01.06.2016

Wiosenny rożek obfitości


Autor tekstu oraz much ... Kazimierz Żertka

Przełom maja i czerwca. Gorący. Słoneczne dni przetkane krótkimi burzami, łagodzącymi zawieszone wysoko słońce. Woda w rzece stabilna, pod wieczór gęsta od chruścików. Ryby, mimo że żerujące, są wybredne, być może to skoki ciśnienia wywoływane przez burze powodują ich chimeryczność. Czym łowić i jak łowić? To w tym momencie wydaje się oczywiste; trudniej będzie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ryba bierze akurat taką imitację.

Dzisiaj, gdy sprzętowo wszystko jest w zasięgu mierzonego tylko i wyłącznie grubością portfela, sezonowość mody - zwłaszcza w muszkarstwie - urabia nas, zwodzi i wyprowadza trochę na manowce. Wciąż wisi wokół nas atmosfera oczekiwania na rewelację, jeszcze nieznaną, która pozwoli każdemu muszkarzowi zamienić swoje hobby w pasmo sukcesów. Ja jednak namawiam Was do zaufania własnej obserwacji i własnej zdolności analizy. 

Przykład? Czy ryba widzi żyłkę? Takie pytanie jest bezsensowne. Dlaczego? Nie zajmujmy się tym, czy ryba widzi żyłkę, czy nie, tylko w jaki sposób jest dla niej możliwe skojarzenie żyłki ze stanem dla ryby niebezpiecznym. Proste? Chodzi więc nie do końca o to, co jada ryba, lecz co bierze do pyska i także o to, kiedy to robi i gdzie. Jeśli stojąc nad rzeką potrafisz odpowiedzieć na wyżej postawione pytania, na pewno będziesz wędkarzem sukcesu, a jeśli zastosujesz to w praktyce, będziesz mistrzem!

Truizmem jest kolejne przypomnienie maksymy, że im mniej wędkarz i wędka zaburzą stan naturalny łowiska, tym bardziej prawdopodobny będzie pomyślny wynik połowu. Jest więc potrzebne wzajemne dopasowanie się. Wędkarz musi się nagiąć do warunków zastanych i, po rozpoznaniu, zaprojektować własne sposoby postępowania. Jest to szczególnie ważne (i może również trudne) zwłaszcza dla doświadczonych stażem kolegów, bo wymaga od nich dystansu do własnej rutyny. Rozpisałem się ... jednak idąc nad łowisko warto czasem przemyśleć trochę otaczające okoliczności. To my jesteśmy małą cząsteczką natury a nie ona naszą.

Dzisiejsze parne popołudnie nie przynosi burzy. Schodzę nad rzekę. Zawieszona w ścianach wąwozu wilgotność zniechęca chruściki do jego opuszczenia. Ryby są niemrawe, pojedyncze oczka na płaniach nie wróżą oszałamiających wyników. Zresztą, może to właśnie ryb jest niewiele? Obserwuję. Czekam. Na razie tylko kleniki i jelce próbują napchać brzuszki w czas obfitości. Montuję muchówkę pod suchego chrusta. W pudełku, w rzędach, poukładane imitacje na różne okazje. Każda trochę inna i do innych zadań.  Te na płań, lekkie, zwiewne, przetkane delikatnością, z zachowaną proporcją i z pomarańczowym akcentem na końcu odwłoka. Kiedyś w czasach wszelkiej niedostępności ich skrzydełka wykonywałem z taśmy magnetofonu szpulowego. Trzy wielkości: 10, 12 i 14.



Na końcówki płani i miejsca trudniej dostępne - imitacje z podklejonymi i wyciętymi skrzydełkami z ogonowych piór bażanta, czy też indyka, miały wspaniałą cechę, która pozwalała je przytopić lub prowadzić metodą na wleczonego chrusta. Były trwałe i lepiej latały nawet na wietrze. Dwie wielkości: 10 i 12.



Ostatnie suche to niezatapialne rude Goddard Caddis Fly, imitacje, które zachowują się jak spławik na szybkich wlewach, wśród głazowisk, kaskad, jazów. Dwie wielkości: 8 i 10. Dlaczego rude? Tak się utarło. Ten kolor jest dobrze widoczny.



Ten wspomniany pomarańczowy akcent przyszedł z czasem. Odsetek na imitację z pomarańczową zawsze był wyższy. Czemu? Trudno to wyjaśnić; kolor ten zawsze pomagał w równym stopniu przekonać czy to lipienie, pstrągi czy klenie, do pochwycenia przynęty. Najczęściej, jak też i dzisiaj, zaczynam od wlewów. Tu ryba ma najmniej czasu na reakcję. Mimo to staram się być jak najmniej widoczny. Przegapiam pierwsze branie. Zawsze lepiej odpuścić, niż spóźnić zacięcie. Przykładam się. Siedzi. Około wymiarowy pstrąg szybko wraca do swojego królestwa.

Lubię ten czas chruścika. To moment wielkiego żarcia. Namiastka jętki majowej. W poszczególnych latach cykl różni się długością i natężeniem występowania. Zawsze jednak jest wydarzeniem, które potrafi przynieść wspaniałe ryby, w dodatku w otoczeniu jeszcze czystej i aksamitnej wiosennej zieleni. Gdy mamy szczęście i trafimy na czas rybiego amoku, wrzucenie do wody czegokolwiek, co przypomina kształtem chrusta, będzie skuteczne. Jednakże chlebem powszednim tego okresu będzie wyłuskiwanie poszczególnych ryb. Gdy będziemy uważni, łowienie na upatrzonego będzie najpiękniejsze i najbardziej satysfakcjonujące.

Warto też wykorzystać zmierzch. Magiczną porę wielkich ryb. Dziś to półmetrowy pstrąg. Wisienka na torcie. Święty graal. Pięknie się mieni w ostatnim blasku zmęczonego dnia. Jest jak duch. Dobry duch rzeki. Duchów się nie zabija, one tworzą legendę, magię miejsc i zdarzeń. Tworzą jutro, w które czasem tak trudno uwierzyć.

Pozdrawiam Kazik