30.08.2016

Woda przyciąga jak magnes ... cz II - na lipieniowym przednówku


Jak pisałem w części pierwszej, doczekaliśmy się w końcu przepustek od koleżanek małżonek i ostatecznie udało się nam z Kazikiem Żertką stanąć nad brzegiem Redy. No cóż, rzeka nie była łaskawa. Podniesiona woda, mocno trącona praktycznie wykluczała wędkowanie. Wiedziałem o takim stanie rzeczy, jednak trudno odmówić goszczącemu na Ziemi Wejherowskiej koledze choćby próby zmierzenia się z tutejszymi lipieniami. Reda od tygodni wygląda podobnie, gdy po katastrofalnym, jednodniowym przyborze nie może podnieść się z kolan. Okoliczne łąki są tak nasiąknięte, że teraz niewielki deszcz natychmiast sączy z nich mechaniczną i organiczną zawiesinę. A deszczu nie brakuje, mimo że ostatni tydzień i tak był słoneczny i łaskawy.


Kazik z lipieniem Redy, taki wymiarek 35 cm

Kazik pozostał w wyborze przy swoich nimfach, które uznałem za mało na Redę przydatne no i się pomyliłem. Złowił kilka pstrągów i lipienie, choć na końcu muchowego zestawu zawiesił spore nimfy, bo na haczykach w rozmiarze 8. U schyłku lata ja już tak nie łowię, wyznaczając górną granicę haka na rozmiar 10. Do tego konsekwentnie stosując stonowaną kolorystykę, nawet w wodzie jaką opisuję i jaką widzicie na zdjęciach.


Wylot "sieczki" na Redą.


Mnie takie praktyki przyniosły efekt w postaci potokowca, który jakimś cudem namierzył ciemną nimfę na podobieństwo brązki, mimo że na prowadzącej uwiązana była spora i jaskrawa nimfa Kazika widoczna na zdjęciu poniżej. Pomarańczowa główka, pomarańczowy kołnierzyk i czerwone pióro bażanta na tułowiu, do tego czerwony ogonek z szyjnych piór bażanta przynosiły mu nie tylko pstrągi ale też lipienie.


Niezależnie od wyboru nimf tego dnia, miałem okazję zajrzeć do pudełek Kazika. Przyznam, że ilość much liczona w sztukach, mnogość wzorów, kolorów oraz wielkości przytłacza nawet wędkarza, który na co dzień spędza sporo czasu przy imadełku. To praktycznie nieograniczony wybór na każdą wodę, porę roku i dnia z uwzględnieniem lokalnych preferencji ryb oraz ich chwilowych kaprysów. W kolejnej części będziecie mieć okazję zajrzeć do tych pudełek, bo rzecz będzie wyłącznie o muchach. To za sprawą naszych rozmów nad wodą, dzielenia się doświadczeniami z rzek północy i południa. Próba związania wzoru nimfy, która pogodzi odmienność "klimatów" obu krain ryb łososiowatych a zarazem stanie się okazją do powstania czegoś nowego, co wprowadzi nico świeżości do moich muchowych pudełek.


W muchowym pudełku Kazika Żertki.


Kłopot z poszukiwaniem łownych wzorów much na taką rzekę jak Reda polega na tym, że nie można wzorować się na naturalnym pokarmie tutejszych ryb, bo odnalezienie takiego jest trudne a czasem praktycznie niemożliwe. Było to wielkim zaskoczeniem dla Kazika, bo w w jego wędkarskiej praktyce przewracanie rzecznych kamieni, obserwacja tego co nad rzekę wylatuje lub zasiedla okoliczną roślinność jest podstawą konstrukcji muchy. Nie bardzo mi wierzył, że tutejsze nimfy robimy na wyczucie gustów lipieni, bo pod kamieniami nic nie odnajdujemy. By dał wiarę wspólnie zaglądaliśmy w zakamarki i wszelkie schowki rzeki, od biedy odnajdując pijawki lub obserwując wylot drobnej sieczki, widocznej na zdjęciu powyżej. Tyle i tylko tyle, no może jeszcze znajdowane przez mnie przy innej okazji kiełże o stalowej barwie. Zapewne uda mi się Kazika Żertkę namówić na publikację jego doświadczeń i wniosków jak ważnym jest czytanie rzeki i zrozumienie relacji łownej muchy z tym co pod rzecznym kamieniem mieszka. 


Ostatnie przeloty nimfy w uroczej rynience, która tak często obdarza mnie lipieniami. Mimo, że Reda nie odsłoniła swoich tajemnic, jutro siadamy do imadełka. Dla Kazika to chwilowe rozstanie z pomorską rzeką, dla mnie to lipieniowy przednówek, bo najpiękniejsze dni połowu tej ryby dopiero nadejdą z barwami października.



29.08.2016

Woda przyciąga jak magnes ... cz I. - ładujemy akumulatory


Pewnie zastanawiacie się co ma wspólnego widok parkowej fontanny w Wejherowie z wędkarstwem. By nie zniechęcić Was do dalszej lektury, już spieszę z wyjaśnieniem. Miejsce to odwiedzone wieczorowa porą otwierało wspólny pobyt na wybrzeżu naszych rodziny, czyli mojej i  Kazika Żertki z Cieszyna. To odległe punkty na mapie Polski i tak różne krajobrazowo światy. Wspólnym mianownikiem są jednak rzeki, ryby i woda. Nasza Reda, nasz Bałtyk i piękna Olza Kazika i może jeszcze bardziej urokliwe rzeki Czech, których wędkarskich dobrodziejstw Kazik na co dzień doświadcza. Wspólnym też mianownikiem spotkania był wypoczynek dla naszych rodzin a gdy dwóch zapaleńców muchówki się spotyka, trudno ostudzić emocje i porzucić domowników kosztem wypadu nad rzekę. Dlaczego fontanna ? ... dla naszych pań i dzieci widoczek dla oczu i powiew wodnej bryzy u schyłku upalnego dnia. Dla nas "chłopów", którym chwilowo schowano wędkarskie zabawki, to widok cierników przemykających w podwodnej roślinności parkowego basenu, oświetlonego iluminacją kolorowych świateł. Gdy żony o kwiatkach, motylkach i nastrojowym wieczorze, my o tym co zjada ciernika i jak przerobić go na muchę.

Dziwnie jednak woda ściąga jak magnes wytyczając nie tylko ścieżki nad rzekami ale również trasę rodzinnych spacerów oraz listę turystycznych atrakcji. Choć w Trójmieście i okolicach szeroko rozumianego Pojezierza Kaszubskiego, trudno wodę ominąć, to równie trudno oprzeć się wizycie w Akwarium Gdyńskim. Część niewędkująca rodziny z przyjemnością przystanie na taką propozycję a my nadal pozbawieni szansy choćby na małą prezentacje muchy, naładujemy wędkarskie akumulatory. Życie ze świadomością, że jeszcze nieprędko puszczą nas na ryby podsuwa pomysły, jak choćby na nie popatrzeć.


Dla mieszczucha atrakcją są tropikalne gatunki i trudno się dziwić, bo przyciągają wzrok paletą barw, worów oraz kształtów, jak ten widoczny powyżej Ustniczek cesarski (Pomacanthus imperator). Gatunek morskiej ryby okoniokształtnej z rodziny pomakantowatych. Zasięg występowania to Rafy koralowe na głębokościach od 1 do 100 metrów, od Morza Czerwonego przez Ocean Indyjski po zachodni Pacyfik. osiąga do 40 cm długości. Gatunek monogamiczny. Żywi się głównie gąbkami.

Wyobraźnię wędkarza rozbudzają jednak ryby, których wizerunek nawiązuje do rodzimych gatunków zarówno tych poławianych w rzekach, jeziorach i wodach Bałtyku. Przyznam, że nie mogłem oderwać nosa od szyby akwarium, w którym majestatycznie pływały Seleny. Mimo sezonowego tłoku i niezliczonej ilości turystów przepychających się w korytarzach akwarium, stałem tam długą chwilę wspominając zimowe połowy łososi, gdy spoglądałem na czarną wodę muzealnego zbiornika, na podobieństwo bałtyckich głębin i na ryby, których odlegli krewniacy stanowią dopełnienie krainy "rodzimego" łososia. 



Selena - Selene vomer ryba stadna z rodziny ostrobokowatych, zasiedla wody przybrzeżne ciepłego Atlantyku; często spotykana w okolicy mostów, pirsów portowych czy plaż. Dorasta do 50 cm.



Powyżej Pensetnik dwuoki, pensetnik pomarańczowopręgi (Chelmon rostratus) – gatunek ryby morskiej z rodziny chetonikowatych (Chaetodontidae). Występowanie: Morze Andamańskie i Ocean Spokojny od Wysp Nansei do Australii. Zamieszkują przybrzeżne rafy na głębokościach od 1–25 m. Jednak czym są jego barwy wobec emocji jakie budzi wizerunek sandacza. Przy akwarium z rodzimym drapieżnikiem wędkarz nie przejdzie spokojnie.


Poniżej zębacz ... to już melodia przyszłości i niespełnione pragnienie wędkowania w wodach Norwegii. Osiąga przeciętnie 50–80 cm, maksymalnie do 150 cm długości, odnotowana masa ciała wynosi 23,6 kg. Niemałe, wędkarskie wyzwanie. Kończymy dzień drażniący zmysły ... jutro mamy rodzinną przepustkę, idziemy na ryby.




17.08.2016

"Śmietniczka”


Nie wiem jak Wy, ale ja nie mam cierpliwości do misternego układania zmienianych much podczas wędkowania z powrotem w pudełkach. Po prostu wpinam je w patkę kamizelki lub w etui na muchy. Oba miejsca są dogodne, choć odsłonięta muchowa patka kamizelki ma swoje wady, szczególnie gdy przedzierając się przez chaszcze łatwo muchy pogubić. Nie wszystkie też kamizelki mają takie legowisko dla much, szczególnie te spinningowe adaptowane do muchowania. 

Z pomocą idzie proste ale niemiernie praktyczne rozwiązanie zwane "śmietniczką". To skórzane etui podczepiane w dowolnym miejscu wędkarskiego ekwipunku za pomocą metalowego zacisku, na podobieństwo przypinania szelek. Podczas wędrówki można je zamknąć dzięki wszytym rzepom a futrzana wyściółka w tym czasie doskonale osusza muchy. Pewnie takich wyrobów na rynku jest kilka, natomiast Waszą uwagę proponuję zwrócić na propozycję Firmy Salix - Alba. Wobec wszelkich wędkarski wydatków prezentowane etui to koszt niewielki, bo niespełna trzydzieści złotych a płynący z niego pożytek bezcenny. 



Nie jestem wędkarzem ceniącym sobie mnogość gadżetów a tym bardziej obwieszanie się nimi podczas wędrówek z wędką. Ich nadmiar w końcu irytuje bo zaczyna przeszkadzać a nie taką rolę miały do spełnienia. W przypadku prezentowanego etui, to czysta forma użytkowa i rzadko odmawiam sobie jej obecności na rybach. Nie można też odmówić jej estetyki wykonania i jakości naturalnych materiałów, bo to zawsze elegancka skóra. Wobec królującego na rynku chińskiego plastiku, przyjemnie jest cieszyć się nad wodą wizerunkiem własnym oraz pomocnym muchowym zasobnikiem. 

14.08.2016

Trzynasty, to trzynasty ?


Dzisiejszemu wędkowaniu towarzyszyły niespotykane wydarzenia, które raczej można przypisać trzynastemu dniu każdego miesiąca, choć dzień ten przypadł akurat wczoraj i był zdecydowanie przeczący przesądom. Sobota to doskonałe brania ryb. Wiele kontaktów, zacięć i udanych holów, których ostatecznie liczba stanęła na kilkunastu pstrągach tęczowych umieszczonych w podbieraku. Z tej ilości kilka ładnych 40 - staków było na wynos a pozostałe oddałem rzece ku uciesze uwolnionych i wyznawców życia poczętego ryb. Na wszelki wypadek oszczędzę Wam widoku zbiorowej mogiły tych nieszczęśników zaliczonych do grupy konsumpcyjnej, choć fotkę udanego połowu wykonałem.

Mimo, że wędkuję od kilkudziesięciu lat, do dziś dziwię się jak ryby odnajdują małą, ciemną nimfę w prawie kompletnych ciemnościach. W sobotę wędkarski dzień rozpocząłem o świcie przy grubej okrywie chmur, łowiąc pod koronami drzew, które dodatkowo ograniczały przenikanie skąpego światła ponurego poranka. Jednym słowem w wodzie o kolorze ciemnego bursztynu, było po prostu ciemno jak w nocy. Na tą okazję namotałem jaskrawą nimfę prowadzącą z ruchomym elementem ogonka. Połyskliwy, syntetyczny dubbing i zakończenie w postaci kawałka Squirmy Worms miały kusić ryby w opisanych warunkach. Na skoczka tradycyjna brązka ... i co?. Oczywiście tęczaki wybierały tą drugą, czyli ciemną jak poranek, woda i chmury nimfę. O dziwo dopiero przy pierwszych promieniach słońca, które w końcu rozświetliły rzekę na syntetyka skusił się pstrąg.




Tyle o sobotnich wydarzeniach, gorzej z niedzielą. Tylko jedna ryba, choć też tęczak 40 cm, widoczny na zdjęciu. Za to śliczny, ciemny jak opisany wczorajszy poranek. Przy okazji prezentowany jest w podbieraku Kongera, który tak krytykowałem w chwili otrzymania od internetowego dostawcy. Nie zmieniam zdania co do delikatności siatki z tej cienkiej żyłki, po prostu trzeba uważać na rzeczne przeszkody. Natomiast jest lekki, obszerny i świetnie zagarnia ryby. Do tego zero kłopotów z uwięzionymi grotami zadziorowych haczyków i kotwiczek. Wczoraj spisał się doskonale i zaliczył skutecznie wszystko co było na kiju.

Dziś tylko jedna ryba nie oznacza, że więcej się nie działo. Jak wspomniałem to był dziwny dzień. Podreptałem do miejscówki, którą lubię i nie. Lubię bo siedzą tam grubsze pstrągi i nie, bo to miejsce pełne zaczepów. Rynienka pod parasolem kolczastych krzewów nie zwiodła, gdy już w pierwszych prezentacjach much zestawem solidnie szarpnęło. Niestety po chwili holowania, pstryk i pękł przypon a ryba poszła z podwójnym zestawem nimf. Gdy stojąc w wodzie wiązałem kolejny dosłownie pod nogami spławił się ogromny pstrąg i maiłem wrażenie, że to ten w pysku którego zostały uwięzione moje muchy. Jakby prosił by uwolnić go z potrzasku ... ech gdyby to było możliwe. W posumowaniu dwóch dni pewnie był to ten trzynasty, więc pech zadośćuczynił przesądom.


Wiążąc przypon i muchy zwykle nie ma co zrobić z wędką. Brakuje trzeciej ręki, zatem wolę chlupnąć ją do wody niż opierać kołowrotek o brzeg, bo zwykle kontakt z piachem jest nieunikniony. Nie wszystkie też kołowrotki dobrze znoszą zwykłe zanurzenie w wodzie, bo rzeka niesie osady nawet o grubszej frakcji i przy czasie potrzebnym na montowanie zestawu, dostateczna ich ilość potrafi przeniknąć do mechanizmów młynka. Mimo, że mój EGO jest wyjątkowo odporny na takie zdarzenia, to i tak warto w czystym nurcie, z dala od brzegu przepłukać całość przy kilku obrotach szpuli i linki.

Tak też stałem dziś na urwistym brzegu gdy po kolejnym, niezliczonym oraz irytującym zaczepie wydobyłem na kawałku obcej żyłki żółty twister. Dolink z kołowrotkiem powędrował do wody a zdobycz dyndała tuż pod powierzchnią rzeki, gdy odplątywałem ją z mojego zestawu. Nagle w tego zwisającego twistera przywalił spory pstrąg. Chlupnęło pode mną, zakotłowało i gdy już widziałem go w moich objęciach, na luźnej żyłce uniosłem ten żółty kawałek gumy. No tak ...  zdobyczny haczyk z odłamanym kolankiem i grotem. I takie to dziwne historie były dziś moim udziałem.  Aby nieszczęść było mało, przetarłem kabel do zrzucania zdjęć z aparatu na kompa, nieprzemakalny zegarek zaparował a smartfon wylądował w serwisie. Jutro na szczęście jest piętnasty ...

07.08.2016

Proof


Mimo, że dzisiejsze warunki wędkowania nie sprzyjały, po kolejnych nocnych opadach i mocno trąconej wodzie, to winien byłem Wam pewien eksperyment. Powrót nad rzekę z zestawem much i woblerów, by potwierdzić i uwiarygodnić opisane w poprzedniej publikacji doświadczenia. Początkiem było spotkanie wędkarza ze spinningiem, który na srebrno - szarego woblera złowił okazałego tęczaka  ... 60 cm. Choć wobler był innej firmy i nico odmiennego kształtu, to do złudzenia przypominał układem barw wspomnianego wczoraj Kenarta.  Gdy się spotkaliśmy, od połowu minęła już godzina ale nadal kolega emanował adrenaliną, szczególnie, że jak opowiadał ryba uderzyła zaledwie w drugim prowadzeniu woblera i kompletnie był zaskoczony atakiem tego grubasa spod nawisu krzaków, gdy dopiero rozgrzewał wędkarskie kości i zmysły. Przyszedłem, zobaczyłem, potwierdziłem, zatem czas na muchy. 


Jak opowiadałem Wam wczoraj o skuteczności pewnych kolorów w kuszeniu tęczaków letnią porą, do dzisiejszego zestawu zawiązałem brązkę i coś różowego. Na efekty nie trzeba było długo czekać, pomijając poszukiwania miejscówki o niewielkiej rynience w pobliżu brzegu, gdzie woda przepływała w nieco bardziej klarownej postaci. Pierwszy z pstrągów skusił się na to różowe coś, drugi na brązkę prowadzoną na skoczku.



Mając pakiecik dowodów rzeczowych, praktycznie mogłem zakończyć wędkowanie, ale podkusiło mnie niezależnie od doboru woblera prze Kolegę, samemu coś "ustrzelić" na spinning. Chwilę obławiałem wartki nurt prostego odcinka, gdy srebrzysty wobler o czerwonym brzuszku, nieco zboczył w kierunku równoległej rynienki o spowolnionym nurcie. Nagle stop, zaczep i wiem, że nie mam ryby ale kłopot. Już byłem zły, że nie zadowoliłem się dotychczasową zdobyczą w obliczu możliwości utraty woblera. 

Brnięcie w miejsce jego zaczepu było dość ryzykowne, bo po wielodniowych opadach stan rzeki był podniesiony. Zbliżyłem się do uwięzionej przynęty na ile się dało i na siłę wyrwałem nieszczęśnika unosząc ku powierzchni na jego kotwiczkach pęczek obcych żyłek. Zdobyczą była obrotówka ... jak widzicie poniżej wielce stonowana w barwach oraz komplecik nimf w tubylczym wykonaniu. To prawie nic innego, jak opisywane przeze mnie propozycje na letnie tęczaki, o zwyczaju których dobrze wiedzą miejscowi wędkarze.


06.08.2016

Tonujemy nastroje


Wiemy już po Waszych wieloletnich obserwacjach i doświadczeniach oraz po zapoznaniu się z treścią poprzednich publikacji, że pstrąg tęczowy w rzekach Pomorza, to uciekinier z hodowli i jakie jest jego miejsce w ministerialnych regulacjach oraz w środowisku wód otwartych. Przyszedł teraz czas by zajrzeć po lustro wody oczami tęczka i podjąć próbę oceny co tam w rybiej głowie się rodzi. Szczególnie, gdy chwilę dłuższą w rzece przebywa a egzemplarze te nie uległy masowym odłowom entuzjastycznego tłumu wędkarzy, którzy w komplecie stawili się nad rzeką na hasło  - uciekły tęczaki.

Generalnie po takim "zarybieniu" znakomita części ryb, które z hodowli uciekły jest natychmiast odławiana. Bez znaczenia w takiej chwili jest status wód górskich i dopuszczone tam metody połowu, czyli spinning i mucha, w rozumieniu przynęt sztucznych, bo w ruch idą wszelkie narzędzia połowowe. Jak ryb gęsto to podbierakiem, potem na spławik a gdy liczebność pstrągów tęczowych nico rzednie, ograniczając się "jedynie" do kilku sztuk na metr bieżący rzeki to i znamienici muszkarze nie pogardzą żywym białym robakiem na końcu muchowego zestawu. Wszystko to ku uciesze służb kontrolnych i oczywiście wędkarzy, którzy wiedzą, że pierwsze minuty od katastrofy wypłukania wielką wodą zawartości hodowlanych stawów są decydujące o ilości ryb upchanych w zamrażarkach. Wiedzą też o tym, że im dłużej ryba w rzece pozostanie, tym wyżej poprzeczkę zawiesi wędkującym i na granulat już nie da jej się złowić.


Tak to już jest ... mijają dni a tłum na rzeką rzednie. Pozostają tylko ci mniej liczni wędkarze, którzy wiedzą, że tęczaki już zdążyły nieco zdziczeć i byle jak i byle czym nie uda ich się skusić. Choć dno rzeki i wszelkie dołki nadal wybrukowane są rybą, to kuszenie jej oczywiście mówiąc o przynętach dozwolonych zaczyna przypominać sztukę nie mniej wymagającą niż połów pstrąga potokowego czy troci. Już nie każdy wobler czy mucha staje się skuteczny, również porę wędkowania zaczyna wyznaczać naturalny rytm rzeki. Choć w takim czasie połów tęczaków skuteczny jest spinningiem w godzinach porannych i wieczornych a za dnia króluje mucha, to już kolorystyka i wielkość tych przynęt zdecydowanie odbiega od amoku jakim tęczaki ulegały w pierwszych chwilach odnalezienia wolności w rzece, gdy połykały wszelkie dobro z wędkarskich pudełek.


Zatem przyszedł czas na tytułowe tonowanie nastrojów, Zarówno co do oczekiwań ilości ryb, które uda nam się złowić, jak i kolorystyki przynęt. Zadziwiające jak szybko pstrągi tęczowe nabierają cech ryby dzikiej, dostosowując swoje preferencje pokarmowe to pory roku, o których tak dobrze wiedzą rasowi łowcy letnich srebrniaków troci. Z moich doświadczeń wynika, że nie ma nic bardziej mylnego niż kuszenie latem zasiedziałych uciekinierów tęczowych przynętami jaskrawymi, które oczywiście w przypadku obu wspomnianych gatunków tak doskonale sprawdzają się zimą. Krótko mówiąc w takiej sytuacji, w takim czasie w połowach tęczaków doskonale sprawdzają się woblery w naturalnych, rybich kolorach a za najbardziej skuteczny uważam ten prezentowany na zdjęciu otwierającym dzisiejszą publikację, czyli 5 - cio centymetrowy Kenart w barwach płotki. To z resztą jeden z najmniejszych woblerów na ten czas, bo równie skuteczne są wielkości 6- 6,5 cm, również w barwach srebrzystej imitacji lipienia. Niech Was nie dziwi wielkość stosowanych woblerów na tęczaki, bo ryby pozbawione regularnego karmienia granulatem w stawach, w rzece po prostu są głodne. Z każdym kolejnym dniem pobytu w rzece uczą się na podobieństwo swoich dzikich krewniaków innych gatunków gospodarować energią i za byle ogryzkiem uganiać się nie będą, choć i od tego są jak wiemy odstępstwa, gdy rybie poda się cierpliwie niewielki kąsek pod sam nos. Tak z resztą działa mała nimfa wielokrotnie przepuszczana przez rynienkę aż zamieszkujący ją pstrąg w końcu się nie oprze niewielkiej porcji pokarmu.

W takich chwilach króluje Brązka we wszelkich osobistych wariantach, choć wypada stosować raczej muchy o delikatnej konstrukcji, czyli nie kluchy ociekające muchowym materiałem. By skutecznie prezentować je w głębszych dołkach bez konieczności nawijania na trzonek ton ołowiu, warto nasze muchowe propozycje wykonać skąpo, pozbawiając je wszelkich ozdobników, które w naszym mniemaniu podobają się rybom, a tak po prawdzie podobają się nam. Czyli rezygnujemy z wszelkich ogonków, jeżynek, które tylko spowalniają ruch nimfy ku dennym strefom rzeki. By nieco złamać monotonne ubarwienie brązki, sięgnijcie o tonacje różu, zwane w naszej gwarze  - różowymi gaciami lub spranymi gaciami. 


To oczywiście moje obserwacje oraz doświadczenia, zatem możecie się z nimi zgodzić lub nie. Szczególnie, że dotyczą zachowania tęczaków w dwóch spokrewnionych rzekach Pomorza. Temat -  co w rybiej głowie siedzi niewątpliwie jest powodem licznych polemik miedzy wędkarzami. Nie inaczej jest w naszej relacji z Kazikiem Żertką, który łowi ten gatunek na rzekach Polski południowej a szczególnie na Olzie. Prezentowane kiełże są jego autorstwa i na tamtych wodach uchodzą za podstawowe killery kuszące tęczaki. 

Jak widać dominują jaskrawe spectry a całość kiełżyka jest wyjątkowo połyskliwa a więc wyzywająca. To zgoła odmienny obraz od wyżej opisanych much i tonacji woblerów. Co ciekawe moje muchy powędrowały do Kazika a jego do mnie, by przekonać się o wzajemnej skuteczności. Efekt był do przewidzenia, bo w obu przypadkach ta magia nie zadziała, czyli na jego muchy tęczaków nie połowiłem ani on na moje, mówimy o okresie letnim. 

Trudno zakładać, że Olzę zamieszkują inne pstrągi tęczowe, choć pochodzą z legalnych zarybień zapisanych w operatach realizowanych przez Czechów. Tam świadomie wprowadzono ten gatunek jako rybę typowo wędkarską, na której ma się skupić uwaga, by w ten sposób chronić pstrąga potokowego. Natomiast Olza z pewnością jest odmienną rzeką o innym charakterze, a odcinek górski z całymi konsekwencjami ograniczeń przynęty, to zaledwie kilka kilometrów w okolicach Cieszyna. Woda różni się natomiast rodzajem dna -  podłoża, kolorystyką wody, przejrzystością i składem gatunkowym naturalnego pokarmu ryb, co jak widać ma przełożenie na preferencje tęczaków w postaci prezentowanych im much. Na szczęście po kilku tygodniach od pojawienia się w rzece tęczaki przestają być opasłymi głupkami, co dla nas stwarza okazję i wyzwanie, by okazać im nieco szacunku w postaci poszukiwania skutecznej muchy lub woblera.


03.08.2016

Buty do brodzenia Vision Keeper ... recenzja.


Jak pisałem po kilkunastu latach użytkowania butów Vision Flywater, przyszedł czas na nową parę obuwia do brodzenia. Pomny wytrzymałości oraz walorów użytkowych poprzedniego modelu, pozostałem wierny firmie wybierając model Vision Keeper. Pewnie gdyby stary model był jeszcze powszechnie dostępny wybór padł by na niego. Gdzieś jeszcze na portalach handlowych za granicą można odnaleźć Flywater, jednak trzeba  czasu i cierpliwości. Wobec tego przyszło mi zaufać propozycji butów nowszej generacji, wybierając Keepery.

To w istocie dwa różne światy i już na pierwszy rzut oka w nowych butach czuć chińszczyznę, niezależnie od metki głoszącej Made in China. Może jestem uprzedzony spoglądając na skórę starych butów wobec pachnącej nowymi tenisówkami syntetycznej, cordurowej cholewki Keeperów. Jednak w tym szaleństwie może być metoda, bo pierwsze kroki w rzece rozwiały wiele wątpliwości. Oczywiście po jednym dniu wędkowania, nic nie powiem o ich przyszłej wytrzymałości, niech życie pokaże oraz kilometry brzegami i nurtem rzek. Natomiast wrażenie użytkowe wydaje się być wielce pozytywne. 





Rzecz pierwsza - po wyjściu na brzeg natychmiast oddają wodę, stając się lekkie jak piórko. Model ten oferowany jest w dwóch wersjach podeszwy - filcowej i gumowej i w odróżnieniu od starych butów, tym razem wybrałem tą drugą. Dużym zaskoczeniem była łatwość utrzymania się w nurcie na śliskich kamieniach w oparciu o gumową podeszwę. Jednym słowem doskonale trzyma się podłoża, nawet w rwącym nurcie przy oślizłych, sporych otoczakach pod nogami.


Wczoraj zafundowałem sobie wędkowanie w strugach deszczu a raczej gwałtownej burzy, gdzie ze stromych brzegów spływała mazista warstwa osadów, po których trzeba było gramolić się z nurtu lub przemieszczać się pochyłym brzegiem. Przyznam, że w tych butach ani razu nie fiknąłem koziołka a nawet nie musiałem przytrzymać się czegokolwiek, bo stabilnie pozwalały utrzymać się w takich warunkach. Dodatkowo wzmocniona obudowa pięty i palców stabilnie utrzymywała kostkę a tym drugim dawała solidną osłonę od bolesnego kontaktu z rzecznymi przeszkodami. 

Swoją drogą jak niezwykle szybko reaguje mała rzeka nawet na krótkotrwały, choć gwałtowny burzowy opad. Choć przybór wody nie był odczuwalny, to kolor oraz przejrzystość w kilka minut zmieniała się do warunków wykluczających wędkowanie. W kilka chwil zrobiła się kawa z mlekiem a jeszcze przed nadciągnięciem ołowianych chmur ryby meldowały się na zestawie jak na zawołanie odnajdując bez trudu muchy w bursztynowej wodzie.

Wracając do butów, w opisie producenta możecie przeczytać takie zdanie: "Aby mieć miejsce na neoprenowe skarpety woderów i skarpetę ocieplającą możesz wybrać buty o 1 rozmiar większe. " ... to optymistyczne przesłanie, jednak uwaga na przeszacowanie rozmiaru. Wybierając trzeba trzymać się nominalnej numeracji, czyli jak ktoś nosi rozmiar zwykłego obuwia np. 44, to taki powinien wybrać kupując ten model, bo uwzględnia grubość neoprenowej skarpety śpiochów. Jeśli ta skarpeta ma pewien zapas by dołożyć wewnątrz coś grubszego i ciepłego z wełny to oczywiście warto wybrać rozmiar większy tych butów. Nie zawsze tak jest, bo czasem neoprenowe zakończenie woderów jest na styk a przy cienkiej skarpecie but przeszacowany latać będzie wam na stopie.


Niewątpliwą zaletą tej propozycji Vision, jest cena bo to jedne z najtańszych butów na rynku a ich wartość nie przekracza czterystu złotych. Natomiast zwolennicy podeszwy filcowej mogą je kupić o kolejne sto złotych taniej. Prawdziwą ich wartość ocenić będzie można po jednym, daj Boże kilku a może kilkunastu sezonach.

Z opisem producenta oraz tabelą rozmiarów możecie zapoznać się np. tu: Vision Buty Keeper Rubber

02.08.2016

Jest li w istocie szlachetniejszą rzeczą ...


Buty do brodzenia, niby nic. Przecież przeglądając ofertę internetowych sklepów firmy i modele emanują dziesiątkami, wzorów, konstrukcji oraz wyszukanym desingiem. Można przebierać i wybierać do woli, kierując się intuicją, poradami kolegów lub opiniami na forach wędkarskich. Mnie przed laty skusił Vision Flywater. Trochę za poradą muszkarzy a może bardziej ze względu na cenę, bo do najdroższych nie należały. 

Od zakupu minęło 12 lat ... lecz przed kilkoma dniami buty się poddały. Były już klejone, łatane a mój szewc dokonywał cudów by dać im jeszcze jeden sezon życia. Powierzając mu do kolejnej naprawy obiecywałem sobie, że to ostatni raz i w przyszłym sezonie kupię nowe. Jednak gdy mi je oddawał jakoś z sentymentem wciągałem je na nogi, by brzegami rzek przemierzać kolejne dziesiątki kilometrów. 

Buty dały radę upałom i mrozom, błotu oraz kanciastym kamieniom. Cierpliwie znosiły ostre żelastwo i potłuczone butelki na dnie rzeki. Jednak z biegiem czasu coraz częściej plątały się w foliowe torby, potykały o zatopione opony i lodówki, ale na ich podobieństwo tego nic i nikt tak długo nie zniesie. Tak uzbierało się zdarzeń na niemałą opowieść. Dlatego z wielkim żalem odstawiłem je na półkę. Na pamiątkę czasu gdy przed wielu laty, rzeki jeszcze lipieniem stały a dziś betonowe brzegi, dawniej stanowiły malownicze zakola dzikiej rzeki. 

Nie wiem, jakoś szlachetnie wygląda to logo na starej, wysłużonej skórze. Może już tak wysłużonej jak ja, gdy zniechęcony odwiedzam stare miejscówki, w których "wiatr hula" a woda już jest martwa. Dwanaście lat ... kawał czasu, dla butów zbyt dużo. Dla mnie zbyt mało, bo póki sił więcej niż w tych butach, póty nad wodę chodzić będę.