzucie. Wokół mnie panuje wyłącznie cisza, którą zagłusza od czasu do czasu śpiew ptaków. Przypiekające słońce stało się impulsem dla chruścików, które dosyć licznie pojawiały się nad wodą, wykonując od czasu do czasu swój rytualny taniec na jej powierzchni. Przepiękny widok ...













Z pozoru martwa rzeka ujawniła obecność dużej ilości białorybu, ryby zbierały owady dosłownie wszędzie, zarówno na płytkich blatach, jak i w głębszych dołkach. Kiedy namierzyłem miejsca żerowania ryb, wtedy to dobrałem najbardziej zbliżoną imitację do latających chruścików i przystąpiłem do tego niezwykłego spektaklu. Pierwszym miejscem, które zacząłem obławiać był głęboki dołek. Wykonuję pierwszy rzut, muszka spływa swobodnie z nurtem, postanawiam trochę nią posmużyć. Muszka przepływa koło zatopionego konaru i nagle od dna odrywa się piękna “klucha”, która łapczywie połyka moją muszkę. Jednak hol nie potrwał zbyt długo, gdyż mój cwany przeciwnik wyskoczył nad wodę demonstrując mi swoją wyższość i urodę, tym sposobem odnalazł klucz do swojej wolności. Wykonuję kolejne rzuty i udaje mi się złowić kilka jelców, które bardzo zainteresowały się moim chruścikiem. 




Posyłam muszkę jeszcze raz w te same miejsce, prowadzę ją dosyć agresywnie i nagle następuje zbiórka. Na końcu mojego zestawu zameldowała się dosyć spora ryba, która próbuje się uwolnić kilkoma energicznymi zrywami, po kilkudziesięciu sekundach w moim podbieraku znalazł się czterdziesto centymetrowy jaź. Krótka sesja fotograficzna i ryba wraca do wody. Postanawiam zmienić miejsce i to co zaobserwowałem wprawia mnie w osłupienie, rzekę przemierzają stada przepięknych ryb różnych gatunków, jest to niecodzienny widok. Zatrzymuję się przy zakręcie, na którym znajduje się piękna rynienka. Wykonuję kilka rzutów, niespodziewanie mojego chruścika połyka przyzwoity kleń. Ryba zaskakuje mnie swoją walecznością, stara się uciekać pod prąd, po to by za chwilę oddać się sile nurtu i spłynąć kilka metrów poniżej mnie. Po emocjonującej walce udaje mi się ją podebrać, jest podobnych rozmiarów co jaź. Tego dnia udaje mi się złowić jeszcze kilka niedużych kleni i sporo jelców.





Ten dzień na zawsze pozostanie w mojej pamięci. To właśnie tego dnia moje “muszkarstwo nizinne” nabrało sensu, nałóg ten ogarnął mnie całkowicie,  pochłaniając moje serce i nadając sens mojemu życiu, bo czy istnieje bardziej niewinna w swej naturze pasja niż dobrze ukierunkowane wędkarstwo?              
                         

08.12.2014

Red Tag, dzięki której muchowanie odkryło przede mną swoje tajemnice



"Red Tag dzięki której muchowanie odkryło przede mną swoje tajemnice i stało się sposobem na życie. " 

Opowiadanie konkursowe, Autor - Jarosław Wiśniewski
Moja mucha ... Konkurs


Moją przygodę z wędkarstwem muchowym zacząłem w 2013 r. gdzie starałem się łapać na kupione wcześniej w internecie przypadkowe muszki. Początki były bardzo, bardzo zniechęcające. Kilka manuali z internetu troszkę zawziętości i udało mi się rzucać na 5 metrów, później było już tylko lepiej . Szukając informacji na temat tego, na co łowić i co łowić, zawędrowałem na spotkanie pewnej grupy mazowieckich wędkarzy, wśród której było kilku muszkarzy. To oni uświadomili mi, że nie warto kupować, najlepiej kręcić muchy samemu, znalazłem pierwszą lepszą stronę z akcesoriami muchowymi i zadzwoniłem do sklepu gdzie bardzo miła obsługa przez prawie godzinę poznawała moje potrzeby, co łapię, na jakich wodach i jaki mam sprzęt. Po drodze padło kilka pytań których nie rozumiałem, ale nie zrażałem się zbyt tym faktem. W trakcie tej długiej i ożywionej rozmowy padło kilka nazw od których powinienem zacząć swoją przygodę z kręceniem sztucznych much i w ogóle wędkarstwem muchowym. 








Pomiędzy tymi wszystkim nazwami padł Red Tag, mucha która jak wtedy tylko słyszałem swą popularnością może przebić wszystkie inne i musi mieć ją każdy muszkarz w swoim pudełku. Zamówiłem więc wszystko to co będzie mi do tej muchy potrzebne, czerwoną włóczkę podwędziłem babci, zamówiłem imadło, czarną nić wiodącą pojedyncze pióra koguta a również pióra pawia,  kiedy zgromadziłem wszystko, najpierw próbowałem ukręcić muchę a potem zacząłem czytać jak to zrobić efekty tego były różne, aż w końcu za pomocą Youtuba udało mi się wyczarować coś co przypominało Red Taga, którego widziałem na zdjęciach.

Pierwsza wizyta z samego rana następnego dnia po ukręceniu muchy uświadomiła mnie o słuszności rad, które usłyszałem przez telefon we wspomnianym sklepie oraz wyczytałem na forach. W pierwszych 10 min złapałem swoją pierwszą muchową rybę, którą do dziś tak uwielbiam łowić był to mianowicie Kleń, który mierzył zaledwie 20 cm, ale moja radość świadczyła o rozmiarach co najmniej porównywalnych do wieloryba. 







Mucha ta przez całe lato 2013 roku była jedyną którą kręciłem i wiązałem na końcu przyponu z przekonaniem, że z nią musi coś się złapać. Kiedy nadeszła zima i miałem więcej czasu na kręcenie much rozpocząłem gromadzenie wszelkich materiałów uczyłem się wszystkiego czego mogłem nauczyć się sam, oraz korzystałem z rad bardziej doświadczonych kolegów którym serdecznie za nie dziękuję.



Pierwsze koty za płoty czyli jedna z pierwszych muchowych ryb złapana na Red Taga.

Gdy nadeszła wiosna i pojawiłem się znów nad wodą próbowałem wszystkiego co było tylko dostępne w pudełku, wszystkiego co kręciłem przez całą zimę. Efekty były różne ale zapomniałem na chwilę o moim Red Tagu, który spokojnie sobie czekał w pudełku. 

W maju 2014 r. miałem pierwszą okazję spotkać większość muszkarzy z naszego regionu na zawodach organizowanych przez nasz okręg, pojechałem na wodę nieznaną mi w żaden sposób ale bardzo urokliwą z każdej strony, nad wodę która wyglądała jak martwa. Przez pierwsze 20 minut zmieniałem gorączkowo muchy gdy zobaczyłem ławicę ładnych Kleni, niestety podpływały i odpływały jeszcze szybciej a czasami ignorując przynętę odwracały się ogonem do niej. Wtedy właśnie przypomniałem sobie o tym wzorze który miał być uniwersalny na każdej wodzie i na każdą pogodę. Przywiązałem Red Taga i już w pierwszym żucie wszystko się zmieniło z ławicy kilku ryb wypaliło z dołka kilkanaście Kleni, pierwszy którego udało mi się zaciąć miał równe 29 cm, zawody wciąż trwały a ja w najlepsze zwiedzałem piękne dziury a co dziura to Kleń mniejszy większy raz pokusił się nawet niewymiarowy Boleń.



                                             Boleń złapany na Red Taga na zawodach

             


Suma summarum zakończyłem pierwsze swoje zawody muchowe 3 miejscem, z którego jestem do dzisiejszego dnia ogromnie dumny a to wszystko zawdzięczam Red Tagowi, który podczas zawodów wywołał dyskusję czy to Red Tag czy już Black Zulu gdyż jeżynka sięgała do połowy haka, a długość promieni była dwukrotnie większa niż powinna. Jeden z kolegów który towarzyszył mi podczas tych połowów sam często sięga teraz po tą muchę dzięki której udało mu się złowić Klenia, który miał 51 cm. Ja również złapałem na tą muchę w wersji mokrej swoje PB Klenia.



 Kleń złapany na Red Taga -  zawody.

Polecam każdemu tą muchę ze względu na prostotę jej wykonania oraz skuteczność w bardzo różnych warunkach, ja zawsze sięgam po nią w przypadku pogoni za Kleniem a szczególnie w bardzo słoneczne dni, gdy słońce jest już naprawdę wysoko i nieźle grzeje.

Autor - Jarosław Wiśniewski


02.12.2014

March Brown Spider


March Brown Spider V.

March Brown Spider - jeśli pominąć z oryginalnej receptury piórko kuropatwy na jeżynkę, to z trudem otwiera się droga do wiązania wariantów z użyciem innych piór, jak widoczna próba gdzie zastosowałem pióra kury bażanta Jeszcze gorzej gdy w miejsce dubbingu pojawia się nić wiodącą a na jeżynkę kura. Nie jestem przekonany, że można uznać szczególnie tą ostatnią muchę (poniżej) za wariant March Brown Spider, jednak po części ilustruje samą konstrukcję Soft Hackle, stylu w jakim można wykonać Spidera March Brown. Jedno jest pewne, czy wiążąc oryginał czy wariant, jeżynka musi być delikatna. W przypadku kuropatwy zwykle dwa nawoje kończą sprawę, podobnie jak w przypadku delikatniejszych promieni kury, natomiast piórko bażanta nawijamy tylko raz.





March Brown - mucha legenda. Jedna z najbardziej znanych i rozpoznawanych mokrych much. Swoją popularność zawdzięcza nie tylko prostej oraz wyrazistej konstrukcji, ale też skuteczności we wczesnowiosennych połowach pstrągów. To czas, na który czeka większość muchowych wędkarzy, gdy po jesiennym okresie ochronnym i mroźnym początku roku, w ciepleksze marcowe dni pojawiają się jętki. W tym czasie muchą nie pogardzi równeż kleń, jednak jemu warto przygotować spory kąsek na haczyku 6 - 8, a skrzydełko wykonać z piór indyka.   Mayflies



March Brown Autor Huba Janeczek   


Oryginalna receptura
Tułów: dubbing z maski zająca, przewinięty złotą lametą
Skrzydełka: lotki kury bażanta
Jeżynka: kuropatwa
Ogonek: kuropatwa


Zdjęcie i opis - źródło: March Brown - Spider

Autorem March Brown Spider jest Sylvester Nemes. W oryginale wiązana jest: Tułów: dubbing z maski zająca, przewinięty złotą lametą, Jeżynka: kuropatwa. Konstrukcja bardzo prosta, może też być wiązana w inny sposób, jak widoczna poniżej wersja z ogonkiem.

01.12.2014

Grudniowe wydatki

Do początku sezonu połowu troci pozostał już tylko miesiąc. Niby dużo, jednak przygotowanie przynęt muchowych i spinningowych na tą okazję jest ekscytujące ale kosztowne. Mając na uwadze nadchodzące wydatki świąteczne oraz opłatę daniny dla PZW, warto pomyśleć o domowym budżecie i zawczasu nieco uszczknąć z niego na wędkarskie potrzeby. Dzisiejszy wpis to okazja by przywołać opis woblerów:  Góral na Pomorzu