23.03.2016

Wielkanoc

No cóż Drodzy Koledzy ... można by coś z okazji Świtą Wielkanocnych o budzącej się przyrodzie. Jednak dla nas wędkarzy czy wiosna czy zima, sezon zawsze w pełni. Zatem życzę Wam odpocznijcie w domowym zaciszu, to i ryby odpoczną od nas. Najedzcie się jak przystało a one w tym radosnym czasie, nie posmakują haczyka. 


Od Kazika Żertki, nie tylko piękne muszki na Wielkanocnego zajączka ale też urocza świąteczna kartka z odręcznie pisanymi życzeniami. Przyznam, że szczególnie cenna, bo w dobie sms-ów i mali, sztuka pisania życzeń w formie papierowej to zanikający zwyczaj.


20.03.2016

Troć, czy łosoś ...?

Połów troci w rzekach to wędkarstwo z historią. Połów łososiowatych w morzu to dynamicznie rozwijająca się dziedzina wędkarstwa w naszym kraju. W obu przypadkach wielu kolegów pierwszy raz ma okazje zmierzyć się tymi rybami. Niekiedy jednak rozróżnienie gatunków stanowi kłopot. Zarówno troć (morski pstrąg) jak i łosoś bytują w tych samych akwenach stosując podobną strategię przetrwania. Zgodnie z resztą jak ich ofiary, czyli śledź i szprota. Myślę tu o ubarwieniu, srebrzystym pozwalającym ukryć swoja obecność w morskiej toni w relacji drapieżnik - ofiara i odwrotnie.

Zatem ubarwienie troci i łososia nie jest najlepszym wskaźnikiem przynależności gatunkowej. Pominę oczywiście różnice osobnicze, zmiany środowiskowe i okres rozrodczy, bo interesują nas przede wszystkim ryby intensywnie żerujące w doskonałej kondycji czyli srebrniaki. Niekiedy słynne trociowe kropki w kształcie krzyżyków zostają rozmyte, do złudzenia przypominając kropki na łososiu. Ogólne srebrzyste ubarwienie wynikające z przystosowania do wód morskich praktycznie do złudzenia upodobnia oba gatunki. W tym miejscu możemy też się spierać o zasięg obu ryb jako wskaźnik gatunku, zależnie od odległości występowania w stosunku do linii brzegowej. Jenak to nienajlepszy doradca, bo doświadczenia wędkarzy  bywają zaskakujące.

Czym zatem kierować się uznając rybę za toć lub łososia, nie wdając się w daleko idące dywagacje. Te nieuchronnie zaprowadzą nas na meandry badań anatomicznych a nawet genetycznych, bo jak długa historia połowu łososiowatych, tak długo trwające spory co jest czym - pstrągiem, trocią czy łososiem. By rzecz do minimum uprościć w ocenie przynależności gatunkowej troci i łososia występujących w naszych, przybrzeżnych wodach Bałtyku, proponuję dwa kryteria - kształt nasady ogona i płetwy ogonowej oraz kształt głowy. Na zdjęciach poniżej prezentujących oba gatunki wyraźnie widać wspomniane różnice. (ryby o podobnych rozmiarach, odpowiednio 90 i 80 cm) 

U łososia głowa jest wyraźnie dłuższa, podobnie jak szczęki. Ogon o wyraźnym kształcie trójkąta, podkreśla wąska nasada płetwy ogonowej. To słynna cecha umożliwiająca chwyt "za ogon" podczas lądowania ryby.

U troci głowa jest krótsza, również szczęki. Ogon bardziej owalny a jego kształt podkreśla szeroka nasada płetwy ogonowej, praktycznie uniemożliwiająca wspomniany chwyt przy podbieraniu troci.


1. Łosoś (Salmo salar)


2. Troć wędrowna (Salmo trutta) 

To oczywiście duże uproszczenie na potrzebę naszych wędkarskich relacji i klasyfikacji. Można oczywiście przyjąć słynną zasadę, że do 50 cm to pstrąg, powyżej, do 80 cm - troć a wszystko co większe to łosoś ... i takich jak te ostatnie ryb wam życzę, bez względu jak je nazwiecie. 

19.03.2016

W dniu Wędkarza ... ludzkim głosem

Z definicji - WIKIPEDIA ... "Dzień Wędkarza – ustanowiony 19 marca 2007 przez Nadzwyczajny Krajowy Zjazd Delegatów PZW dla upamiętnienia powstania Polskiego Związku Wędkarskiego (19 marca 1950 roku). Jest to święto nie tylko dla wędkarzy. W przekonaniu delegatów Zjazdu, a także wędkarzy, jest przede wszystkim świętem wiosny, budzącej się do życia przyrody i czystego środowiska, w którym wędkarze pragną żyć i wędkować.

Dzień Wędkarza stanowi również okazję do zademonstrowania stanowiska PZW w walce z kłusownictwem i przestępczością nad wodami. Wykorzystywane są doświadczenia i dorobek Policji, Państwowej i Społecznej Straży Rybackiej po to, aby przedstawić społeczeństwu skalę tych patologii, zaangażowanie i determinację PZW w ich zwalczaniu, a także wyróżnić najbardziej zasłużonych w tej dziedzinie." ... koniec cytatu.

To znakomita okazja, by obok życzeń, laurek i bankiecików pochylić się nad drugą częścią przytoczonej definicji a dokładniej nad zdaniem: "Dzień Wędkarza stanowi również okazję do zademonstrowania stanowiska PZW w walce z kłusownictwem i przestępczością nad wodami."

No to czekamy na owe stanowisko w np. sprawie łamania prawa podczas ubiegłorocznych Muchowych Mistrzostw Polski oraz innych zwodów mniejszej rangi. Może Dzień Wędkarza to takie nasze Boże Narodzenie i ktoś z najwyższych władz związkowych, w takim dniu przemówi ludzkim głosem ...

List otwarty do Prezesa Zarządu Głównego Polskiego Związku Wędkarskiego

Niestety ja oraz wielu moich kolegów, nie czujemy już związku emocjonalnego z PZW, mimo dziesiątek lat spędzonych w jego szeregach. Pozostajemy "udziałowcami" w monopolistycznej organizacji, płacąc składki, by mieć dostęp do wód nieomal w całości opanowanych przez powyższy. Pozbawieni głosu, sprowadzeni do przedstawicielskiego sposobu wyboru władz PZW, przyglądamy się jedynie skali nadużyć, niegospodarności i łamaniu prawa. Tak skrzętnie ukrywanych pod medialnym wizerunkiem organizacji rzekomo pełnej sukcesów, prawości i etyki. Nasz głos sprzeciwu grzęźnie w ignorancji, bucie i bezkarności działaczy, gdzie ręka, rękę myje ... lub strach o posady, zaszczyty i profity nakazuje nawet najwyższym władzom związku przymykać oczy na patologię. Milczenie owiec ...

14.03.2016

Pierwszy "łoś"


Mój pierwszy trollingowy "łoś" - 7,5 kg, 91 cm.

Z Piotrem ( alanbelon - FORS) znamy się od wielu lat. Dawniej zabierał mnie swoją łodzią na belony, ostatnio w oczekiwaniu na nowy sezon często spotykaliśmy się nad Redą. Oprócz trociowych prób i przymiarek niejednokrotnie powracał temat łososiowego trollingu na Zatoce. Sprawa wydawała się melodią odległej przyszłości, jak to w planowaniu wypraw bywa, aż tu nagle w sobotę wieczorem telefon od Piotra - potrzebny trzeci do obsady łodzi ... jedziesz?. Trochę marudziłem, że zimno, że grypa mnie rozbiera ale wieść o okienku pogodowym i nowej łodzi Kamila ostatecznie przechyliła szalę. Melduję się o 50.30 w Jastarni.


Kamil na swojej nowej łodzi. Od ilości takielunku i sprzętu można chwycić się za głowę.


Piotr, rzucanie cum i wychodzimy z portu.


Rybacka prognoza pogody sprawdziła się na sto procent. Rano wiatr zaczął zmnieniać kierunek z zachodniego na północno - wschodni, ale o dziwo było relatywnie ciepło przy niewielkich podmuchach i gramolącym się nieśmiało zza chmur słońcu. Dopływamy na łowisko i teraz pierwszy etap mojego wtajemniczenia, czyli montaż wind, wypuszczanie planerów i cały ten skomplikowany rytuał ustawiania wędzisk w trolling. 


Na zdjęciu planer inaczej zwany "pieskiem", czyli pływak odciągający zestaw od łodzi oraz klips przytrzymujący żyłkę.



Dobrą godzinę trwało to całe przedsięwzięcie a mnie przypadło zadanie trzymanie łodzi na obranym kursie. Hmm ... nie taka prosta sprawa, szczególnie gdy od tego zależy jak ostatecznie zestawy ułożą się w toni, bez katastrofy splątania. Z gorszym lub lepszym skutkiem jakoś dałem radę i gdy na wszystkich wędziskach do morza powędrowała szprotka jako przynęta, można było rozpocząć czas oczekiwania na branie.


Godziny oczekiwania na pierwszą rybę, to okazja pogadania o dawnych wyprawach. O kolegach co jeszcze łowią i w morze chodzą, również o tych co z racji wieku lub zdrowia zaglądają już tylko na przystań, gdy łodzie wracają z łowiska. Z Piotrem, o lipieniach Redy, tych jeszcze nielicznych kardynałach i tych przed laty gdy pięćdziesiątaki naginały muchowe wędziska. 


Czas mijał powoli, na radiu cisza nikt nie zgłaszał ryby. Morze lekko kołysało łodzią a powolne obroty silnika prawie nas nie przemieszczały. Robiło się sennie, powieki mi opadały i tylko gdzieś w tle słyszałem już monolog Piotra. Kamil, choć jeszcze młody szyper, jednak z kilkoma latami zawodowego rybaczenia na morzu, pewną ręką prowadził łódź. Widziałem go resztkami świadomości gdy zapadałem w sen.


Nagle ... krzyk - branie. Twoja wędka. W jednej chwili dociera do mnie, że mam okazję na pierwszego łososia. Ryba z windy na 30 - stu metrach, ale multiplikator leniwie oddaje żyłkę. Takie trzy bzyknięcia hamulca, zacinam  ... siedzi. Czuję znaczny opór ale idzie jak wiadro wody. Jednak im bliżej łodzi szarpnięcia ryby są co raz bardziej dosadne i wreszcie, pokazuje się na chwilę. Mam go już blisko łodzi, teraz trzeba zimnej krwi by naprowadzić go między żyłki pozostałych zestawów, unikając splatania. Pod burtą idzie w dół, nieco odjeżdża, ale długi hol widać mocno go zmęczył, bo w drugim podejściu ląduje w podbieraku.


Jest na pokładzie w całej okazałości. Piękna ryba, dynamit kształtu i barwy stworzony przez naturę do polowania. Teraz gratulacje od kolegów jakie należą się łososiowemu prawiczkowi. Gęba mi się cieszy, spoglądając na zdobycz, choć gdzieś w tle pojawia się przekorna nutka kolegów ... mały, łowimy dwa razy większe. Ech ... tak sobie myślę, ściemniają. Nasłuchali się opowieści o tych 20 - sto kilowych i szpanują. Usatysfakcjonowany, życzę szczerze kolegom połowu, bo dzień dopiero rozświetla słońce południa. Po chwili wszystko wraca do normy, poza oczywiście moim nastrojem. Łódź płynie dalej a Piotr i Kamil wracają do rutynowych zajęć obserwowania pozostałych zestawów. Tak mija kolejna godzina, może dwie. Jesteśmy już po nawrocie w drodze powrotnej do portu. 


Nadal powracam w myślach do nieodległych wydarzeń, gdy pada kolejne wezwanie ... branie na planerze. Tym razem to wędzisko Kamila. Żyłka z klipsa wypina się z impetem a kołowrotek ostro oddaje metry żyłki. Widzę kolegę jak zaczyna wybierać pierwsze metry zestawu. Tu nie ma żartów, ryba jest z pewnością okazała i sporo większa od mojej. Na rufie robi się ciasno, nie mogę dobrze obserwować holu bo ponownie siedząc za sterem, moim zadaniem jest ułatwić lądowanie łososia Kamilowi. Aż mnie ręce świerzbią do wykonania zdjęcia więc próbuję wcisnąć obiektyw między postacie kolegów uwijających się na rufie, bo ryba jest już w pobliżu burty. Trzymaj kurs ... zostaję skarcony, jednak jakoś jedną ręką udaje mi się wykonać komendę a drugą wcisnąć obiektyw między nich.


Mimo to niewiele mogłem zobaczyć co się dzieje widząc tylko plecy kolegów, ale ich głosy i emocje jednoznacznie wskazywały na dużego "łosia". Jeszcze nie koniec, ryba się nie poddaje i wykonuje piękny odjazd. Kamil wprawnym ruchem ponownie naprowadza ją w kierunku podbieraka.


Wreszcie łosoś ląduje na pokładzie. Widzę jak Kamil mimo kondycji młodzieńczego wieku jest zmęczony. Jednak szczęśliwy gdy pierwszy pomiar wskazuje 108 cm a ciężar, na ile dokładna jest wędkarska waga ... 14,50 - 15,00 kg. 


Kamil ze swoją zdobyczą już spokojnie pozuje do zdjęcia.

Choć rozbudzone niedawnymi wydarzeniami emocje, nakazują wierzyć w jeszcze jedno spotkanie tego dnia, to do godziny 17.00 nic się już nie wydarzyło. Demontujemy zestawy i czas powrotu do portu na pełnych obrotach silnika. Chwilę jeszcze gadamy o sprzęcie już planując kolejną wyprawę.


Wszystkiego słucham z uwagą, ucząc się od kolegów tajników łososiowego trollingu. Każdy szczegół jest ważny, bo zaniedbanie jakości żyłki, czy zły dobór wabików lub przynęty może się skończyć utratą kapitalnej ryby lub okazji do jej spotkania na wędzisku. Na morzu zmiana wachty. Wędkarskie łodzie opuszczają akwen. W radiu słyszymy o sukcesach innych załóg. Niektórzy meldują sześć łososi. Dla mnie jednak najcenniejszy jest te mój, bo pierwszy w moim długim wędkarskim życiu. Nie mniej cenne jest towarzystwo Piotra i Kamila, którzy zechcieli dołączyć mnie do załogi i dzielić się wiedzą i doświadczeniem ... Koledzy, dziękuję.

Gdy my opuszczamy gościnne wody, w morze idą rybacy. Dla nich jednak to praca, ryba to ryba. Dla nas, dla mnie łosoś na kiju to wydarzenie na dobre zapadające w pamięci ... 



06.03.2016

Miałem sen



Pisząc to opowieść spoglądam przez okno a za nim jeszcze ciemności nocy. Właściwie to długo walczyłem ze sobą by zasiąść za klawiaturą w miejsce wyjazdu nad rzekę. Powinienem teraz pakować manele i znikać. Wiem, że jak zostanę, to za kilka godzin domownicy wręczą mi wiertarkę i wieszak, który od trzech lat mam powiesić w przedpokoju. Potem wiadro ze śmieciami i dalej całą listę, w ich mniemaniu męskich zajęć oczekujących na swoją szansę. To jednak takie nudne, wręcz pospolite ... i gdzie tu emocje.

Emocje, adrenalina to słowo kluczowe. Kłopot w tym by przekonać małżonkę i dzieci, że tatuś musi rzucić wszystko i iść na ryby a to czego tam doświadczy jest poświęceniem na rzecz rodziny. Biedaczek siedzi tam w wodzie, zmarznięty, pada deszcz, hula wiatr a on tak się stara by złowić rybkę. Ech ... gdyby to było takie proste.

Pierwszy stopień schodów prowadzących do apogeum emocjonalnych przeżyć to zakup wędkarskiego sprzętu. Przecież wiertarka za tysiąc złotych jest tania ale kołowrotek już nie. Zamiana wartości tych pojęć to pierwsza okazja, by w naszym ciele ruszyła lawina hormonów. Niestety na nic się zdadzą argumenty, że to narzędzie jest do wykonania dwóch dziur w ścianie a kołowrotek na całe życie (tu puszczamy oko sami do siebie lub wykonujemy zgrabny krzyżyk z palców za plecami). Co nam pozostaje - dla świętego spokoju przytaszczyć elektronarzędzie od sąsiada a potem już przy sklepowej ladzie drapać metkę z ceną na opakowaniu kołowrotka a przed wejściem do domu nerwowo sprawdzać czy paragon nie zawieruszył się w kieszeni. Zadziwiające jest jak kobiety nagle garną się do prania akurat tych spodni, w których byliśmy salonie wędkarskim.

Cichaczem ... teraz poziom adrenaliny wzrasta. Przecież w ogóle nie byliśmy w sklepie wędkarskim a w Castoramie oglądać wiertarki. Kochanie mówię ci, były z tylnym hamulcem, przednim, z wolnym biegiem, na pięciu łożyskach, na 10 łożyskach i gdy kobieca wyobraźnia zajęta jest wizją wieszaka na ścianie, zgrabnym ruchem podkładamy kołowrotek. Tu nie ma co kombinować i najlepiej położyć go na widoku. Na ewentualne pytanie, co to? ... odpowiadamy, to mój stary, tylko ostatnio go wyczyściłem.

Wykrywacz kłamstw ... elektroniczne zakupy wymagają szczególnej czujności wręcz staranności by nie pozostawić śladów. Rzeczą zadziwiającą jest jak kobieta potrafi wyśledzić ten jeden wobler w folderze  "obserwuję", gdy całe jego dziesięć stron zajmują dodane tam buty, sukienki i co? - wiertarki. To już tylko mały krok od katastrofy, bo rzeczą oczywistą jest, że zajrzy do folderu "kupione". Teraz na nic się zdadzą tłumaczenia, że urwałem wobler, bo riposta jest przewidywalna - tak pewnie urwałeś dwadzieścia sztuk. Dalej tylko brniemy w pokrętne tłumaczenia, że część to dla kolegi, albo już takich robić nie będą i to zapas na całe życie.

Właściwie wielu na tym etapie może się zatrzymać, bo emocji już nadto. Jednak nadal nade mną wisi widmo dwóch dziur w ścianie. Co czynić, czy mróz, czy deszcz trzeba iść nad wodę w oczekiwaniu wyższego stopnia emocjonalnych uniesień. Tam świat staje się prosty, bo wszystko czego doświadczamy podnosi ciśnienie. Najbardziej splątany zestaw lub zaczep bez widoku odzyskania woblera, akurat w chwili gdy sąsiad oznajmia -  siedzi a jego wędzisko nagina się od ciężaru okazałej sztuki. 

Nie mniej egzaltacji dostarcza ryba życia, która własnie się wypięła pod naszymi nogami w chwili gdy przygodny kolega zgłosił się na ochotnika jako operator podbieraka, kwitując - a taka była wielka. W takich chwilach pada sakramentalne - "Ech, gdybym nie wiedział, że to całe wędkarstwo mnie uspokaja, to bym się wku ..." 

I pewnie tak należy rzecz postrzegać, bo czym ze jest wędkowanie jak nie jednym pasmem udręki dostarczającym ekstremalnych doznań, opisanych w słowniku synonimów: afekt, egzaltacja, ekscytacja, entuzjazm, fascynacja, gonitwa myśli, gorączka, gorączkowość, ożywienie, pobudzenie, podekscytowanie, podniecenie, poruszenie, przejęcie, rozentuzjazmowanie, rozgorączkowanie, rozpłomienienie, uniesienie, wariacja, wrzenie, wzburzenie, zaaferowanie, zachwyt, zafascynowanie.

I tak, dzień pod dniu, rok po roku poddawani huśtawce nastrojów zapewniamy sobie stały dopływ przeżyć, które niektórzy ubierać będą w piękne okoliczności przyrody, śpiew ptaków i szelest liści. Czy wobec niezliczonych wyżej opisanych emocji, które wędkowanie nam dostarcza, warto w ogóle zadawać pytanie - dlaczego zostałem wędkarzem.

Miałem sen ... ostatnio los rzucił moje ciało na stół operacyjny. Leżę ja sobie jak Pan Bóg mnie stworzył a nade mną trzy piękne kobiety w osobach: pani pielęgniarki, pani anestezjolog i pani chirurg, w fartuszkach nader skąpych jak na fundusz zdrowia przystało. Powoli zapadam w nicość, błogi sen narkozy. Co może przyśnić się człowiekowi w tak pięknych okolicznościach ... mnie się cholera przyśniło, że jestem na rybach.

"Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę"