30.07.2016

Prześpij się z tęczakiem ... liczymy barany


Jeśli przespaliście się z tematem pstrąga tęczowego, czyli opisanym w części pierwszej statusem w ministerialnych rozporządzeniach, czas na  jego faktyczne miejsce w rzekach. Wiemy już, że ryba ta jest gatunkiem nierodzimym a jego wprowadzanie do środowiska, wymaga zgody Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi na mocy rozporządzenia 16 listopada 2012 r. Ta zaś w przypadku wód otwartych Polski północnej nie ujrzała póki co światła dziennego. Krótko mówiąc wody te nie są zarybiane tęczakiem, choć miejscami jego ilość wskazuje na takie poczynania. 

By nie pisać o wodach mniej mi znanych a co za tym idzie być rzetelnym w przekazie potraktujmy sprawę pstrąga tęczowego na przykładzie rzeki Reda i Bolszewka. Oczywiście opisywane poniżej fakty i zdarzenia z pewnością mają miejsce na innych rzekach, czyli tam wszędzie gdzie na ich wodach funkcjonują tuczarnie tęczaków, czyli hodowle. One są właśnie źródłem zarybień tym gatunkiem a na wspomnianych "moich" rzekach w skali przypominającej realizację operatu. Powodów przenikania tych ryb z hodowli do rzeki jest wiele. Czasem to niefrasobliwość lub niedbalstwo pracowników, innym razem to zdarzenie losowe jak wielka woda po obfitych opadach, szczególnie tych krótkotrwałych ale bardzo gwałtownych. Wtedy nagły przybór rzeki dosłownie wypłukuje zawartość stawów do wód otwartych, liczoną niekiedy w tonach wyrośniętych ryb. I tu zaczyna się tytułowe liczenie baranów. Metaforycznie możemy je liczyć w myślach by błogo zasnąć nad tematem, udając, że nie istnieje. 

Mamy zatem do czynienia z cichym przyzwoleniem wszystkich zainteresowanych - czyli jak najwięcej pstrągów tęczowych w rzekach. Zarówno PZW, służb kontrolnych oraz wędkarzy. Z jednej strony Polski Związek Wędkarski wprowadził dawniej limit połowu - 4 sztuki dziennie, niejako porządkując połów gatunku. Obecnie jednak odstąpił od tego zapisu, bo w RAPR na 2016 rok czytamy: 9. Limity połowu nie dotyczą amura, tołpygi, krąpia, karasia srebrzystego, leszcza, pstrąga tęczowego i pstrąga źródlanego oraz gatunków ryb wymienionych w rozdziale IV, pkt. 3.7. 

Generalnie mam nieodparte wrażenie, że im więcej tęczaków w rzece tym bardziej cieszą się działacze PZW, bo sami zarybić tą rybą nie mogą lub nie chcą, stając wobec krzyżowej drogi po ministerialnych schodach by zapisać tego rodzaju zarybienia w operatach. Trudno się dziwić miłościwie nam panującym związkowym rządzącym, bo pstrąg tęczowy, szczególnie w większej ilości gwarantujący obfite połowy natychmiast generuje kolejkę do związkowej kasy, zapewniając daninę na kolejny wędkarski sezon.



Niewątpliwie jest rzeczą przyjemną poczuć na muchowym kiju okazałego tęczaka, lub w majestacie prawa zabrać nieograniczoną ilość tych ryb z łowiska, nie narażając się na medialne napaści obrońców życia poczętego ryb, czyli fanatycznych no - killowców. Choć jak znam życie, to ci ostatni za chwilę uruchomią krucjatę w obronie gatunku, bo żywa ryba w rzece to ryba, która ma tam pozostać i basta. Zrobi się z tego obłędne koło, bo gdzie miejsce na gatunki rodzime, wobec których tęczak jest zagrożeniem terytorialnym i pokarmowym.

W tym miejscu stajemy przed dylematem czy to już czas na pstrąga tęczowego, skoro tak jest pożądany przez wędkarzy, wobec niedostatku lipieni i pstrągów potokowych. Pokusa wielka, jednak należy studzić zapędy i zamiary zarybiania rzek Pomorza tęczakiem pamiętając o wielu uwarunkowaniach. Nie bez znaczenia są choroby tego gatunku, które mogą być przyczyną nieutrzymania się populacji w rzekach w przypadku zarybień oraz przeniesienia chorób na inne gatunki. Zwłaszcza że, pozyskiwanie materiału zarybieniowego na bieżącą realizacje operatów potokowca i lipienia bywa przypadkowe. Zarówno co do puli genetycznej jak i miejsca pozyskania narybku i rzecz podobnie wyglądać będzie z tęczakiem. 

Drugi bez wątpienia niepokojący czynnik to zabranie przestrzeni życiowej wspomnianym gatunkom, które i tak ledwo zipią w naszych rzekach mimo zarybień liczonych w setkach tysięcy sztuk. Nic w tym dziwnego skoro urbanizacja, eutrofizacja, melioracja, karczowanie brzegów, bagrowanie koryt oraz wszelkie inne działania człowieka, pozbawiają gatunki rodzime szansy na przetrwanie. Najprościej zatem jest teraz machnąć  na nie ręką, poddać się i zaniechać wszelkich działań na rzecz ochrony wód. Po prostu pójść z duchem czasu i sypnąć tęczakiem. 

Drodzy Koledzy ... nie idźcie tą drogą. Póki istniej najmniejsza szansa na zachowanie naszych rzek w kondycji umożliwiającej obecność i rozwój rodzimych populacji ryb ... po prostu róbmy to wszelkimi sposobami. Od czasu do czasu nieuchronnie pojawi się ponownie większa ilość pstrągów tęczowych, uciekinierów z hodowli. Wtedy nasycicie zmysły i lodówki do syta. Natomiast na co dzień, naszym obowiązkiem jest  troska o środowisko dla potokowca i lipienia. 

24.07.2016

Prześpij się z tęczakiem ... cz. I


Pstrąg tęczowy ... z gatunkiem tym jest jak spanie z psem w jednym łóżku, połowa to robi a druga połowa się do tego nie przyznaje. Część naszej społeczności łowi i ceni tę rybę. Inni publicznie manifestują szkodliwość dla rodzimych populacji pstrąga potokowego lub lipienia, ale jak pokaże się w rzece to nie pogardzą, tłumnie stawiając się na sygnał o jego masowej obecności. Oczywiście pod hasłem usuwania gadziny z rzeki ... przynajmniej oficjalnie.

Jest też inna strona postrzegania tego gatunku, czyli przez pryzmat przepisów prawa oraz decyzji Polskiego Związku Wędkarskiego. Mam na myśli obecność pstrąga tęczowego, która jest faktem w wodach otwartych, zatem na początku uporządkujmy pojęcia. 

1. Gatunek obcy - definiuje Ministerstwo Ochrony Środowiska, rozporządzenie z dnia 9 września 2011. 
2. Gatunek inwazyjny - definiuje European Strategy on Invasive Alien Species, Strony Konwencji Berneńskiej w grudniu 2003 r. (zdolność do tworzenia samorozradzających się populacji ).
3. Gatunek nierodzimy ( użytkowy) - definiuje Ministerstwo Rolnictwa i rozwoju Wsi, z dnia 16 listopada 2012 r. 

Ad.1. Obecnie zgodnie prawem krajowym, tj. art. 120 ust. 1 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody, zabrania się wprowadzania do środowiska przyrodniczego oraz przemieszczania w tym środowisku roślin, zwierząt lub grzybów gatunków obcych. W tym miejscu warto przywołać ROZPORZĄDZENIE MINISTRA ŚRODOWISKA z dnia 9 września 2011 r  oraz zawartą tam listę gatunków ryb, ograniczoną do: 


LISTA ROŚLIN I ZWIERZĄT GATUNKÓW OBCYCH, KTÓRE W PRZYPADKU UWOLNIENIA DO ŚRODOWISKA PRZYRODNICZEGO MOGĄ ZAGROZIĆ GATUNKOM RODZIMYM LUB SIEDLISKOM PRZYRODNICZYM ... RYBY 
27. babka bycza Neogobius melanostomus
28. babka łysa (babka gołogłowa) Neogobius gymnotrachelus
29. babka marmurkowata (babka marmurkowa) Proterorhinus marmoratus
30. babka szczupła (babka rzeczna Neogobius fluviatilis
31. czebaczek amurski Pseudorasbora parva
32. pirapitinga (pirania paku) Piaractus brachypomus
33. sumik karłowaty Ameiurus nebulosus
34. trawianka Perccottus glenii

Ad.2.  Definicję przytaczam poniżej, cytując za:  INWAZYJNE GATUNKI RYB W POLSKICH WODACH - ZAGROŻENIE DLA RODZIMEJ ICHTIOFAUNY  Uniwersytet Łódzki, Katedra Ekologii i Zoologii Kręgowców:

"Według definicji zaproponowanych przy opracowaniu „Europejskiej strategii dotyczącej inwazyjnych gatunków obcych” (European Strategy on Invasive Alien Species), przyjętej przez Strony Konwencji Berneńskiej w grudniu 2003 r., za gatunek obcy uważa się gatunek, podgatunek lub niższy takson introdukowany (przeniesiony) poza zasięg, w którym występuje on (lub występował w przeszłości) w sposób naturalny, włącznie z częściami, gametami, nasionami, jajami lub propagulami tego gatunku, dzięki którym może on przeżywać i rozmnażać się; ponadto inwazyjny gatunek obcy to taki, którego introdukcja lub rozprzestrzenianie się zagraża różnorodności biologicznej. Należałoby również dodać, że istotnym warunkiem inwazyjności jakiegoś organizmu jest jego zdolność do tworzenia samorozradzających się populacji na nowo zajętym terenie. W myśl tych definicji spośród długiej listy obcych ryb w naszych wodach słodkich za inwazyjne można obecnie uznać siedem gatunków" ... czytaj więcej:  UŻYTKOWNIK RYBACKI-NOWA RZECZYWISTOŚĆ, PZW 2008 

Ad.3. Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 16 listopada 2012 r.w sprawie wykazu gatunków ryb uznanych za nierodzime i wykazu gatunków ryb uznanych za rodzime oraz warunków wprowadzania gatunków ryb uznanych za nierodzime, dla których nie jest wymagane zezwolenie na wprowadzenie . (Nie jest wymagane zezwolenie Ministerstwa Ochrony Środowiska).

jesiotrowate Acipenseridae
1 bieługa Huso huso
2 jesiotr syberyjski Acipenser baeri
3 jesiotr rosyjski Acipenser gueldenstaeti
4 siewruga Acipenser stellatus
5 sterlet Acipenser ruthenus
6 szyp Acipenser nudiventris
7 mieszańce gatunków ryb wymienionych w lp. 1–6

karpiowate Cyprinidae
8 amur biały Ctenopharyngodon idella
9 karaś złocisty Carassius auratus
10 karp Cyprinus carpio
11 tołpyga biała Hypophthalmichthys molitrix
12 tołpyga pstra Aristichthys nobilis

długowąsowate Clariidae
13 sum afrykański Clarias gariepinus

łososiowate Salmonidae
14 golec Salvelinus alpinus
15 palia jeziorowa Salvelinus namaycush
16 peluga Coregonus peled
17 pstrąg źródlany Salvelinus fontinalis
18 pstrąg tęczowy Oncorhynchus mykiss

bassowate Centrarchidae
19 bass wielkogębowy Micropterus salmoides

sumikowate Ictaluridae
20 sum kanałowy Ictalurus punctatus 

Wobec powyższego oraz niemałej populacji tęczaków zasiedlających wody rzek północy kraju, Polski Związek Wędkarski przyjął regulację zapisaną w RAPR o braku limitu połowu dziennego pstrągów tęczowych a za tym idzie obowiązującą na wodach otwartych.

RAPR VI. OCHRONA RYB. 9. Limity połowu nie dotyczą amura, tołpygi, krąpia, karasia srebrzystego, leszcza, pstrąga tęczowego i pstrąga źródlanego oraz gatunków ryb wymienionych w rozdziale IV, pkt. 3.7. 

22.07.2016

Rzeczka pełna uro(b)ku


Rzeka "Kacza", choć to zbyt wielkie słowo jak na ciurek o długości zaledwie 14 km. Płynie sobie przez lasy w okolicach Gdyni, by przemknąć nieomal niezauważalnie przez jej dzielnice i dotrzeć do morza. Miejscami jej szerokość nie przekracza pół metra a głębokość nurtu mierzona jest kilkunastoma centymetrami. Nie ma w w tym nic nadzwyczajnego, bo choć to urokliwa rzeczka, jednak takich na Pomorzu sporo. 


W czasach mojego dzieciństwa a dawno to było, Kacza stanowiła miejsce niezliczonych wypraw. Z grupką rówieśników, goniliśmy na rowerach na złamanie karku leśnymi duktami,  daleko, daleko poza zasięg wzroku, wiedzy i przyzwolenia rodziców. W jej wodach gołymi rękami łapaliśmy niewielkie pstrągi potokowe, przyglądając się ich pięknu. Tam rodziła się wiedza, pasja i przyszła fascynacja łososiowatymi. Jej dno zamieszkiwały minogi, dziwne stwory ukazujące się pod przewracanymi kamieniami. Rozbudzały wyobraźnię o dziwach przyrody, brzydkie i oślizłe w rękach dzieciaków pozwalały przełamać strach i niechęć do zwierząt, tak innych od puszystych kotków i szczeniaczków tulonych przez naszych rówieśników. Na wygrzanych łachach żwirku ledwie przykrytych taflą wartkiej wody, przemykały kozy, małe rybki, które na nasz widok umykały w głąb piaszczystego dna. 


Najpiękniej było, gdzie rzeczka wpływała w stary drzewostan świerkowy. Jej okolice pokrywały połacie zielonego mchu o soczystym kolorze. Szczególnie o poranku, gdy promienie słońca przebijały opary mgły smużąc światłem od koron drzew po złocistą taflę wody. To był obraz jak z filmów Disneya, taka nasza mała Ameryka pośród szarości lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Czarno - białej telewizji dla wybrańców, oglądanej na jajowatych kineskopach osadzonych w niezgrabnych, drewnianych pudłach. Nad "Kaczą" przenosiliśmy się w inny świat, gdy pozostałe dziesięciolatki z zapałem kopały piłkę na ponurych podwórkach z dumą przyjmując imiona ówczesnych piłkarzy Legii Warszawa i Górnika Zabrze. 


Kacza rzeczka nie stanowi dziś atrakcji ani dla dorosłych, ani dla dzieci. Czasem leśny spacerowicz zawiesi oko na przepływającej wodzie, opłucze w niej zabłocone buty lub okoliczny działkowicz zaczerpnie nieco wody. Jednak rzeka zgodnie prawami natury sama przypomina o swoim istnieniu. Na podobieństwo górskich potoków, co jakiś czas ostrzega by miejska i rekreacyjna zabudowa trzymała się z dala od jej urokliwego nurtu. Nie inaczej było przed kilkoma dniami, gdy gwałtowne opady zamieniły wody Kaczej w rwącą, dużą rzekę zabierającą kilkumetrowym przyborem dobytek i zabudowę okolicznej ludności. 


Ten znak już od dawna powinien oznaczać - zakaz działalności człowieka !.

Rwała betonowe ostrogi mostów i traktów spacerowych. Wyrywała w skarpach brzegów tony żwiru, przewracała drzewa. Gdy wody podały ogrom zniszczeń był nie do wiary, wobec na co dzień spokojnego, leśnego ciurka. Do widoku podobnych zniszczeń już nas przyzwyczaiły niewielkie rzeczki południowej Polski. Jednak na wybrzeżu, nieopodal ujścia do Bałtyku taki strumyk ... ???. 

Jakoś utarło się sądzić, że polskie wybrzeże to pas nizinnych równin na podobieństwo rozległych plaż, łagodnie zmierzających ku morskim falom. Jednak wypada pamiętać, że Kaszuby a szczególnie okolice Trójmiasta to kompleks wysoko wzniesionych wzgórz, stanowiących pozostałość ostatniego Bałtyckiego zlodowacenia. Cofająca się lodowa czapa pozostawiła nam moreny lodowcowe, piękne jak klify Orłowa i groźne, bo płynące u ich podstawy nawet niewielkie rzeczki potrafią z ich stoków zebrać ogrom wody. Dziś wobec innej rzeki ... rzeki pieniędzy płynącej z Unii Europejskiej, po które tak ochoczo sięgają samorządy i uczeni budowniczy betonowych oków wszelkiego co płynie, niech ostatnie wydarzenia nad małą Kaczą będą kolejnym ostrzeżeniem. Woda leniwie dzieli się z nami swoimi skarbami.  ...  ale woda gwałtownie zabiera. 

W betonowym świecie pragniemy mieć za oknem widok lasu i szum rzeki. Nawet w mieście, wchodząc z zabudową nieomal do koryta rzeki. Wystarczy spojrzeć na deweloperskie poczynania w Redzie, Wejherowie czy Bolszewie. Skutki są już odczuwalne w najbardziej przykry sposób, gdy woda gwałtownie niszczy wszystko lub cierpliwie sączy nasze nowe, wspaniałe osiedla, zmieniając partery budynków w zapleśniałe i zagrzybione suteryny ...





16.07.2016

Ono przyrody


Koralówka czerwonowierzchołkowata [gałęziak groniasty] Ramaria botrytis  Ricken 1918. Owocniki wyrastają od lata do jesieni, na ziemi, w lasach liściastych i mieszanych, zwłaszcza pod bukami. Obecnie uznana za gatunek wymierający, umieszczony w Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych.

Patrząc na dziesiątki tysięcy turystów na plażach polskiego Bałtyku, trudno uwierzyć, że lipiec jest najbardziej deszczowym miesiącem w roku w naszym kraju. To wynik obserwowanych od lat gwałtownych frontów atmosferycznych generujących krótkotrwałe ale niezmiernie obfite opady, mierzone nierzadko 50 - cio litrowa ilością wody na metr kwadratowy i więcej. No cóż klimat się zmienia i choć można wdać się w uporczywe dywagacje co jest tego powodem - człowiek czy natura. Nie zmienia to postaci rzeczy, że przyjdzie nam się dostosować a wędkarskie nawyki wyznaczane rytmem natury przystosować do obserwowanych zmian.


Taką sytuacje mieliśmy ostatnio w Trójmieście i okolicach. Gwałtowny front burzowo - deszczowy zgotował nam małą apokalipsę. Krótko mówić zlało nas jak w potopie, istny armagedon. Pomijając krótkotrwałą uciążliwość komunikacyjną dla mieszkańców, dla nas wędkarzy oznacza to w dłuższej perspektywie wyłączenie z wędkowania rzeki Redy. Jak widać na zdjęciach rzeką płynie ogrom mocno trąconej wody, no prawie błoto. Trudno nawet zorientować się gdzie znajduje się naturalne koryto rzeki. Okoliczne łąki zostały zalane a po środku nurtu sterczą teraz konary krzewów i pnie drzew, jeszcze do niedawna wyznaczające linię brzegową rzeki.


Alternatywą dla czerpiących z natury może być lipcowe grzybobranie. To też przyrodniczy ewenement, bo o ile w lasach okolic Kościerzyny grzyby w lipcu to żadna nowość, to wejherowskie drzewostany oprócz borowików rzadko obfitowały w inne grzyby o tej porze roku. W tym sezonie jest inaczej bo bez problemu odnajdziecie gatunki charakterystyczne dla jesieni. W borach świerkowych rosną już masowo podgrzybki a brzozy obfitują w koźlarze. O jagodowych łąkach pełnych kurek już nie wspomnę.


Pierwszy tegoroczny borowik


Muchomor czerwieniejący (Amanita rubescens) W Polsce jest bardzo pospolity. Występuje w lasach liściastych, iglastych i mieszanych. Rośnie na ziemi, wśród mchów, szczególnie pod brzozami, bukami, sosnami, dębami. Owocniki wytwarza od czerwca do listopada. Uchodzi za gatunek jadalny, jednak po długotrwałym odgotowaniu. Mimo to nie próbujcie tego w domu, bo w przypadku grzybów tego rodzaju łatwo o pomyłkę a skutki tragiczne.