18.09.2016

Nie ryba winna a człowiek cz II. ... naturalny rozród tęczaków.

Skutkiem działalności człowieka, jest przenikanie z hodowli co raz to większej ilości tęczaków do wód otwartych. Choć już o tym pisałem, jednak warto zwrócić uwagę na inne potencjalne zagrożenie wynikające z takich praktyk, czyli nie tylko na chwilową obecność ryb ku uciesze wędkarzy, którzy potrafią sprawnie i skutecznie odłowić większość uciekinierów. Jak wiemy pstrąg tęczowy przybiera dwie formy życiowe - wędrowną i osiadłą. W tym miejscu wielu drążących temat uznaje, że forma wędrowna dominuje więc ryby tego gatunku chętnie i szybko spływają do morza. Pamiętać jednak wypada, że obecnie hodowane pstrągi tęczowe to istna mieszanka genetyczna i nikt nie da gwarancji, że cechą dominującą stanie się forma osiadła. Tęczaki to niezwykle plastyczny gatunek, który po opuszczeniu hodowli szybko nabiera cech dzikiej ryby a to już krok do nieprzewidywalnych zachowań.

Może zatem się zdarzyć, że prędzej czy później dojdzie do naturalnego rozrodu tego gatunku w naszych rzekach. Póki co nie odnotowana tego typu zachowań, mimo że ryby zdolne są do rozrodu a pozyskanie ikry i mlecza jest skuteczne przy sztucznym zapłodnieniu z udziałem człowieka w warunkach rodzimych zakresów temperatur przypadających na czas naturalnego rozrodu, czyli na wczesną wiosnę. Optymalna temperatura dla tarła pstrąga tęczowego mieści się w grani-ach 5,6–13,0°C, maksymalnie do 16,0°C. Zdaniem zaś niektórych autorów rozród tęczaków możliwy jest nawet w zakresie niższej temperatury: 0,3–12,8°C. Dodajmy do tego pozostałe predyspozycje jak: płodność pstrąga, która wynosi 900–3000 ziarn ikry, przeciętnie około 1400 ziarn na 1 kg masy ciała samicy oraz wczesną gotowość do rozrodu, czyli samice (ikrzyce) osiągają dojrzałość zwykle w wieku 2–4 lat, a samce 1–3 lat. Za stworzeniem "czystej", samoodradzającej się populacji pstrągów tęczowych przemawia również fakt, że okres ich potencjalnego rozrodu mija się z czasem tarła pstrągów potokowych więc nie istnieje ryzyko hybrydyzacji gatunków.

Nietrudno zatem wyobrazić sobie osiadłą formę pstrąga tęczowego w naszych rzekach mimo ogromnej wędkarskiej presji, również w przedziale wiekowym dojrzałości rozrodczej. A może taka konfiguracja jest już faktem. Dalej ... by móc rozważać nie tylko hipotetycznie posłużę się przykładem rzeki Redy, aby własne obserwacje pstrągów tęczowych mogły wnieść nieco światła w dość mroczny, w znaczeniu tajemniczy temat życia tęczaków. Tu źródłem przenikania tych ryb do rzeki są dla uproszczenia dwie hodowle. Pierwsza na rzece Bolszewka, z której ryby Kanałem Redy mogą przez tarliska pstrągów potokowych i troci spływać niżej. Dalej mają kilkukilometrowy odcinek krainy pstrąga i lipienia, bo statecznie dotrzeć do jazu w Redzie i pokonując go wędrować ku morzu. Drugie źródło to hodowla w Redzie, której konstrukcja umożliwia przenikanie ryb do rzeki zarówno powyżej jak i poniżej jazu. Póki co tęczaki powodowane zachowaniem pokarmowym nie są skłonne do pokonywania jazu i wędrówki w górę rzeki. Jednak te, które wydostały się z hodowli powyżej mogą swobodnie migrować w kierunku źródeł rzeki. Zatem z obu hodowli może osiąść w rzece dość ryb, by z czasem jako już "zdziczałe" formy stworzyć znacząco liczebną populację.  



01 01 2012. Krzysztof Głuchaczka pstrąg tęczowy 51 cm


Obecność i połów dużych pstrągów tęczowych na odcinku poniżej jazu w Redzie w kierunku morza nie jest niczym nadzwyczajnym. Jednak rybę, którą widzicie na zdjęciu złowiono zimą w środkowy, biegu rzeki, przy moście do Osiedla Fenikowskiego, czyli Wejherowo - Śmiechowo. To ryba zasiedziała w rzece i to na odcinku, gdzie widywałem gniazda tarłowe troci a więc ta część rzeki, która stanowi dogodne miejsce dla potencjalnego rozrodu tęczaków. Pytanie dlaczego ryba zasiedziała a nie świeży uciekinier. Odpowiedź ... wszelkie katastrofy wypłukania ryb z hodowli mają miejsce latem, przy gwałtownych, skumulowanych opadach deszczu, czyli ryby łowione na kilka miesięcy przed i po tym czasie można uznać za te, które już się w rzece zadomowiły.




Opisywany poprzedni przykład nie jest jedynym, jak pstrąg tęczowy zasiedla rzekę darując sobie wędrówkę do morza. Widoczny na zdjęciu tęczak i potokowiec to efekt zbiórek jętki majowej na środkowym odcinku Redy. Oprócz kilku ładnych sztuk pstrąga potokowego do muchy wychodziły liczne, młode egzemplarze wspomnianych gatunków. Tęczki nie tylko zasiedlają już stanowiska potokowców, ale szybko przyswoiły sobie nawyki pokarmowe dzikich ryb, co w obu przypadkach może stać się przyczyną wypierania rodzimej populacji i "rozpanoszenia" się obcego gatunku przez konkurencję pokarmową i terytorialną. 

Czy tak się stanie w przypadku Redy ... nie wiem. Jednak staram się ilustrować mechanizm koegzystencji a może całkowitej dominacji tęczaków przy cofającej się populacji potokowców, mimo ogromnych zarybień. Jest zatem możliwe w przypadku Redy jak i innych rzek stworzenie przestrzeni życiowej dla pstrągów tęczowych, gotowej wypełnić ją populacją liczną i potencjalnie zdolną do rozrodu. 



Przeglądając wszelkie dostępne mi źródła, rzecz konsultując u zaprzyjaźnionych ichtiologów nie uzyskałem odpowiedzi dlaczego pstrąg tęczowy nie przystępuje do rozrodu w naszych rzekach. Wszelkie informacje o takich ewentualnych przypadka są z rodzaju tych - podobno. Podobno w Żebrówce, Dłubni i górnej Pilicy, podobno też w Europie - Niemcy, Czechy, Austria. Są tacy, którzy wykluczają skuteczny rozród zakresem temperatur, składem chemiczny wody i podobnymi naturalnymi czynnikami. Nikt jednak nie wskazał jednoznacznie powodów, dla których pstrąg tęczowy nie rozmnaża się w naturalnych warunkach rzek polskich. 

Wiem jedno, że potencjał tego gatunku jest ogromny. Póki co gaszony ogromną presją wędkarską i nieograniczoną przepisami Polskiego Związku Wędkarskiego możliwością pozyskania ryb z łowiska, z której ochoczo korzystają wędkarze. Jednak natura nie znosi pustki. Przy zanikającej populacji rodzimych gatunków, tworzeniu przestrzeni życiowej dla innych, często obcych wszystko może się zdarzyć. To nie wydarzy się za mojego życia, ale nie będę zdziwiony gdy przyszłe pokolenia wspominać będą pstrąga potokowego i lipienia, chroniąc tarliska pstrągów tęczowych.

15.09.2016

Nie ryba winna a człowiek cz.I


Pstrąg tęczowy, przez wielu pogardzany, obwiniany za wszelkie zło naszych rzek a przecież  to gatunek z piękną  historią naturalnego występowania, który też za sprawą człowieka odbył istną "wędrówkę ludów" po wszystkich kontynentach. Obecnie nie występuje jedynie na Antarktydzie, choć zasięg jego naturalnego występowania obejmował zachodnią część Ameryki Północnej – od rzeki Kuskokwim na Alasce, aż po dorzecze rzeki Del Presidio w Meksyku. W Azji natomiast zasiedlał rzeki zachodniej i wschodniej Kamczatki. Obecnie w wodach otwartych pstrągi tęczowe występują od koła polarnego na północy (Alaska, Szwecja, Norwegia), poprzez równik (Kenia, Uganda, Ekwador), aż po Argentynę.

Nie mniej burzliwa historia jest udziałem tego gatunku jeśli chodzi o klasyfikację systematyczną. To za sprawą niezależnego opisywania pstrągów tęczowych przez wielu naukowców, zależnie od miejsca występowania oraz ogromnej plastyczności gatunku wyrażanej zmiennością ubarwienia oraz kształtu ciała. Po raz pierwszy gatunek został opisany w 1792 r. przez Walbauma na terenie Azji Wschodniej - Kamczatka, jako Oncorhynchus mykiss. Osobniki pochodzące z rzeki Kolumbia w 1836 r. przez Richardsona, jako Salmo gairdneri, natomiast w 1855 r. Gibbson opisał pstrągi tęczowe jako Salmo iideus. Z biegiem lat kolejni autorzy przypisali tęczakom kolejne kilkanaście nazw łacińskich. Ostatecznie od 1988 r. na mocy decyzji American Fisheries Society pstrąga tęczowego zaliczono do rodzaju Oncorhynchus, dodając pierwotną nazwę gatunkową mykiss. Niezależnie z pośród początkowo opisanych piętnastu gatunków wyodrębniono trzy uznawane za odrębne: Cutthroat trout Oncorhynchus clarki, Golden trut Oncorhynchus aguabonita oraz Mexican golden trout Oncorhynchus chrysogaster.

Do końca XIX w. próby introdukcji pstrąga tęczowego, w większości udane, objęły wszystkie stany USA z wyłączeniem Florydy, nie omijając większość krajów europejskich. Od 1875 roku rozpoczęła ekspansja tego gatunku bo zaledwie w dwa lata później pstrąg ten został sprowadzony do Japonii, w 1882 r. do Niemiec, w 1883 r. do Nowej Zelandii, a w 1884 r. do Anglii. W początkowym okresie (1882 i 1886) do Europy sprowadzono formę osiadłą i wędrowną Oncorhynchus mykiss, natomiast w 1889 r. dotarł inny gatunek Cutthroat trout Salmo clarki, obecnie nazwany Oncorhynchus clarki. Z tych też gatunków w Europie wytworzyły się lokalne formy pstrąga tęczowego.



Do Polski pstrągi tęczowe sprowadzono prawdopodobnie w latach 1881–1889. Początkowo na tereny ówczesnego zaboru pruskiego, później do Galicji w zaborze austriackim w latach 1891–1910, choć wielu autorów opisujących introdukcję gatunku na ziemiach polskich spiera się o te daty. Za najbardziej prawdopodobne można uznać, że pierwsza partia ikry pstrąga tęczowego zza oceanu trafiła do zaboru pruskiego w 1882 r. za sprawą przyrodnika, wędkarza i ichtiologa Maxa von Borne’a (1826–1894), który do swojego ośrodka stawowego w Barnówku (Pomorze Zachodnie) sprowadził pstrąga źródlanego i prawdopodobnie i pstrąga tęczowego. 



MAX VON DEM BORNE. Bez wątpienia barwną postać przyrodnika, choć kontrowersyjną mając na uwadze jego praktyki z obcymi gatunkami opisuje Waldemar Borys w publikacji  - "Wędkarz Polski" MAX VON DEM BORNE NIEZAPOMNIANA KSIĄŻKA

Autor pisząc o książce wprowadza nas takimi słowami "Dobre książki można poznać po liczbie wydań. Wśród wędkarskich publikacji niedościgniony pod tym względem jest „The Complete Angler” (Wędkarz doskonały) Isaaca Waltona z roku 1653, który ponoć miał potem jeszcze aż 400 edycji. 18 wydań „Taschenbuch der Angelfischerei” (Podręcznik wędkarstwa), którego autorem jest Max von dem Borne, wygląda przy nim może blado, w wędkarskiej literaturze, jest to jednak pozycja bardzo ważna. Pierwsze jej wydanie ukazało się w roku 1875, ostatnie w roku 1998 ... " 

Niestety oprócz tak pięknej karty w dziejach literatury wędkarskiej Max Von De Borne, ma na sumieniu nie tylko eksperymenty z dwoma gatunkami pstrągów - tęczowym i źródlanym, ale sprowadzenie z USA bassa słonecznego, bassa małogębowego, bassa wielkogębowego, sumika karłowatego oraz raka pręgowanego.




Obecnie w naszej świadomości obraz pstrąga tęczowego ugruntowany został jako "trzoda" w miejsce dzika. Gatunek przypisany masowej produkcji w licznych hodowlach, szczególnie na trenach Polski Północnej. Trudno się dziwić, że taki los spotkał tą rybę, bo jej naturalną cechą są duże przyrosty wagowe w relatywnie krótkim czasie a to oczekiwana cecha mając na uwadze sukces gospodarczy. Efekt, to dynamiczny wzrost produkcji pstrąga tęczowego, która w 1978 r. przekroczyła 1 000 ton, w 1986 r. – 3 000 ton, a w 1998 r. – 9 000 ton. Rekordowymi pod tym względem były lata 2005–2008, w tym czasie produkcja pstrąga w Polsce przekroczyła 17 000 ton. 


Poglądowy wizerunek obiektu hodowlanego pstrąga tęczowego

W tym miejscu wypada mieć na uwadze, że hodowle pstrągów tęczowych wymagają przepływu wody z rzeki, przez baseny hodowlane z całymi skutkami i konsekwencjami takiej technologii. Przyglądając się skali produkcji nie trudno wyobrazić sobie skutki dla rzeki, która zasila tego rodzaju obiekty. Doświadczamy tego na co dzień a jednym z dolegliwych skutków jest eutrofizacja rzek, na skutek przenikania znacznej ilości substancji organicznych z hodowli do wód otwartych. Choć granulat jako pasza zastąpił jeszcze powszechnie stosowaną w latach 80- tych ubiegłego wieku paszę mokrą, czyli odpady z przetwórni rybackich (śledź, szprota), to ilość efektów przemiany materii w tak zagęszczonych osobniczo stawach, nadal jest uciążliwa dla środowiska. 

Szczególnie bolesne skutki dla naturalnego rybostanu rzek generują pstrągi tęczowe, które przenikając do wód otwartych przenoszą choroby a szczególnie Wirusową posocznicę krwotoczną - VHS. Czynnikiem chorobotwórczym jest niezwykle groźny a co gorsza bardzo żywotny wirus z rodziny Rhabdowiridae, należący do rodzaju novirhabdovirus. W temp. 10°C wirus przeżywa 49 dni, w mule 40 dni, w temp. - 4°C wirus może około 1 tyg przeżyć na sprzęcie rybackim. Dodatkowo istnieje wiele źródeł zakażenia a znacząca ich część wprost odnosi się do warunków hodowli w stawach jak: zakażony materiał obsadowy, zbiorniki transportowe, woda i muł, sprzęt rybacki. Jak groźny to wirus świadczą dane o śmiertelności ryb, która jest szacowana nawet na 100% śmiertelności wylęgu i aż 80% ryb w wielkościach handlowych. Pamiętać musimy, że w grupie ryzyka zarażeniem jest rodzimy pstrąg potokowy i lipień, o troci już nie wspomnę, bo powszechnie obserwujemy skutki VHS u tego gatunku.  

Obecność pstrąga tęczowego w naszych rzekach, może w przyszłości przysporzyć kolejnych problemów. Jednak o tym w części II.

05.09.2016

Koszyk muchowy ... skoro już nosić.


W poprzedniej publikacji pisałem o tradycji koszyków muchowych, przeznaczeniu oraz ich pięknych i niepowtarzalnych wykonaniach. Dziś słów kilka o walorach użytkowych i przydatności w naszych łowiskach. Oczywiście dobrze sytuowani materialnie koledzy sięgnąć mogą po wyroby zza oceanu. Niezależnie pośród rodzimych producentów odnajdziecie równie atrakcyjne wzornictwo i staranność wykonania, przekładającą się na wiele lat użytkowania. Wobec takich oczekiwań cenię sobie Firmę Salix - Alba. Rodzimy producent z tradycjami od 1989 roku, celuje w połączeniu tradycyjnych surowców a szczególnie naturalne skóry samodzielnie lub w połączeniu z innymi materiałami owocują pokaźną gamą propozycji dla wędkarzy muchowych. W tej liczbie, bez wątpienia kosze muchowe stanowią jedną z wiodących propozycji.  Salix - Alba Kosze muchowe



Spoglądając na stronę internetową Salix-Alba, odnajdziecie wzory w stylu retro, kosze proste i ze skórzanym obszyciem, często z dodatkowymi schowkami na akcesoria, na podobieństwo wędkarskich toreb. Są też kosze o baryłkowatym kształcie, jednak te uznaję za propozycję na wody "otwarte". Mam na myśli rzeki rozległe o wolnym od gęstej roślinności otoczeniu, gdzie wędrując nurtem lub ich brzegiem łatwo jest poruszać się z obfitym ekwipunkiem.

Warunki wędkowania na rzekach północy są zgoła odmienne, bo wiele fragmentów rzeki przejść nurtem nie możemy, ze względu na głębokie doły lub muliste, zdradliwe brzegi. Pozostaje nam wędrówka ścieżką a ta nie oszczędzi nam trudu przedzierania się przez wysokie pokrzywy, gęste krzaki lub podobne botaniczne pułapki. W takich warunkach każdy element naszego stroju i wyposażenia, który nie przylega do ciała, jest okazją do zahaczenia a dalej do rozerwania lub wyszarpnięcia, na tym wszystkim co brzegi rzeki ukrywają pośród pozornie miękkiej roślinności. Dlatego również koszyk muchowy winien oprzeć się takim niebezpieczeństwom a to zależy od jego konstrukcji.



Na okazję rzek północy a pewnie innych, tych środkowej i wschodniej Polski polecam model kosza muchowego Salix-Alba, widoczny na zdjęciach. Jego zaletą jest spora objętość uzyskana przez głęboką ale płaską konstrukcję. Taka doskonale przylega do ciała, nie narażając nas, a z pewnością do minimum redukując ryzyko zahaczenia o cokolwiek co stanie nam na drodze podczas wędkowania. Dodatkową zaletą są skórzane elementy i nie tylko te zdobnicze. Oprócz wygodnego, poszerzonego na ramieniu paska producent zadbał o wyściółkę, również ze skóry na całej powierzchni tylnej części kosza, tak by ewentualnie naruszone sploty wikliny, odstając nie uszkodziły nam spodniobutów.
Salix - Alba Kosz z obszyciem skórzanym




Dziś po pracy udało mi się zajrzeć chwilę nad rzekę, która obdarzyła dwoma tęczakami. Ryby na wynos więc jak inaczej, niż w koszyku muchowym ... czysto, estetyczne, wygodnie.

04.09.2016

Koszyk muchowy ... nosić, nie nosić?


Wizerunek wędkarza muchowego z koszem na ryby u boku staje się coraz rzadszy. Powód znamy ... powszechnie panująca moda na "złap i wypuść". Piszę moda w miejsce praktyka, bo wielu z nas pod presją wyznawców życia poczętego ryb, dla świętego spokoju ukrywa fakt zabrania połowu z łowiska. Nierzadko spotykam obecnie wędkarzy, którzy upychają łososiowate w obrzydliwe reklamówki lub w plecaki. Nie ważne, że ryba się w nich gotuje a na dnie zebrany śluz i krew dopełnia widoku "popełnionej zbrodni". Jednak takie łatwo ukryć przed wzrokiem fanatyków, bo po co później tłumaczyć się wędkarskich forach. Każda teraz ryba wraca do wody, choć gołym okiem na publikowanych zdjęciach widać, że umarła na śmierć. Są też koledzy, którzy koszyki noszą, jednak nagabywani przez nadrzecznych prokuratorów i sędziów w jednej osobie, szybko spieszą z tłumaczeniem, że to zasobnik na napoje.

Jestem wędkarzem z całym atawistycznym balastem emocji i potrzeb, zatem czasem ryby z łowiska zabieram. Jeśli to robię, to choćby z szacunku dla aktu uśmiercenia łososiowatego drapieżnika staram się potraktować go godnie, nie wspominając o kwestiach sanitarnych. Jak łowiecki pokot ma swoją tradycję, tak sposób obchodzenia się z rybami winien mieć podobne znaczenie. W takich chwilach koszyk muchowy jest jak najbardziej na miejscu a jego tradycja w historii wędkarstwa muchowego ma ugruntowane miejsce.


Wędkarstwo muchowe ma odległe początki. Pierwsze wzmianki połowu na muchę odnajdujemy w Japonii już przed naszą erą. Jednak prawdziwy jego rozwój w znaczeniu rekreacyjnym zawdzięczamy Brytyjczykom a szczególnie za sprawą publikacji "Compleat Angler"  z 1653 roku, autorstwa  Izaaka Waltona. Dynamiczny rozwój wędkarstwa muchowego to jednak wiek XIX i tu powszechnie pojawia się koszyk muchowy, jako nieodzowny element ekwipunku wędkarza. Tradycyjnie wykonywany z wikliny, choć te uchodzą za wyroby z masowej produkcji. Bez względu na sposób wykonania spełniał jedną podstawową funkcję, czyli przechowanie ryb łososiowatych w zacienionym i przewiewnym wnętrzu. Wielu wędkarzy wzbogaca takie praktyki, przez dodatkowe zawijanie ryb w zioła, liście chrzanu lub pokrzywy. Wszystko by jak najdłużej utrzymać w świeżości delikatne mięso pstrągów, mimo wysokich temperatur i długich nadrzecznych wędrówek.  

Do posiadania koszy muchowych przywiązywano tak dużą wagę, że w ich wyplataniu specjalizowały się firmy oferujące ekskluzywne wykonania, odmienne w rodzaju materiału, wzornictwie i trwałości. Do bardziej znanych należy firma Oregon, znana z rzemiosła  m.in. George Lawrence Joseph Schnell, Johna Clarka i AE Nelson. Tu materiałem była wierzba nierzadko wzmacniana naturalną skórą. Do dziś prosperują firmy słynące z wyplatania oryginalnych koszy muchowych a ich styl i wzornictwo jest rozpoznawalne. Nadal powstają oryginalne wyroby na podobieństwo dzieł sztuki, czasem przypisane konkretnym rzekom, będące połączeniem różnych materiałów do wyplotu i wykończenia, jak drewno, mosiądz i rzeźbione zamknięcia. Wiele jednak wzorów bezpowrotnie utracono, bo do zawodu z biegiem lat garnęło się coraz mnie chętnych i nie było komu przekazać tajników rodzinnych tradycji. Poniżej zdjęcia  -  źródło: Fishing Creels 

Polecam treść z przytoczonego linku, która ilustruje jak sztuka wyplatania koszy muchowych osadzona jest w tradycji i co bywało inspiracją do powstania niepowtarzalnych wzorów. Warto wiedzieć, że współczesne kosze wychodzące z pod ręki opisywanych rzemieślników osiągają ceny liczone w steki dolarów, podobnie jak antyki z mienionych wieków. Te zaś bywają obiektem poszukiwań kolekcjonerów, dla których tradycyjne elementy wyposażenia wędkarza muchowego są nieustającą inspiracją, by sztuka połowu na muchę nie zatraciła się we współczesnym, plastikowym świecie.



03.09.2016

Koniec sezonu


Przetrwałem lato. Nie lubię lata. Te dwa proste zdania wyrażają mój stosunek do wakacyjnych miesięcy. Może to przypadłość wieku, bo jakoś trudniej znosić piekące słońce. Może znużenie najazdem turystów, którzy wypełnią każde zaciszne miejsce. Również zwyczajne zmęczenie, gdy w lipcu i sierpniu nadmiar obowiązków w pracy szczególnie doskwiera z powodu urlopów kolegów. Koniec sezonu ... pierwszy września, magiczna data. Pustoszeją nadmorskie kurorty, wyludniają się brzegi jezior a rzekami z każdym dniem spłynie mniej kajaków.

Dla wielu to smutna pora. Jednak czy dla mas wędkarzy pora radosna ?. Jeszcze staramy się cieszyć jesienią. Bo któż z nas nie zna koloru wody na podobieństwo jesiennych liści. Ubogi ten, którego wspomnienia nie niosą widoku purpury lipieni i złocistej barwy szczupaków. Magicznych kółek na wodzie, gdy kardynały zbierały chruścika, a ten nie raz przysiadał na kapeluszu. Uderzeń drapieżnych ryb, które przerwały nostalgię idących gdzieś w górze kluczy gęsi. Ciszy nad wodą, którą jedynie naruszył trzask gałęzi łamanej naszym krokiem. Czy świat taki jeszcze istnieje?. Prostej zależności - człowiek, wędka, ryba. Czy jest do czego wracać i na co tak cierpliwie czekać. Czasem słów nazbyt wiele ...


01.09.2016

Woda przyciąga jak magnes ... cz III - kręcimy muchy


Dzisiejszej publikacji starałem się nadać szczególne znaczenie i staranność w przekazie treści. Choć dla wielu prezentowane i opisane wzory much wydają się banalne, to spojrzenie na nie z perspektywy doświadczeń Kazika Żertki zmienia postać rzeczy ...

Powrót  z kolegą nad rzekę w tak niesprzyjających warunkach do wędkowania, jakie opisałem w poprzednich częściach, nie był pomyłem najlepszym. Jednak by wykorzystać czas naszego spotkania koncepcja wspólnego kręcenia much była przednia. Miałem zatem okazję na żywo podejrzeć warsztat i umiejętności Kazika Żertki a muchy, które tego dnia powstały były wypadkową jego doświadczeń z rzek południowej Polski wobec oczekiwań moich i tutejszych lipieni.


Jak już wielokrotnie wspominałem w publikacjach własnych oraz przytaczając na łamach tego portalu teksty Kazika, jego muchy najkrócej rzecz ujmując są jaskrawe. Dominują materiały syntetyczne, połyskliwe o wyrazistych barwach, nierzadko fluo. Taka technika wiązania much oraz wzornictwo doskonale sprawdzają się na bardzo klarownych rzekach jak Olza oraz rzeki czeskie. Tam dno jest twarde, skaliste a rzeka nie niesie osadów mechanicznych i organicznych na podobieństwo rzek północy. W jego wodach jest dużo światła i zapewne przynęty, w tym oczywiście muchy mogą emitować jego duże ilości, nie będąc dla ryb podejrzane lub wręcz je płoszyć i odstręczać. Mówimy oczywiście o naturalnym poziomie wody, bo gwałtowne opady również czynią z tych rzek akweny o kolorze kawy z mlekiem. Ten jednak najczęściej wyklucza wędkowanie, bo burzowy, czy deszczowy przybór jest niezwykle gwałtowny, powodując w krótkim czasie podniesienie lustra wody mierzone w metrach. To za sprawą górzystych terenów oraz skalistego dna rzek a także kamienistych stoków, które natychmiast oddają rzece tysiące litów wody nie mogącej się łagodnie rozlać na jej brzegach, która dodatkowo musi spłynąć zwartym i twardym korytem rzeki.



Rzeka Olza

Rzeki północy zachowują się odmiennie, choć nie wszystkie bo i tu ze względu na ich bieg pomiędzy wzgórzami morenowymi dawnych lodowców, czasem doświadczamy zjawiska podobnego jak wyżej opisane. Jednak "moją"  lipieniową rzeką jest Reda a ta zachowuje się jak kapryśna panna. Na co dzień płynąc z jeziora Orle sączy wodę o kolorze ciemnego bursztynu lub jak kto woli piwa. Czyli przy normalnym swoim stanie jest ciemna. Jeszcze inaczej gdy kumulują się deszczowe opady, bo w pierwszej kolejności nasycają się okoliczne łąki i wody gruntowe, by powoli oddawać rzece nagromadzone zasoby. Wypłukiwane są wtedy i prawie stale sączone dodatkowe zawiesiny, czyniąc Redę jeszcze bardziej ciemną i nieprzeniknioną. W takich warunkach wędkowania, przynajmniej w mojej praktyce pomijałem muchy jaskrawe, upodobniając ich wizerunek do koloru wody Redy i nikłej ilości światła przenikającego do lipieniowych miejscówek. Tu lipień siedzi głęboko i rzadko podnosi tyłek, poza oczywiście okresami wylotu jętki majowej, której bywa amatorem i czasem wylotu jesiennej sieczki. Jesienne zbiórki są jednak co raz rzadsze a łowienie na suchą nie jest już tym co przed laty, gdy kardynały cmokały na potęgę. Pozostaje zatem stonowana w swych barwach nimfa, która zawsze jest skuteczna. 



Rzeka Reda, tak szczególnie latem wygląda kolor wody.

Jednak w historii połowów lipieni z Redy bywały zaskakujące zdarzenia i zawsze na kolejne wypada być gotowym. Był kiedyś taki wspaniały sezon, gdy lipienie szalały za pomarańczowym kiełżem.  Tej jesieni złowiłem wiele ryb powyżej 40 cm a największy miał aż centymetrów 49, przy dużej masie i krępej budowie ciała, piękna, okazała ryba ryba (spokojnie obrońcy życia poczętego - ryba wróciła do wody). Jednak w kolejnych sezonach ten wzór był totalnie ignorowany i trzeba było szukać innej "Wunderwaffe", mniej lub bardziej skutecznej.


Dlatego dziś u progu sezonu lipieniowego, mając Kazika przy imadełku niejako prowadziłem jego nić wiodącą w kierunku wzorów, które mogą być odpowiedzią na zmienne, sezonowe nastroje tutejszych ryb, będąc jednocześnie inspirowane doświadczeniami kolegi. Jak widzicie na zdjęciu poniżej, Kazik związał mi kilka brązek w tradycyjnym wydaniu - jak przystało z pióra ogonowego bażanta łownego, jednak ważnym akcentem jest brak jeżynki i zastąpienie jej agresywnym w barwach kołnierzykiem z syntetycznego materiału. Odmiennością od moich much jest też ogonek wykonany z barwionych na czerwono piór szyjnych bażanta złocistego. Kazik uznaje ten element za bardzo istotny więc pokornie go słuchając poprosiłem o takie rozwiązanie. Dodatkowo w jego oryginalnych muchach często używa barwionych na czerwono piór ogonowych bażanta do wiązania tułowia. Z braku takowych złamaliśmy nieco docień tego elementu przewijką z czerwonego drutu. Czasem tak jest, że pozornie niewiele znaczący element muchy, który pominiemy lub źle wykonamy, dobierając niewłaściwy materiał i barwę, ostatecznie decyduje czy ryby złowimy lub nie.




To już brązka Kazika w tradycyjnym wydaniu. No prawie, bo pozbawiona jeżynki, którą wspólnie uznajemy za element zbędny w przypadku potrzeby szybkiego i głębokiego sprowadzenie nimfy do strefy żerowania lipieni. W tym miejscu mała uwaga by do tematu nie wracać. Wszystkie prezentowane muchy są równie skuteczne na pstrągi, w tym pstrągi tęczowe, dlatego w tym przypadku dla mnie wykonane są na haczykach zadziorowych. To muchy na okres września przeznaczone do połowu tych ostatnich. Dla mnie dopiero październik to miesiąc lipieniowy, zatem już w zaciszu domowego warsztatu Kazika powstają ich kopie na haczykach bezzadziorowych dedykowane na ten czas i tej rybie.


Na zdjęciu powyżej widzicie pozornie prostą modyfikację brązki, przez dodanie kołnierzyka z zielonej nici fluo oraz pozbawienie ogonka. Jednak nimfa ta ma swoją historię i znaczące miejsce w arsenale przynęt kolegi. W oryginale wykonana jest nieco inaczej, bo główka powinna być czarna. To bardzo skuteczna imitacja chruścika domkowego, która w jego wodach to podstawowy kusiciel lipieni.


Mamy już podstawowy pakiecik na najbliższe wyjścia nad wodę. Pomny jednak skuteczności pomarańczowych kiełży namawiam teraz kolegę do wykonania jego propozycji w nawiązaniu do moich doświadczeń. Jak widzicie i w tym przypadku podstawę stanowią syntetyki i to jaskrawe. Ciekawą propozycją jest wykonanie ogonka i grzbietu z jednego pasma wiązki promieni piór ogonowych bażanta w miejsce zwykle stosowanego Body Stretch, innych syntetyków lub domowych wynalazków jak skórki z kiełbasy itp. Spoglądając poniżej na zdjęcie odwróconego kiełża, możecie dostrzec jeszcze inny lecz oryginalny szczegół konstrukcji. To podwójna przewijka. Pierwsza z płaskiej, złotej lamety, wiązana przed ułożeniem grzbietu, którego segmentacja wykonana jest drugim przewinięciem z czerwonego z drutu.




Dubbingi oczywiście można łączyć, jak w tym przypadku, tworząc różnego rodzaju akcenty kolorystyczne. Tu jesteśmy zgodni, że zależy to jedynie od inwencji autora, tak by powstały alternatywne wzory ... może któryś będzie tym niezastąpionym w danym dniu lub sezonie.




To jedna z najciekawszych propozycji Kazika Żertki. Wiele mi opowiadał o tej nimfie, której konstrukcja choć oparta na dotychczasowych przez nas stosowanych materiałach, sporo się różni od prezentowanych już wzorów. Jak widzicie nie tylko akcent zielonego brzuszka daje do myślenia, ale też obfite odnóża, które uzyskujemy w drodze powrotnej układania grzbietu nad zielonym pakunkiem. To one odgrywają zasadniczą rolę w skutecznym wabieniu ryb. Warunek jest jeden, bo jak mi relacjonował kolega ... im więcej ryb tą nimfę sponiewiera w pysku, tym bardzie staje się łowna.  Dopiero poszarpana, wypluta i zmięta staje się prawdziwym killerem na największe pstrągi i kardynały. Na tym etapie jej strata jest bolesna, bo rzecz całą trzeba zacząć od nowa, czyli od kąsania przez młodsze roczniki. 


Na koniec macie okazje zajrzeć do muchowych pudełek kolegi. To jedynie niewielki przegląd wzorów, które na co dzień stanowią podstawę połowu okazałych brzan, kleni, świnek, pstrągów tęczowych i potokowych. Mimo licznych publikacji, z treścią których Kazik Żertka dawniej dzielił się z Wami na łamach "Wędkarza Polskiego" oraz w części  - artykuły flyfishing.pl, jest człowiekiem niezwykle skromnym. Z tego też powodu jedynie w jego wspomnieniach pozostają kapitale ryby, które złowił ... niekiedy w pobliżu Rekordu Polski. A wiem co mówię, bo czasem podzieli się ze mną ich wizerunkiem. Drodzy muszkarze, macie w jego osobie praktyka z krwi i kości i póki sił i zapału nam wystarczy, jego wiedzę i doświadczenie będziemy się starali propagować ... a korzystać z takiego dobrodziejstwa zapewniam warto.


Kleń na muchę Kazika Zertki