28.09.2015

Na ryby z psem i kotem


No cóż, wszelkie dylematy złap i wypuść same się rozwiązały, bo nasza rodzina powiększyła się o etatowego konsumenta ryb. Oczywiście to żart, choć nie wiem kiedy teraz będę miał czas i okazję je łowić, bo ta kocia znajda rzadko opuszcza moje kolana. Chyba się starzeję skoro mam kota, bo zawsze kochałem psy. Z drugiej strony patrząc na tą niewinną minkę trudno oprzeć się podobnym uczuciom.


Tym razem decyzja o nowym zwierzęciu w domu była spontaniczna, choć taka być nie powinna. To zawsze duże wyzwanie i odpowiedzialność, może mniej w przypadku kota ale z pewnością gdy w rodzinie ma pojawić się pies. Wiem jak z czasem staje się pełnoprawnym pośród domowników a wręcz cieszy się przywilejami, o których dzieci mogą czasem marzyć. Tym bardziej rozstanie po kilkunastu latach, gdy pies kończy życie jest bolesnym doświadczeniem, porównywalnym ze stratą najbliższej osoby. Tak żył pośród nas wyżeł Kajetan i gdy jako staruszek zgasł na moich rękach, długie miesiące nie mogłem dojść do siebie i obiecałem sobie ...  nigdy więcej zwierzaka, z którym tak się zżyjemy.

Kajtek był wspaniałym towarzyszem polowań i wędkarskich wypraw. Kochał wodę a każde sięgnięcie po wędkę lub strzelbę sprawiało szaleńczy taniec radości. Taplał się w każdym błotku, dzielnie pokonywał bagniste trzcinowiska, zmagał się ochoczo z nurtem rzeki lub wypuszczał się steki metrów w głąb jeziora. Woda była jego drugim żywiołem, choć miewał dziwaczne kaprysy. Nie daj Boże spadł deszcz a wtedy za żadne skarby świta nie chciał wyjść na spacer. Z klatki schodowej trzeba było wyciągać go na siłę, gdy  zapierał się czterema łapami, by ostatecznie sunąć na tyłku jak na sankach ciągnięty przez mnie za głowę. Widać taki był z niego esteta, że nie lubił moczyć samych łapek drepcząc po mokrym chodniku Na szczęście z kotem podobnych atrakcji nie będzie, co najwyżej czekać będzie na mój powrót z rybą w plecaku.




27.09.2015

Jesienne impresje ... muchy Kazimierza Żertki


Postać mojego kolegi, Kazika Żertki wielokrotnie miałem przyjemność Wam przybliżać. Kolegom, którzy jeszcze go nie znają wspomnę, że Kazek to doskonały wędkarz muchowy, który na przestrzeni wielu lat połowów w rzekach Polski południowej i północnej oraz na wodach Czech jest zdobywcą rekordowych brzan na muchę, niezliczonych ogromnych lipieni, pstrągów i kleni. Jeśli tylko czas mu pozwala, chętnie dzieli się sowim doświadczeniem na żywo, przekazując doświadczenie nad wodą młodszemu pokoleniu. Również publikując swoje opowieści, porady i opisy spotkań z niebywałymi rybami. 

Wykonuje również doskonałe muchy użytkowe a wiele z nich, a raczej zdecydowana większość to jego wzory autorskie powstałe nad wodą. To efekt niezliczonych obserwacji jak ryby reagują na kolejne muchowe propozycje. Również podpatrywania otoczenia rzeki w zmiennym rytmie pór roku oraz wszystkich jej mieszkańców, także efekt obserwacji podwodnych podczas nurkowania. Dla młodszego pokolenia do wielka gratka móc skorzystać z doświadczenia Kazika, na ile pozwala forma publikacji a na które składają się dziesiątki lat nad wodą. Dziś Kazek dzieli się ze mną porcją swoich much na jesień a ja dzięki jego uprzejmości, dzielę się ich wizerunkiem z Wami ... Kazik, serdecznie dziękuję.

Dla przypomnienia kilka kluczowych w jego dorobku publikacji, które gościły na moim portalu.







26.09.2015

Kolejna godzinka po pracy


Jak widać spinning zastąpił dziś grzybowy koszyk. Tak wyglądała moja dzisiejsza godzinka w drodze z pracy do domu, gdy zbłądziłem nad Redę. Rzecz jasna szukałem spotkania z trocią, jednak woda w rzece mocno opadła i do tego sporo słońca rozświetlało rzekę, czyli warunki wędkowania sporo się pogorszyły. Nie była to godzina kilku kilowej ryby, ale na pocieszenie dobry i tęczak. Ryba to raczej hodowlany uciekinier i jako klasyczny 40 - stak, niekoniecznie był wart uwagi obiektywu, jednak był wyjątkowo pięknie ubarwiony i tak się uwiecznił. Ważne, że odrobina wędkarskich emocji urozmaiciła zwykły, roboczy dzień jako przerywnik między końcem pracy a domowymi obowiązkami po południu. 

Tak to już jest, że nie zawsze fotografia okazałej ryby ma być wspomnieniem wędkarskiej wyprawy. Czasem barwy jak w tym przypadku, czasem okoliczności połowu lub towarzyszące nam zdarzenia, osoby lub miejsca skłaniają nas do tych kilkunastu sekund z życia nawet mniejszej ryby dla uwiecznienia chwili. Z rybą, którą zabieramy z łowiska nie ma kłopotu, nieco trudniej z tą, którą uwalniamy. Jednak przy odrobinie wyobraźni i ostrożności, fotografując w wodzie lub delikatnie przytrzymując mokrymi rękami nie stanie jej się krzywda.

Bardzo przydałby się deszcz, zarówno rzece jak i okolicznym lasom. Mamy chyba małą przerwę w ciągu tarłowym troci, bo dziś dość długo obserwując jaz nie widziałem ani jednej ryby, która choćby się spławiała lub wynurzała z pienistej kipieli, nie mówiąc już o pójściu w górę. Nie spotkałem też wielu wędkarzy, choć jeden był podobno świadkiem połowu troci. Niestety też widywano ryby chore (UDN), jak w poprzednich sezonach. Jutro też jest dzień, więc  ...  ryby czy grzyby?.




25.09.2015

Godzinka po pracy


Jadąc z pracy do domu, po drodze mam rzekę i las. O tej porze roku trudno zdecydować gdzie skręcić, szczególnie że w bagażniku dyżurne wędki i koszyk na grzyby. Nad rzeką ostatnie dni trociowych połowów i początek sezonu lipienionewgo. W okolicznych lasach wsyp grzybów i oba miejsca równie kuszą. Mam to szczęście wstawać do pracy o 4.00 rano i już o 13.00 podążać ku łowisku lub zalesionym wzgórzom okolic Wejherowa. Wszystko to zanim dotrę do domu i w zasięgu zaledwie 20 - stu minut.

Wczorajszy dzień, mimo pokusy zajrzenia nad wodę był grzybowy a widoczna zawartość koszyka to efekt zaledwie godzinnego spaceru po lesie. Mimo ogromnej konkurencji grzybiarzy w niewielkiej odległości od miasta, jak widać leśnego runa wystarcza dla wszystkich. Nawet w tygodniu, również po południu niezliczone samochody zapychają każda dziurę na leśnych parkingach i drogach wjazdowych do lasu. W weekend to już widok przypominający supermarketowy parking.

To, że ostatnie dni to ogólnokrajowy wysyp grzybów nie jest nadzwyczajną wiadomością, bo praktycznie wszystkie media donoszą o tym w licznych newsach. Ważniejsze, że pomorskie lasy oferują teraz wiele gatunków, a nie ma nic bardziej aromatycznego w suszeniu i potrawach jak mieszanka rodzajów grzybków. Zebrać można oczywiście dorodne borowiki ale pojawiły się kozaki, koźlarze i brzozaki, choć nazwy te zamiennie opisują tego samego grzyba w różnych rejonach kraju. Niezależnie do koszyka trafiają czerwone, brązowe i siwe a obok nich wszelkiego rodzaju podgrzybki.

No cóż przed nami cały październik i jeśli będzie łaskawy listopad, co oznacza nieustające dylematy i rozterki ... grzyby, czy ryby?




24.09.2015

Chce się żyć



Grzyby, ryby ... czy jest piękniejsza pora niż jesień. Lasy pełne borowików, rzeki zachwycają widokiem troci w drodze na tarliska. Lipienie barwne na podobieństwo kolorów jesiennych liści. Złociste szczupaki, z dnia na dzień bardziej opasłe budzą nasze zmysły. Rześkie powietrze o poranku, mgły i czerwona tarcza słońca. Głucha cisza wieczorną porą, choć gdzieś poza naszymi zmysłami trwa krzątanina natury przez nadchodzącą zimą. Spływający po brodzie słodki sok gruszek i złocisty miąższ śliwek. W kuchni zapach ciasta z owocami i aromat suszonych grzybów. Słoje pełne kolorowych owoców, jak zatrzymane w czasie lato i wrześniowe klimaty kształtnych kapeluszy podgrzybków. Ni to smak, ni to zapach rydzów, skwierczących na złotym tłuszczu. W kącie pokoju muchowa wędka, a gdzieś nieopodal w rzece o barwach jesieni czekają kardynały   ...  chce się żyć.

22.09.2015

Piękno, które więzi babie lato


Tą pięknie ubarwioną ważkę niekiedy spotykałem nad rzeką. Wielokrotnie przymierzałem się obiektywem aparatu by uwiecznić jej wizerunek, jednak ostrożność tego owada oraz szybkość z jakim znikał z pola widzenia, nie dawały okazji do wykonania zdjęcia.  Dopiero teraz, jesienią gdy skrzydła ważki oplatają nici babiego lata czyniąc je niezdolnymi do lotu, nadarzyła się okazja do wykonania kilku portretów.

Widoczna za zdjęciu ważka to Żagnica zielona (Aeshna viridis), gatunek objęty w Polsce całkowitą ochroną na mocy Rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 6 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt. W części -  GATUNKI ZWIERZĄT OBJĘTE OCHRONĄ ŚCISŁĄ Z WYSZCZEGÓLNIENIEM GATUNKÓW WYMAGAJĄCYCH OCHRONY CZYNNEJ lp. 581. Wraz w § 6 ust. 2., w brzmieniu - zakaz umyślnego okaleczania lub chwytania.

W praktyce oznacza to dla amatorów fotografii owadów brak możliwości przeniesienia tego gatunku ważki do warunków studia fotograficznego. Pozostaje jedynie refleks nad wodą lub okazja jak ta, gdzie natura uwięziła owada.

To najrzadszy przedstawiciel w naszym kraju rodziny żagnicowatych (Aeshnidae) i jedna z największych polskich ważek. Dorasta do 9 cm a rozpiętość skrzydeł sięga nawet 13 cm. Żagnica zielona jest, podobnie jak inne ważki, drapieżnikiem. W skład jej diety wchodzą głównie muchy i komary. Czasem atakuje motyle, jętki i inne ważki. Pożywienie larwy stanowią wodne owady, kijanki i narybek. Jednak i same larwy będąc pokarmem starszych ryb stanowią o przydatności wędkarskiej w postaci muchowych imitacji.


Sprawcą nieszczęścia tego okazu było babie lato. Wszyscy znamy snujące się długie nici, gdy jesienną porą połyskują w słońcu. Choć często zachwycamy się widokiem babiego lata, które jest też potoczną nazwą pory roku, to nic innego jak nić przędna niektórych pająków. Wytwarzane są zwykle przez młode pająki obu płci, z gatunków o niewielkich rozmiarach. To sposób młodych osobników na rozmieszczenie terytorialne, podczas biernego przemieszania się za pomocą długich nici, nawet na odległości kilkuset metrów.




21.09.2015

List otwarty

Ponieważ dzisiejszą publikacją zwracam się personalnie do Pana Piotra Koniecznego, proszę potraktować to jako list otwarty ...

Niedawno poruszona sprawa naruszania w bieżącym sezonie postanowień Zarządu Głównego PZW w sprawie zakazu punktowania ryb niewymiarowych na zawodach wędkarskich, znalazła swój ciąg dalszy na forum ZG PZW. To za sprawą wątku, który czułem się w obowiązku otworzyć, by dyskusja w tej sprawie toczyła się publicznie na oczach działaczy oraz Prezesa Zarządu Głównego.

Z wielkim zdumieniem odnotowałem tam głos a raczej treść licznych wypowiedzi Pana Piotra Koniecznego. Z przebiegiem dyskusji możecie zapoznać się tu:  Forum ZG PZW

By nie cytować całości postaram się tylko przekazać najważniejsze kwestie, Krótko mówiąc po wydaniu decyzji i opinii Urzędu marszałkowskiego, który stwierdził, że zawody wędkarskie nie służą celom badawczym a rekreacji i w związku z tym uzasadnienie wniosku o zgodę na obniżenie wymiaru ochronnego na zwodach badaniami kontrolnymi jest bezpodstawne. Po decyzji Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi  dnia 31 grudnia 2014 roku, które wydało jednoznaczną opinię zabraniającą obniżania wymiarów. I wreszcie gdy ZG PZW ogłosił swoje stanowisko o podobnym brzmieniu, uznając ten proceder bezprawnym i nieetycznym ... mamy zadziwiający głos sprzeciwu Pana Koniecznego.

W uzasadnieniu powracają wszystkie te rzekome argumenty, które Pan Konieczny uparcie przywołuje, a które były przez te instytucje rozważone i zanegowane, by ostatecznie wydać zakaz punktowania ryb niewymiarowych. Jenak pośród rozlicznych jeden stanowi próbę działania na opinię publiczną w nadziei, że manipulacja faktami nie spotka się z odpowiedzią kolegów znających się na rzeczy.

Pozornie  opinia, którą Pan Konieczny wygłasza brzmi gładko, cytuję:

"Od 15 lat cały czas na podstawie wyników z Jesiennego Lipienia Sanu analizujemy jak zmienia sie populacja lipieni w Sanie i na tej podstawie wyciągamy wnioski co do ochrony i zarybień. Jak brakowało małych ryb można było dorybić lub zakazać zabierania - był czas na reagowanie zanim lipienie dorosną. Tak było do tego roku bo jakiś dureń wymyślił krucjatę przeciwko zawodom. W latach poprzednich dysponowaliśmy 1000 - 2000 pomiarami ryb zebranych w czasie 2 dni na odcinku ok. 20 km. Dane praktycznie pełne. W tym roku wiemy jedynie że są duże ryby. Aby uzyskać dane o jakie nam chodzi należałoby zaangażować armię ludzi wyposażonych w agregaty i kazać im przez 2 tygodnie bagrować rzekę. Wiele lipieni zginęłoby bo wyjątkowo źle tolerują prąd. Dodatkowo kosztowałoby to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wszystko to było "za darmo" przy okazji zawodów - dzisiaj zapłacą za to wędkarze ze składek.
Wyjątkowo dobra robota Panie Hrabio (to dotyczy mojej skromnej osoby). Gratuluje. Niestety nie wyjdzie na dobre ani wędkarzom ani lipieniom."

Panie Konieczny, to że Pan kwestionuje moje zdanie w tej sprawie to nieznaczący epizod, ale znów mamy w Pana wydaniu manipulację oraz podważanie opinii kolegów, którzy zawodowo od 30 - stu lat zajmują się badaniami kontrolnymi, prowadzonymi metodą elektropołowów, śledzących również przebieg, skutki i efekty podobnych badań na świecie. Zatem w tym miejscu przytoczę opinię jednego z nich, która jest wprost odpowiedzią na Pana konfabulacje, cytuję:

"Rozumiem, że autorowi bardzo „zależy” na dobru lipieni. Dlatego preferuje delikatne, bezstresowe metody pozyskiwania ryb do badań, przecież holowanie skaleczonej ryby jest dla niej rozrywką, a delikatne ocieranie ryby ze śluzu i branie je do rąk przez miłośnika badań wędkarskich to wręcz dla ryb czysta przyjemność. Idąc tym tropem, oczywiście dla dobra ryb, proponujemy w ten sposób uwzględnić w zawodach wszystkie złowione ryby a nie tylko te o 5, czy 10 cm mniejsze od wymiaru ochronnego . Pozwoli to na zebranie wspaniałych „materiałów badawczych”. Będziemy mieli zmierzone wszystkie ryby, niektóre nawet wielokrotnie i nic więcej.

Nie powie to nam nic o zagęszczeniu ryb, strukturze wiekowej. Nie wiem czy autor wie, ale badania przeprowadza się zazwyczaj, chyba, że są jakieś nowe metodyki badawcze opracowane przez szanownych sportowców wędkarskich, na próbach losowych a nie wybiórczych a wędkarstwo przez duże „W” to selektywny połów określonego gatunku i wielkości ryby, poprzez stosowanie odpowiedniej przynęty czy techniki połowu. 

Zebrane w ten sposób materiały „badawcze” będziemy mogli tylko i wyłącznie wielofunkcyjnie porównywać z materiałami z podobnych „badań”. Dowiemy się o średniej długości ryb w konkretnych zawodach, ilości ryb na jednego wędkarza w powiązaniu z wiekiem i statusem zawodowym wędkarza, wpływie określonej przynęty i techniki połowu na strukturę pozyskiwanych ryb itd., itp. Jeżeli autor potrafi te wyniki przełożyć na strukturę ichtiofauny i porównać je z wieloletnimi badaniami z innych cieków, prowadzonymi okrutnymi i godnymi potępienia metodami w całym normalnym niewędkarskim świecie to czapka z głów. 

Chociaż jeśli ktoś to potrafi, to porównywalne efekty znacznie mniejszym nakładem sił osiągnie prowadząc swym nieomylnym okiem badania bezdotykowe, patrząc po prostu głęboko w wodę okiem uzbrojonym w polaroidy. I tu dochodzimy do sedna. Hipokryzja niektórych działaczy wędkarstwa "sportowego” osiąga takie szczyty, że Himalaje to w porównaniu z nimi babki z piasku na plaży." ... koniec cytatu.

Kończąc ...  wszyscy mówią Panu - NIE. Panie Konieczny, co z Panem jest?. Ilu jeszcze ministerialnych urzędników, prezesów i marszałków oraz specjalistów musi Panu to powtórzyć, by Pan zrozumiał. Szkoda, że tak zasłużony działacz publicznie kompromituje swój wizerunek, broniąc u podstaw przegranej sprawy.

20.09.2015

Krótka notatka dla łowców dorszy


Władysławowo - sobota 19 września. Wreszcie okienko pogodowe po kilku odwołanych terminach z powodu silnego wiatru. Z portu rusza cała flota, jednak nie rozprasza się po dostępnym zasięgiem łodzi akwenie a koncentruje się w relatywnie niewielkiej odległości od portu. Powód ... ogromna ilość śledzia na tym obszarze, na którym intensywnie żeruje dorsz. Również wędkarze łowiący z falochronu portu Władysławowo ciągną pełne śledziowe choinki a na główce panuje niezły ścisk .

W pewnej chwili naliczyliśmy 33 łodzie nieomal burta w burtę a z tak niewielkiej odległości widać było, że wszyscy ciągną rybę za rybą. Najważniejszą jednak informacją jest fakt pojawienia się wreszcie większych dorszy. Choć moje nie był jeszcze z tych najbardziej okazałych, to miło było wrócić do wspomnień dorszy 5 - cio kilowych a takie "padały" na łodzi "Nautic", na której wędkowaliśmy tego dnia. Zapewne informacja ta ucieszy kolegów, którzy mają zabukowane terminy na najbliższe dni. Mniej zapewne potencjalnych konsumentów tej wieści, bo załapać się na jesienny termin połowu bez wcześniejszej rezerwacji jest mało prawdopodobne.

No cóż, to moja ostatnia wizyta w tym roku na morskich akwenach. Nico zmęczyły mnie fale, smagający wiatr i piekące słońce. Na koniec mojego sezonu połowiłem solidnie co do ilości i kondycji ryb i przyszedł czas powrotu nad rzekę w poszukiwaniu lipieniowych spotkań.

18.09.2015

Ciąg tarłowy troci ... Reda 2015


Po dłuższej nieobecności na Redą przyszło mi odkrywać niejako rzekę na nowo. Tym razem jej dolny bieg a dokładniej okolice jazu w Redzie Ciechocino. Do głównego tematu za chwilę wrócimy, póki co troszkę o zastanych zmianach. Choć woda jest dość "gruba" jednak poniżej jazu wydaje się płytsza niż w ubiegłym sezonie. Widać to szczególnie teraz, gdy ostre słońce rozświetla dno. Generalnie strefa wędkarskiej wody nieco się skurczyła, ale to taki szczegół dla tubylców. 



Natomiast przyjezdnym wędkarzom wskażę zapis regulujący wędkowanie a raczej jego zakaz na szczególnych warunkach, na odcinku poniżej jazu, który niezależnie od zbliżającego się okresu ochronnego troci brzmi następująco: 
"Od jazu w Ciechocinie do ostatniego zrzutu wody z obiektu tuczu pstrąga z lewego brzegu Redy -  Zakaz wędkowania od 01.10 do 31.12." (Informator wód pstrąga i lipienia Okręgu Gdańsk.). W praktyce oznacza to całkowite wyłączenie tego odcinka jako miejsca koncentracji troci, również z połowów lipieni i np. pstrągów tęczowych, także dla metody muchowej.



Widok jazu Reda Ciechocino ... jak widać to archaiczna konstrukcja i bardziej sprzyja od lat poborowi wody dla stawów rybnych, położonych na prawym brzegu rzeki Redy, niż migracji ryb. (Pozwolenie wodnoprawne udzielone 14 sierpnia 1998 roku Gospodarstwu Rybackiemu – Hodowli Ryb Łososiowatych „Reda”). W 2010 roku pojawiała się informacja o planach przebudowy tego obiektu. Jednak zawarte treści w opisie planowanego przedsięwzięcia publikowanego przez ZO Gdański, nie rokują szybkiej zmiany na lepsze.  Przepławka w Ciechocinie

Wracając do dnia bieżącego, troć licznie stawiła się pod samym jazem. Dziś miałem okazję dość długo obserwować próby pokonania przez ryby ostatniej przeszkody ku górnym odcinkom rzeki. Przyznam, że czając się z aparatem przez 1 godzinę odnotowałem sześć udanych prób przedostania się ryb w górę rzeki. Kolejne widoczne były co rusz, wynurzając się z pienistej kipieli a wszystkie, co najważniejsze były w doskonałej kondycji i słusznych rozmiarów, czyli nie widziałem ryb dotkniętych UDN. 



Jak zdrowe są ryby, niech świadczy ich szybkość pokonania niezbyt technicznie dogodnej przeszkody, bo mimo starań udało mi się tylko trzy razy uwiecznić ten wspaniały spektakl natury. I nie jest to kwestia możliwości fotograficznej kamery a reakcji potrzebnej na naciśnięcie migawki, gdy nagle ryba pojawia się na sekundę, by za chwilę zniknąć w czeluściach wylewającej się wody. 

Nie oznacza to pewnie, że jak w ubiegłych sezonach nie uświadczymy chorych ryb, te jednak dostrzec będziecie mogli  niestety podczas lipieniowych wypraw w górnym odcinku Redy. Póki co możemy się cieszyć i sycić wędkarskie zmysły widokiem okazałych ryb w drodze na tarliska.




Okolice jazu powoli pustoszeją, choć nadal można spotkać tam wędkarzy. Nikt nie zgłasza ryby wiec częściej można ich zastać przyglądających się poczynaniom troci, próbujących pokonać wodną przeszkodę. Jeszcze tylko zawody miejscowego koła PZW w ostatni weekend września i miejsce to odpocznie (nie licząc kłusowników) aż do pierwszego stycznia.


17.09.2015

Gdy z nurtem płyną mirabelki


Reda, powróciłem nad jej brzegi po kilku miesiącach absencji. Praktycznie od czerwcowej suchej muchy nie odwiedzałem lipieniowych miejscówek. Pewnie za sprawą niespotykanie upalnego lata i suszy, choć nie wiem w jakim stopniu brak wody dotknął pomorską rzekę w tamtym czasie. Ostatnie ulewne deszcze rokowały normalny jej poziom i faktycznie miło było zastać Redę w dobrej kondycji, również w kwestii ilości i barwy wody. 

Przyjemnie było też odnaleźć liczne lipienie, które przetrwały kolejną połowę sezonu. Chętnie meldowały się muchowym zestawie a złowienie kilku sztuk na niewielkim odcinku rzeki nie stanowiło kłopotu. To oczywiście ładnie wygląda w opisie, ale Reda jak wielokrotnie pisałem to rzeka wymagająca rozpoznania bojem lub przewodnika, bo można penetrować setki metrów jej koryta i bez względu na umiejętności nie spotkać ani jednej ryby wartej wędkarskich zmagań. 


To co przynajmniej dziś było moją obserwacją to obok niezłej wielkości ryb wyrażanej w centymetrach, dość wyraźnie objawiała się ich niewielka masa a wręcz chudość, choć dzielnie walczyły na zestawie dając klasyczne emocje.  Lipienie sprawiają wrażenie solidnie niedożywionych i można przypuszczać, że warunki tegorocznego lata mogły mieć wpływ na ich bazę pokarmową. Kiedy przypomnę sobie wizerunek opasłych ryb z okresu jętki majowej, to te dzisiejsze wyglądają przy nich jak śledziki. No cóż idzie jesień, najpiękniejszy czas dla entuzjasty połowu lipieni a i one same pewnie jesiennym obżarstwem nieco nadrobią swoją mikrą posturę.


Sama rzeka nadal w letnim nastroju. Zarówno w przypadku barw szaty roślinnej oraz turystycznych zwyczajów. Środkowy dzień tygodnia jest czasem spływu kajaków i tylko rozhukane osiłki i dumne głowy rodziny zastąpione zostały u wioseł przez nieco młodsze pokolenie. Może to lekcje wychowania fizycznego, bo raczej młodzież w tym czasie powinna być w szkole.  Jeśli to WF, lub inna forma aktywności fizycznej inspirowanej przez szkołę to i tak lepiej niż utrata przytomności na portalu społecznościowym, przy ekranie komórki lub innym podobnie intensywnym zajęciu. Jakoś dziś kajaki mi nie przeszkadzały, bo cicho i w miłej atmosferze przemknęły obok mnie a kolejnego lipienia podniosłem tuż za dziobem ostatniej łódki.



Kiedy nad rzeką jest spokój i miła atmosfera w kontakcie z napotkanymi ludźmi, nie ma pośpiechu, a ryby niejako same się łowią. Nawet kilka zerwanych zestawów nie było w stanie choć na jotę popsuć mi nastroju, mimo że do cna wyczerpały zapasy much z ubiegłego sezonu. Jak fajnie jest się nie spieszyć, nie czuć na plecach oddechu innego wędkarza, który ściga się po rzece w nadziei przerzucenia niezliczonych ilości ryb. Wystarczy poddać się rytmowi rzeki, urokowi spokojnego nurtu. Można odłożyć wędzisko i pozbierać śliwki mirabelki, które nabrzeżne drzewo wypełni plecak w miejsce ubitych lipieni.



16.09.2015

Największy skandal w dziejach polskiego sportu muchowego

Prawdopodobnie mamy do czynienia z największym skandalem w dziejach polskiego sportu muchowego. Jeszcze niedawno, w ostatniej publikacji " Wędkarski Gentleman's agreement" zwracałem  uwagę na nieetyczne motywacje i postawy wędkarzy ubiegających się o wędkarskie nagrody i tytuły w zawodach towarzyskich, wskazując źródło tej patologi  w kwalifikowanym sporcie muchowym.

Niedługo trzeba było czekać, by stawiane w tym artykule kwestie znalazły potwierdzenie w odsłonie tegorocznego sezonu zawodów muchowych. Szczególnie, że ZG PZW swoją decyzją jednoznacznie określił zasady punktowania na zawodach wędkarskich, uznając, że punktowanie ryb niewymiarowych jest zabronione, niezgodne z prawem i nieetyczne. Dokładniej rzecz ujmując nie tylko mierzenie, noszenie do sędziego i podobne zabiegi ale zgłaszanie takich ryb do klasyfikacji i zapisywanie w kartach startowych i przyznawanie im punktów.

Największy skandalem w dziejach polskiego sportu muchowego należy nazwać nadal trwający proceder zaniżania wymiarów ochronnych na zwodach oraz całkowite lekceważenie zaleceń ZG PZW, także przepisów prawa, których wykładnia w tym przypadku jasno została wyrażona przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi i była podstawą wspomnianej decyzji ZG PZW.

Przez grzeczność przemilczę już sam fakt rozgrywania jakikolwiek zawodów na rybach łososiowatych w tym sezonie na umęczonych katastrofalną suszą polskich rzekach, skupiając się na faktach. Jak donoszą "Wiadomości Wędkarskie" w swoim artykule z dnia 18 sierpnia bieżącego roku rozegrano "Puchar Białki". W relacji z tej imprezy czytamy: "Zawodnicy wspólnymi siłami złowili 353 ryby w tym ponad 80 wymiarowych. Oczywiście zmagania zorganizowane zostały w myśl zasady C&R więc, wszystkie ryby wróciły do wody."  Puchar Białki czyli firmowa impreza tamtejszego koła wędkarskiego PZW

Z relacji świadków tego "wydarzenia" jasno wynika, że wszystkie, w ogromnej ilości ryby niewymiarowe zostały zgłoszone i uznane w punktacji w postaci zapisu w kartach startowych - za każdą niewymiarową rybę zawodnik otrzymywał 100 punktów, To jawne złamanie prawa, szczególnie wobec ostatecznej decyzji ZG PZW. W tym miejscu na nic zdają się tłumaczenia winnych tego delikatnie rzecz ujmując wykroczenia, które wyrażane były w dyskusji na FB, cytuje:

-  Jestem mocno zdziwiony, że organizator zawodów zlekceważył obowiązujące prawo i stanowisko ZG PZW, które wyraźnie się wyraziło, że punktowanie niewymiarowych ryb jest niedozwolone i nieetyczne ! Szkoda, że wspomnienie o tych zawodach będzie miało posmak skandalu.
-   Byłem na "TYCH" zawodach ale nie startowałem , chodziłem obserwowałem , robiłem zdjęcia i wierz mi albo nie ryby nie miarowe były tylko zgłaszane przez podniesienie ręki, nie było mowy o noszeniu ich do sędziego. Zawodnik tylko podnosił rękę po złowieniu. Nie przesadzajmy.
-   W mojej ocenie sytuacji nie ma żadnej przesady. Organizator złamał regulamin PZW i zarazem popełnił wykroczenie wobec obowiązującego w Polsce prawa. Chyba ktoś nie rozumie, że sportowa rywalizacja powinna opierać się zawsze na zasadach "fair play" !
-   Może i masz rację mówiąc o prawie, weź jednak poprawkę na to ze ryby nie były mierzone w rynnach ale tylko sygnalizowane poprzez podniesienie ręki lub podbieraka jak Powiedział Franek. Tym samym reguła nie została drastycznie złamana.

Rodzą się pytania:

Czy Zarząd Główny PZW jest ubezwłasnowolniony i bezradny wobec łamiących prawo organizatorów  i uczestników zawodów muchowych?. Czy jak to miało miejsce w ubiegłych sezonach, nadal biernie przyglądać się będzie zorganizowanemu kłusownictwu, za które odznacza się działaczy i honoruje tytułami i nagrodami zawodników?. Czy może jak miał w zwyczaju, pogrozi tylko palcem w postaci zdawkowego komunikatu na związkowym portalu  internetowym ustami Rzecznika prasowego - "Polacy nic się nie stało"?

Szanowny Kolego Prezesie Zarządu Głównego, może już czas ruszyć 'święte krowy" polskiego sportu muchowego. Może już czas przestać kompromitować swoją osobę i wagę decyzji najwyższych władz związkowych. Może to już czas by ZG PZW sprawował nadzór nad przebiegiem zawodów muchowych, wysyłając swojego obserwatora, który patrzeć będzie na ręce organizatorów, sędziów i startujących, skoro z Warszawy nie widać jawnego łamania prawa.

Sugerujemy również kolejną decyzję ZG PZW, wychodzącą na przeciw pokusom organizatorów, by regulaminy zawodów muchowych jasno określały w formie zapisu gatunki ryb dopuszczanych do punktacji a szczególnie w tabelach wyników pozycja -  Ryby inne, jasno została sprecyzowana z wyszczególnieniem możliwych do umieszczenia w niej gatunków. Posuwając się dalej, została całkowicie usunięta z karty startowej a zestawienia wyników precyzyjnie określały gatunki punktowanych ryb. To postulat wobec doniesień o nieprawidłowościach podczas innych zawodów muchowych w bieżącym sezonie, gdzie niewymiarowe lipienie punktowano i wrzucano do  pozycji "Ryby inne"

Jak wynika z przytoczonych wypowiedzi w przypadku Pucharu Białki, uczestnicy oraz organizatorzy starają się pomniejszyć wagę wykroczenia a co gorsza w przypadku innych tegorocznych zawodów muchowych opór wobec słusznej decyzji ZG PZW, podsuwa kolejne pomysły jak ominąć a rzecz nazywając po imieniu - złamać prawo. To efekt poczucia bezkarności i przekonanie prawie wszystkich zainteresowanych o małej szkodliwości czynu a co za tym idzie bierności opinii publicznej i zaniechaniu karania przez stosowne organy państwowe i związkowe. 

Zapewniam, że w tej sprawie nie jesteśmy bierni i jako część wędkarskiej społeczności domagamy się wreszcie wyciągania konsekwencji wobec organizatorów i uczestników zorganizowanego kłusownictwa na zawodach muchowych. Przyglądamy się też z uwagą pozostałym imprezom muchowym o znamionach sportowych, które coraz trudniej nawet takimi nazwać wobec łamania prawa, zasad Fair Play oraz etyki. Przyglądamy się tegorocznej edycji" Jesienny puchar Sanu" organizowanej przez ZO Krosno i sposobie punktowania, którego nieprawidłowości zgłaszają postronni obserwatorzy, wskazując udział niewymiarowych lipieni w zakamuflowanych wynikach zawodów ... ale to osobna opowieść. Przyglądamy się z uwagą również poczynaniom osób, które najgłośniej oponowały wobec zmian jakie swoją decyzją wprowadził ZG PZW ... 



14.09.2015

Wędkarski Gentleman's agreement

Są takie chwile w życiu człowieka, gdzie gentleman's agreement winien być nienaruszalną zasadą w relacjach. Dotyczy to również nas wędkarzy a okazją by zasada ta miała prawdziwy wymiar jest spotkanie kolegów nad wodą, zwane zawodami towarzyskimi. Te natomiast zwykle organizowane są ze szczególnej okazji a co ważniejsze pod patronatem i ku czci naszego nieżyjącego już Kolegi, którego wędkarskie życie warte jest wspominania a osiągnięcia i moralna oraz etyczna postawa służyć ma za wzór dla kolejnych pokoleń. To zobowiązuje, by uczestnicy spotkań tego rodzaju choć próbowali swoim zachowaniem nawiązać do wartości jakie stanowią cel oraz przekaz zawodów towarzyski zwanych memoriałem. 

Niestety owe spotkania towarzyskie zwykle noszą znamiona zawodów lub są nimi wprost. Mają one najczęściej liberalne regulaminy, gdzie każdy sobie sędzią we własnej sprawie i we własnym sumieniu. Recz oczywiście dotyczy sposobu zgłaszania ryb do punktacji, kiedy każdy z uczestników zakładając a raczej nie kwestionując uczciwości kolegów zgłasza bez jakiejkolwiek kontroli złowione a następnie wypuszczone ryby. Jednym słowem prowadzi samodzielnie zapis w kartach startowych, by ostatecznie zgłosić ryby do klasyfikacji. Poczynaniom takim zwykle towarzyszy pula nagród, czasem oryginalnych w swojej formie, czasem wartościowych materialnie lub sentymentalnie. Na przygotowanie których organizatorzy nie szczędzą pomysłów, pracy oraz inwencji a często pieniędzy. Do puli tej dołączają nagrody sponsorów i firmowych patronów, ostatecznie czyniąc chwilę wyłonienia zwycięzców najważniejszą częścią tego dnia.

Czy jednak jedziemy na towarzyskie zawody po nagrody?. Jak uczy moje doświadczenie ostatnich lat, tak niestety coraz częściej się dzieje. Niestety do formuły memoriałów od lat wkrada się duch "sportowy" rodem ze sportu kwalifikowanego a przykładów na wypaczenie idei memoriału mamy sporo. Choćby w postaci zaniżania wymiarów ochronnych poniżej zapisanych w regulaminach łowisk. To bezsensowny i bezmyślny proceder, ale obok niego pojawiło się kolejne zjawisko - wygrać przez oszustwo. 

Pokusa zwycięstwa "zawodowych" zawodników, którzy coraz chętniej nawiedzają takie imprezy, przypomina już gonitwę za potencjalną ofiarą, gdy tylko zwietrzą kolejnych pucharek wystawiony przez organizatorów. Niestety co raz częściej wtórują im niedzielni wędkarze zapatrzeni w zawodniczą pogoń za tytułami i nagrodami. Zmusza to organizatorów do zmiany sposobu punktacji i zapisu złowionych ryb. To co do tej pory stanowiło największą wartość memoriałów, czyli gentleman's agreement staje się zasadą niemożliwą do realizacji. Bo jak wobec nieuczciwości startujących, nie wprowadzać obostrzeń regulaminowych i choćby wzajemnej kontroli w parach, Wobec nieuczciwego dopisywania ilości złowionych ryb lub zawyżania ich wymiarów w kartach startowych.

Bywają też sytuacje odwrotne, gdzie podejrzliwość lub inne równie niskie pobudki organizatorów doprowadzają do sytuacji upokarzania szanowanych wędkarzy. Dotarły wieści o jednym z renomowanych ogólnopolskich spotkań pstrągowych o charakterze memoriału, gdzie lokalny "Działacz" obrażony tym, że został w czym tam pominięty - z grupą swoich popleczników kontrolował uczestników tychże zawodów, przeglądając plecaki i każąc odwijać wodery w poszukiwaniu ryb.

Przyczyn tak nieuczciwych lub szykanujących postaw nie należy szukać daleko, bo już wielokrotnie o tym pisałem. Tam gdzie nagroda za wyniki wędkowania, tam budzą się demony, niezdrowe emocje, partykularne interesiki i pokrętne myśli. Wszelkie memoriały czy szczerzej ... wędkarskie spotkania towarzyskie, nie powinny nosić choćby znamion zawodów. To dość hermetyczne imprezy, gdzie organizatorzy zapraszają kolegów o określonym i znanym dorobku, etyce i praktyce, choć nie panują już nad zaproszonymi kolegami kolegów. Jednak ta podstawowa grupa stanowi środowisko, w którym bez trudu odnaleźć można ludzi, uczciwych, ciekawych. z dorobkiem i pozytywnych przekazem, którzy wobec opisanych praktyk wrzucani są do jednego worka. 

Jeśli już musimy nagradzać kogoś podczas memoriałów to zostawmy na boku sportowe zmagania, oddając się tego dnia czystej przyjemności wędkowania oraz zaletom części kulinarnej i towarzyskiej. Nagradzajmy zaproszonych gości, honorując ich dorobek i w ten sposób wyrażajmy dla nich uznanie, choćby już przez sam fakt zaproszenia. Obok nas żyją Koledzy nestorzy, również wędkarze z młodszego pokolenia, których barwne i egzotyczne wyprawy robią nam oczy jak szklanki. Niech przy wspólnym ognisku odżywają ich wspomnienia i nasze, te gorące z wydarzeń mijającego dnia ... to nagroda dla uczestników obok pięknych ryb, które były naszym udziałem.

Na zakończenie ... wiele memoriałów odbywa się jesienią. Może to okazja by stały się imprezami wyłącznie suchej muchy. Piękne to i praktyczne. Piękne bo to odwołanie do korzeni wędkarstwa muchowego. Praktyczne, bo nie pojawią się "zawodowi" łowcy nagród, dla który sztuka jesiennego chrusta oraz jęteczki jest obca.

10.09.2015

Co nam mówią barwy ryb


Zmiany ubarwienia ryb mogą być powolnym procesem ewolucyjnym, mającym na celu jak najlepszą adaptację gatunku do środowiska lub relatywnie krótką w czasie reakcją osobniczą na lokalne warunki bytowania. Stąd w wodzie o dużym naświetleniu i mniejszej przeźroczystości obserwujemy np. u okonia barwy pastelowe lub w wodzie klarownej gdzie panują duże kontrasty, bardziej jaskrawe. Ewentualnie bardzo ciemną tonację u ryb bytujących na większych głębokościach z racji niewielkiej ilości docierającego z powierzchni światła. To jednak procesy odwracalne, bo wystarczy osobniki przenieść do innego akwenu i warunków, by uwidocznione wcześniej cechy ubarwienia uległy zmianie.



Niewiele jest natomiast gatunków ryb oprócz bałtyckich płastug, a dokładniej nie znajduję przykładów pośród innych rodzin w naszej strefie klimatycznej, które potrafią szybko reagować zmianą barwy w odpowiedzi na bodźce emocjonalne lub stosować tak nagłą zmianę ubarwienia jako mechanizm obronny (ochronny).

Zmiany ubarwienia umożliwia obecność w skórze komórek pigmentowych, zwanych chromatoforami. Pigmenty bywają czerwone, pomarańczowe, żółte lub czarne, a ich ujawnienie się jest sterowane układem nerwowym i mięśniowym. Kolory mogą ujawnić się pojedynczo bądź w połączeniu barw dających różne odcienie. Głównym bodźcem zmian ubarwienia u płastug jest oczywiście charakter dna, czasem przebierają one także pod wpływem nagłych zdarzeń powodujących np. zaniepokojenie.   

Spoglądając na stornię, gładzicę i zimnicę, zwykle widzimy ciemną, choć o różnym odcieniu stronę wierzchnią oraz poziomo przemieszczony bok ryby w kolorze białym, ten przylegający do dna. O ile barwy, odcienie i desenie górnej strony, wystawionej na widok drapieżników muszą stanowić kamuflaż, o tyle druga strona pozostaje neutralna. Czasem jednak i ona ulega zabarwieniu w różnym stopniu pokrycia i nasycenia. W tym miejscu pojawia się czwarty czynnik mający wpływ na zmianę barwy, czyli objaw chorobowy. 

Na zamieszczonych zdjęciach storni widzicie takie zmiany zwane melanizmem. Dla porządku rzeczy przytoczę w tym miejscu definicje tego pojęcia (Wikipedia) " Melanizm (gr. mélas, mélanos – czarny) – brunatne lub czarne zabarwienie skóry lub jej wytworów wynikające ze zwiększonej zawartości melaniny – ciemnego pigmentu w chromatoforach (komórkach barwnikowych). Występuje zarówno u bezkręgowców, jak i kręgowców. Może być formą adaptacji do środowiska lub występować jako zaburzenie chorobowe.

W przypadku naszych płastug taką kwalifikację przyjęto w opracowaniu" Badania nad patologią ryb południowego Bałtyku", plik PDF, dostępny w sieci pod hasłem tytułu, cytuję:
"Z innych objawów chorobowych u płastug obserwuje się zmiany pigmentacyjne w postaci melanizmu na spodniej części ciała (ryc. 13). W porównaniu z limfocytozą ryby takie nie stanowią problemu handlowego i nie są dyskwalifikowane do spożycia."



Spoglądając na ostatnie zdjęcie możecie być spokojni wobec hasła - choroba. Szczególnie że dość mamy przykładów groźnych zmian chorobowych oraz infekcji pasożytniczych u ryb bałtyckich. Ten ostatni wizerunek ilustruje daleko zaawansowany proces przebarwienia, bardziej przypominający " wyłączenie" mechanizmu genetycznego sterującego naturalnym układem barw u płastugi, niż jakąś straszną zarazę. (widok brzusznej strony storni).


03.09.2015

"Przeciwpowodziowe grzechy lobby hydrotechnicznego" Autor Robert Kostecki

Podobno Polska posiada jeden z najmniejszych w Europie zasób wód powierzchniowych, a przecież woda jest podstawowym czynnikiem decydującym o życiu i zdrowiu człowieka, stanie środowiska naturalnego oraz o możliwościach zrównoważonego rozwoju. Zapewnienie wody dobrej jakości i w odpowiedniej ilości wymaga różnych działań na obszarach rolniczych i leśnych, w tym prawidłowego gospodarowania wodą w granicach zlewni hydrograficznych.

Zastanówmy się, co spowodowało, że doczekaliśmy się tak gwałtownych wezbrań rzek już po parodniowych obfitych opadach oraz totalnej suszy w miesiącach nie tylko letnich, ale także wiosennych i jesiennych.

Przed wojną na terenie obecnej Polski, w porównaniu ze stanem obecnym – była woda, co sprzyjało funkcjonowaniu kilkudziesięciu tysięcy małych stopni wodnych: zastawek, jazów, młynów wodnych, itp. Każde takie spiętrzenie, oprócz gromadzenia wody, podnosiło dodatkowo poziom wód gruntowych w najbliższym sąsiedztwie, spowalniając odpływ i sprzyjając magazynowaniu znacznych ilości wody bezpośrednio w glebie. Obecnie z tych małych stopni wodnych pozostały niedobitki. Podstawową rolę w retencjonowaniu wody spełniały jednak: mokradła, bagniska, starorzecza, „oczka” śródpolne, itp. naturalne rezerwuary wody.

Po wojnie postawiono na budowę socjalizmu, który charakteryzował się megalomanią i gigantomanią rozciągającą się na wszystkie zakresy panowania reżimu narodowosocjalistycznego, w tym m.in. na budowę wielkich zbiorników retencyjnych, prostowanie i betonowanie tysięcy kilometrów koryt rzecznych, meliorację nastawioną głównie na osuszanie ww. naturalnych rezerwuarów. Mała retencja, w rozumieniu szczegółowym vel przestrzennym, poszła w zapomnienie. 

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat pojęcie melioracji zawężono wyłącznie do aspektu osuszania terenów podmokłych oraz minimalizowania strat rolniczych wynikających najczęściej z zalewania i podmywania przyrzecznych łąk. Przyświecało temu hasło przywracania rolnictwu terenów użytkowych, co się zresztą nie powiodło. 

Powszechnie była znaną ścieżka „załatwiania” tego rodzaju przedsięwzięć. Inspektor terenowy zarządów melioracji ruszał w teren, gdzie „opijał” (bynajmniej nie wodą) zgłoszenie lokalnego sołtysa, poparte lamentem rolnika, jakie to szkody przynosi mu pracująca rzeczka. W centrali skrzętnie gromadzono wszelkie takie zgłoszenia, aby pod koniec roku zasiąść do tworzenia przyszłorocznego planu robót. W ruch szły piły, koparki, łopaty i młoty. W ten sposób człowiek dla zaspokojenia swoich rzekomo żywotnych potrzeb wprowadzał zmiany w środowisku naturalnym, często naruszając równowagę przyrody. Bezwzględne stosowanie techniki, bez liczenia się z tym, że krajobraz jest biologiczną całością, swego rodzaju organizmem rządzącym się własnymi prawami, spowodowało szereg zaburzeń i katastrofalnych szkód. Do tego doszło wycinanie lasów i zagajników w pasach przyrzecznych. To wszystko wywołało klęski powodzi, zmywanie gleb, kontynentalizację klimatu i zaburzenia w krążeniu wody. Mechaniczne regulowanie rzek i potoków spowodowało szybszy odpływ i pogłębienie koryt, a w następstwie – osuszanie pewnych obszarów. Usuwanie drzew, krzewów i zarośli z terenów rolniczych otworzyło drogę szkodliwej działalności wiatrów, zwiewających i osuszających gleby.

Teraz, kiedy widać już gołym okiem skutki nieprzemyślanych, wieloletnich zabiegów hydrotechnicznych – podnosi się larum, za którym stoją te same środowiska, które wcześniej nawoływały do chronienia przed rzeką areału rolnego. Wiadomo, że mamy do czynienia z lobby hydrotechnicznym, które szykuje dla siebie nowy front robót. A, że ma olbrzymią siłę przebicia zarówno we władzach lokalnych jak i centralnych, należy spodziewać się najgorszego dla ledwo już dyszących naszych ukochanych „łososiowatych” potoków i rzek. 

W mediach, co i rusz, słyszy się o wieloletnich zaniedbaniach (samokrytyka) w dziedzinie budowy małych i średnich zbiorników wodnych, co ma doprowadzić w niedalekiej przyszłości do prawdziwej katastrofy. Jednym z elementów prawidłowej gospodarki wodnej mają być działania z zakresu małej retencji w pojęciu głównym vel podstawowym, których zadaniem jest zwiększenie zasobów dyspozycyjnych oraz potencjalnych zdolności retencyjnych małych zlewni w celu ochrony przed powodzią i suszą, z jednoczesną poprawą walorów przyrodniczych środowiska naturalnego (sic!). Padają sformułowania, że deficyt wody powoduje zmniejszenie ilości wody dostępnej dla ludzi i zwierząt, wpływa na gorsze plonowanie roślin i – w sensie ogólnym – ogranicza rozwój gospodarczy, a ochrona wód w Polsce, zwłaszcza w kontekście coraz gwałtowniejszych anomalii pogodowych i towarzyszących im niekorzystnych zjawisk, głównie powodzi i suszy, nabiera szczególnego znaczenia. 

Antidotum na powyższe ma być, gdzie się da, spiętrzanie cieków wodnych, poprzez budowę wielozadaniowych zbiorników wodnych, oczywiście z funkcją energetyczną i przeciwpowodziową, no i obowiązkowo z przepławkami (przy obecnych przepływach, to jak umarłemu kadzidło). Przypomniano sobie, że w związku z pilną potrzebą działań w zakresie powiększenia zasobów wodnych Polski już w roku 1995 podjęta została inicjatywa rządowa dotycząca intensyfikacji działań na rzecz poprawy stanu odbudowy oraz zwiększenia ilości realizowanych przedsięwzięć z zakresu małej retencji wodnej. Na tę okoliczność Ministrowie Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej oraz Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa podpisali 21 grudnia 1995 roku porozumienie, a 11 kwietnia 2002 roku podobne porozumienie zostało podpisane między Ministrem Środowiska, Ministrem Rolnictwa i Rozwoju Wsi, prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz prezesem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, popierające rozwój małej retencji w Polsce. Porozumienia te określają formy organizacyjne i zasady finansowania oraz wspomaganie działań w zakresie retencjonowania wód powierzchniowych. Aktualnie więc, Zarządy Melioracji i Urządzeń Wodnych przystąpiły do wykonania nowych „Programów małej retencji wodnej… na lata 2016-2030”.

Boję się tylko o jedno, że dojdzie wyłącznie do realizacji retencji podstawowej, a nie do pożądanej retencji szczegółowej. Czyli, że zabudowa piętrząca obejmie ledwo już płynące cieki podstawowe, co dodatkowo naruszy  ich ciągłość biologiczną (zabudowa poprzeczna), zwiększy parowanie z powierzchni powstałych zbiorników i spowoduje migrację pionową wody, zwiększy zamulenie i podniesie temperaturę wody poniżej spiętrzeń, a to w konsekwencji zdegraduje charakter nielicznych już odcinków i cieków podgórskich i górskich. 

Zabiegi związane z małą retencją wodną można podzielić na techniczne i nietechniczne. W głównej mierze techniczne powinny być realizowane poprzez działania szczegółowe vel przestrzenne, do których zaliczamy retencjonowanie wód powierzchniowych w małych zbiornikach wodnych opartych na odpływach z systemów drenarskich i sieci rowów; „oczkach” tworzonych na ciekach szczegółowych i kanałach; zalewaniu nieużytków rolnych; jak również podpiętrzaniu tych jezior, przez które nie przepływa ciek podstawowy – „strategiczny” dla innych użytkowników, głównie rybackich. Z uwagi na to, że zasoby wodne powstają w wyniku opadów atmosferycznych, głównie na obszarach rolnych i leśnych, tam też powinny iść masowe nasadzenia obejmujące całe zlewnie, przynajmniej w pasach przyrzecznych.

Robert Kostecki

01.09.2015

Szkółka muchowa nad Dunajcem ... potrzebna pomoc

Jeden z naszych Kolegów, zwrócił się za pośrenictwem portalu FFF o pomoc i wsparcie niezwykle wartościowej inicjatywy. Tekst w całości ...  Szkółka muchowa nad Dunajcem-potrzebna pomoc

Organizatorom przyświeca niezwykle piękne motto:


"Wszystkim zainteresowanym pomożemy poznać tajniki tej pięknej sztuki wędkarskiej a także nauczymy jak z szacunkiem i rozwagą obcować z przyrodą górskich rzek"

Uznałem za oczywiste wspomóc tą inicjatywę, publikując apel Kolegi Jacka Płacheckiego, którego zasadnicza prośba zawarta jest w poniższym fragmencie. Również w imieniu własnym zawracam się o wsparcie Kolegów, bo cóż jest bardziej cennego jak chęci młodych ludzi i zapał oraz entuzjazm nestorów, którzy razem staną nad brzegiem rzeki.

"W trakcie trwania kursu, młodzi muszkarze będą mieli możliwość przystąpienia do egzaminu na kartę wędkarską. Egzamin zostanie przeprowadzony przez uprawnionych kolegów z wędkarskiego koła PZW Szczawnica. Przy okazji chciałbym serdecznie podziękować koledze Andrzejowi Nadziejko za przekazanie do celów szkoleniowych dwóch wędek własnoręcznie zbrojonych oraz kolegom z Sekcji Przyjaciół Raby, którzy wypożyczą nam trochę posiadanego sprzętu. 
Wodom Cześć ! 
Jacek Płachecki 


Jeśli ktoś z wędkarzy może zadeklarować jakąkolwiek pomoc, to proszę do mnie na numer : 501-610-155