30.04.2013

Słowo na długi weekend



 Właściciele psów upodobniają się do swoich pupili, podobnie rzecz ma się z wędkarzami. Najłatwiej mają karpiarze, bo karpia zrobić każdy umie, szczególnie gdy słyszy o kolejnych decyzjach władz naszego związku a pozostanie leszczem też nie jest wybitnie trudne. Gorzej z muszkarzami bo ci powinni upodobnić się do lipienia, ale trudno upodobniać się do czegoś co nie istnieje. Można próbować do tęczaka, ale to ryzykowne zważywszy na skojarzenia barwy z kochającymi inaczej. Co niektórzy próbują do troci wędrownej, co zwykle oznacza powrót do domu po tarle i to niekoniecznie dnia następnego. Zatem manifestowanie przynależności do muchowego klanu w postaci stylizacji na rybkę, może okazać się ryzykowne i mało skuteczne.

Pozostaje metoda na manekina sklepowego, sposób sprawdzony i niezwykle efektowny. Kupując sprzęt, ubiór i ekwipunek musimy tylko zadbać o firmowe metki i bacznie przyglądać się sprzedającemu by takowych nie oderwał. Należy zwrócić też uwagę czy nie są zatarte, zbyt przybrudzone a ceny wyraźne i opisane dużą czcionką. W przypadku tych ostatnich warto poprawić je wodoodpornym markerem do wielkości czytelnej dla przeciętnego rodaka, czyli widoczne z kilku metrów nawet przy okularach o szkłach wielkości denka od butelki. Przed wyprawą nad rzekę należy zadbać o laminowanie wszelkich papierowych oznaczeń Do wody i tak wchodzić nie będziemy, więc obawa o zamoczenie jest niewielka, ale może zaskoczyć nas deszcz i warto wyposażyć się również w podręczny parasol, koniecznie firmowy z dużym logo czołowego producenta sprzętu muchowego.

Metoda na manekina ma też dodatkową zaletę, ponieważ możemy nabyć sprzęt uszkodzony, solidnie przeceniony, przecież i tak nie będziemy go używać a zaoszczędzone pieniądze przeznaczymy na oprawę medialną w postaci kiełbasek na grilla i napoje. To bardzo istotny element naszego pobytu nad wodą, bo zapach dymu przesycony przyprawami oraz widok skrzynek z trunkami to pewny sposób na ściągnięcie tłumu gapiów, dla których przecież organizujemy nasz wędkarski wypad.

Grill rozpalony, tłumy ściągają, pozostaje na zatem pospiesznie ubrać się firmowe spodniobuty, kapelusz z piórkiem oraz kamizelkę z patką pełną much, tu uwaga - na Allegro wybieramy te jaskrawe, duże i puszyste by nie umknęły uwadze odwiedzających naszą prezentację. Wystarczy już tylko wyłożyć wędziska z kołowrotkami na maskę samochodu, koniecznie dużego i terenowego. W wolnych chwilach ułatwi nam pokaz przejeżdżania nurtu rzeki na drugi brzeg i z powrotem. Tak wyposażeni, odpowiednio ubrani przechadzamy się wokół naszego stanowiska ekspozycyjnego, chętnie nawiązując rozmowę z napotkanymi wędkarzami. W tym momencie warto zadbać by ci nie ustawiali się pod słońce, bo nasze starania o widok firmowych metek i cen mogą zostać zniweczone.

Do ewentualnej rozmowy musimy się przygotować i tu warto sporządzić sobie nieco notatek w postaci gotowych wypowiedzi, które bez trudu odnajdziemy na licznych forach wędkarskich typu: Proszę Pana, jak Pan zapewne zauważył będę poławiał na suchą muchę jedną z moich licznych uniwersalnych wędek muchowych w klasie 8 – 10, gdyż uważam, że łowienie na suchą muchę pozwoli w pełni wykorzystać walory firmowego sprzętu, który zakupiłem. W tym miejscu zadbajmy by wzrok rozmówcy powędrował nie tylko w kierunku poprawionych markerem cen, ale też na kolekcję streamerów w klapie naszej kamizelki. Można też zabłysnąć wiedzą o miejscowych rybach z lekkim nawiązaniem do historii i sugestią o licznych sukcesach typu: Proszę Pana jakie tu niegdyś były ryby, oj łowiło się, łowiło biskupy i strumyki jak noga. W ten sposób uda nam się również wyrazić dezaprobatę dla tych co to za chwilę do rzeki wejdą, podkreślając swoją pozycję w muchowym świecie.

Stosując się do powyżej metody na zakupy przed nadchodzącym długim weekendem jest za późno, ale gorąco wierzę, że wielu wędkarzy solidnie przepracowało zimę przed ekranem komputera odwiedzając witryny sklepów internetowych i niezliczone fora o tematyce wędkarskiej. Był zatem czas by solidnie wyposażyć się nie tylko w sprzęt, ale i wiedzę by stosownie zaprezentować się podczas wielkiego otwarcia senonu grillowego nad rzeką.

28.04.2013

Salmon.pl




Jak zapewne zauważyliście na blogu pojawiło się logo portalu Salmon.pl. W praktyce oznacza to nie tylko przekierowanie do strony źródłowej, ale też naszą współpracę. Zarówno Kolegom tworzącym skład redakcyjny portalu jak i mnie, kwestie popularyzacji tematyki łososiowatych są bardzo bliskie i szybko znaleźliśmy nić porozumienia. Moich czytelników gorąco zapraszam na łamy witryny Salmon.pl, która z racji specjalistycznego charakteru, szczególnej dbałości o merytoryczny poziom publikacji oraz rozbudowane działy tematyczne i nieograniczone możliwości prezentowania zasobów zdjęć i filmów, stanowi niezwykle wartościową pozycję na mapie wędkarskich portali internetowych. Koledzy nie unikają też tematów trudnych zredagowanych w treści, które stanowią podstawę nie tylko do własnych przemyśleń, ale  zachęcają do wspólnej rozmowy o zawsze aktualnych kwestiach związanych z rybami łososiowatymi. Niejako w rozwinięciu prezentowanego mojego stanowiska w sprawie lipienia, polecam uwadze równie trudny  i budzący emojsce temat w postaci artykułu ”Zabić kelta..?”, stanowiący przedruk z portalu Salmon.pl.

Zabić kelta..?

Dość powszechna jest w środowisku wędkarzy łososiowych opinia, że połów i zabieranie schodzących po tarle keltów jest wysoce nieetyczne. Wynędzniałe i osłabione często wielomiesięczną głodówką, trudami wędrówki na tarliska i samym tarłem nie są godnym przeciwnikiem dla wytrawnych łowców. Jako dodatkowe argumenty podnosi się słabą jakość mięsa oraz możliwość powrotu do rzeki na kolejne tarło, a tym samym szansę na ich połów w lepszej kondycji. Z drugiej strony, rzadko kiedy słychać wątpliwości etyczne na widok złowionych w szacie godowej ryb, z brzuchami wypełnionymi ikrą lub mleczem. W tym też duchu proponuje się z jednej strony wprowadzenie zakazu połowu keltów (wydłużenia okresu ochronnego do późnej wiosny), z drugiej zaś, wydłużenie sezonu o miesiąc intensywnego ciągu  ryb, tj. październik. Wielu wędkarzy skarży się tu na Polski Związek Wędkarski i obowiązujące przepisy, przeciwstawiając je rozwiązaniom w innych krajach. Warto pamiętać, że w pierwszym przypadku, dotyczącym zaostrzenia przepisów, wystarczy szybka decyzja PZW lub innego gospodarza wód, w drugim wymagana jest zmiana ustawy.


typowy dla początku sezonu kelt - samica troci wędrownej

Trzeba powiedzieć, że praktyka wędkarska często przeczy krążącym opiniom. Tylko nieliczni zwolennicy zakazu połowu keltów rezygnują z noworocznego rozpoczęcia sezonu i zimowo-wiosennego okresu połowów, kiedy to trwa największe oblężenie polskich rzek łososiowych przez wędkarzy. Część z nich stosuje zasadę „złów i wypuść”, ale wciąż jest to marginalne zjawisko i najczęściej ma ono charakter obligatoryjny – jej zwolennicy wypuszczają wszystkie złowione ryby. Można by więc powiedzieć o klasycznym "biciu piany" i nie zajmować się dalej problemem, jednak jest kilka jego aspektów, które warto przedyskutować w szerszym zakresie.

Bezdyskusyjna wydaje się zasada nadrzędności dobra ryb w ustalaniu przepisów ochronnych, zarówno sportowych jak i gospodarczych. W praktyce sprowadza się to do wyznaczenia limitów połowowych oraz wprowadzenia przepisów wspomagających tak, aby nienaruszone zostało stado podstawowe dzikich populacji i ich struktura oraz nie uległa zubożeniu naturalna pula genowa, decydująca o możliwościach adaptacyjnych osobników ją tworzących – to najważniejsze od strony eksploatacyjnej czynniki, decydujące o trwaniu gatunków. W wielu przypadkach, na naszych wodach górskich i nie tylko, limity te powinny mieć wartość zerową - niestety nie mają. Jak wiadomo w Polsce wędkarzy obowiązują najczęściej limity dzienne. O roczne nikt się nie troszczy i wynikają one z przemnożenia limitów dziennych przez liczbę dni w sezonie, dając astronomiczne i absurdalne wartości. Przepisy szczegółowe - określające wymiary,  okresy i obwody ochronne, dozwolone metody połowu itd. - mające znaczenie pomocnicze i wspierające - stanowią u nas podstawę systemu.

Na marginesie: można by  wyciągnąć wniosek, że nasza jedyna organizacja wędkarska - PZW - bardziej dba o swoich członków niż dobro ryb, a przecież zarówno bez jednych, jak drugich traci sens swojego istnienia. Należy jednak pamiętać, że to ustawodawca wyznacza ramy działalności organizacji pozarządowych i to on odpowiedzialny jest za stan naszej przyrody i jej zasobów. Cóż, efekt jest taki, że pod względem gospodarki łososiowej na wodach śródlądowych wyprzedza nas nawet Rosja. Dobrze, że w przypadku gospodarki morskiej decyduje UE, bo przecież w morzu nasze łososie i trocie też muszą przeżyć.

A jak się ma zasada nadrzędności dobra ryb w przypadku połowów keltów i ryb wstępujących na tarło, a więc eksploatacji mającej wpływ nie tylko na liczebność, ale i strukturę populacji?

Należy przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że kelt, bez względu na wielkość, odbył już swoją największą biologiczną powinność – przekazał swoje geny potomstwu i pomnożył populację przynajmniej jeden raz. Im skuteczniej to zrobił, tym więcej potomstwa wykluje się z ikry za kilka miesięcy, tym więcej dobrych jego cech zachowa się i utrwali w danej populacji. Ryba wstępująca ma to dopiero przed sobą i wcale nie jest pewne czy tarło zdoła odbyć wobec wszelkich zagrożeń i trudów, które musi pokonać. Jedno jest pewne - nie odbędzie tarła na stole wędkarza. Tym samym utracona zostaje bezpowrotnie szansa na przekazanie genów. A jeśli akurat te geny są  bezcenne...?

Argument powtórnego przystąpienia do tarła przez schodzące do morza kelty jest niezwykle słaby wobec statystyk wskazujących, jak niewielki procent ryb przystępuje do rozrodu drugi i trzeci raz. U łososia atlantyckiego 3-krotne tarło to maksimum, a przystępuje do niego statystycznie 1 ryba na 1000. U troci wędrownej pod tym względem jest nieco lepiej, ale niewiele to zmienia w praktyce.

Z powyższym argumentem wiąże się też istotna trudność, a dotyczy ona możliwości stwierdzenia, czy dana wchodząca ryba odbyła już w swoim życiu tarło i ile razy to uczyniła (nie ma tego dylematu w przypadku keltów). Łososie i trocie wędrowne nie odbywają tarła co roku, a pierwsze może niekiedy odbywać się po 3, a nawet 4 latach żerowania w morzu. W tym czasie ryby, o ile warunki środowiskowe na to pozwalają,  mogą osiągać imponujące rozmiary. Stąd tylko w przypadku bardzo dużych osobników można z rozsądnym prawdopodobieństwem wnioskować o ich gotowości do powtórnego rozrodu i dlatego też, np. w Norwegii, stosuje się zakaz zabierania dużych dzikich samic, wspomagając tym samym przyrodę i chroniąc wartościowe geny. Nawet jeśli osobniki te weszły na tarło pierwszy raz, to i tak chronimy i utrwalamy ich genetycznie uwarunkowaną zdolność szybkiego wzrostu i radzenia sobie w środowisku morskim. Wniosek - zabijając dorodne okazy, zabijamy też ich niezwykle wartościowe geny, nie dając szansy na powielenie ich przez potomstwo i zubożając bioróżnorodność danej populacji.



Ciężarna królowa - zabić czy wypuścić..?

Z czynników obiektywnych, mimo niedostatku opracowań naukowych, warte omówienia i dyskusji są możliwe konsekwencje metody "złów i wypuść". Tu temat ten pominiemy, bowiem konsekwencje tej metody rzadko mają charakter ostateczny, tzn. kończą się śmiercią ryb.

Pozostają nam do omówienia czynniki subiektywne, nieistotne z punktu widzenia biologii, za to niezwykle ważne pod względem etycznym, kreowania kultury wędkarskiej i przyszłości tej formy rekreacji.

Jeśli chodzi o aspekt sportowy, to każdy przyzna, że skuszenie do ataku na sztuczną przynętę nie żerującego srebrniaka różni się zdecydowanie od oszukania imitacją żaby, ryby czy dżdżownicy głodnej, szukającej kalorii kelciny. Z trudnością skuszenia, a więc kunsztem wędkarskim, rzecz nie jest już taka prosta; "świeże" srebrniaki chwytają przynęty jak szalone, ale "zasiedziałe" łososie i trocie to już inna bajka. Kelty też nie zawsze żerują i reagują na wędkarskie wabiki.

Jeśli chodzi o walkę, to sprawa jest bezsporna. Przewaga ryb wstępujących, posiadających energię, siłę i determinację pokonywania przeszkód w postaci bystrzy, progów i wodospadów oraz setek kilometrów nurtu, jest ogromna. Ale też nie każda srebrna ryba walczy równie zaciekle. Zapewne liczy się, ile kilometrów wędrówki ma już w płetwach i jak długi post za sobą, ile adrenaliny krąży w jej krwi. Nie bez znaczenia są pewnie jej cechy indywidualne oraz poziom bólu czy strachu w trakcie holu.
Ale i kelt keltowi nierówny - od wynędzniałych, często poważnie okaleczonych samic, bujających się jak szmata na kiju, przez niekiedy w bardzo dobrej formie samce jeszcze na testosteronie i adrenalinie, po trudne do odróżnienia od zasiedziałych srebrniaków wypasione na żabach, waleczne i tłuste osobniki, które wcale nie kwapią się z szybkim spływaniem do morza. Kondycja keltów zależy od wielu czynników - okresu postu, uciążliwości wędrówki, warunków panujących na tarliskach, przystąpienia do żerowania po odbytym tarle, dostępności i obfitości pokarmu, itd. Wiele z tych w najgorszej formie ryb skazanych jest na śmierć, nie są bowiem w stanie aktywnie polować (choć potrafią czasem chwycić podrzuconą pod nos blaszkę); zabiją je wydry i inne drapieżniki oraz infekcje. Nie widzimy ich pod koniec lutego czy w marcu, bo już ich nie ma.

Wracając do początku, kto ma rację - czy obecne przepisy są zadowalające, czy też powinniśmy zrezygnować z połowów keltów i wydłużyć okres połowu ryb wstępujących o październik i jak powinny wyglądać przepisy wędkarskie?

Z punktu widzenia argumentów obiektywnych możliwość połowu keltów jest dla populacji ryb mniej niebezpieczna niż połów ryb wstępujących na tarło. W naszej polskiej praktyce ryby spływające po tarle przejmują największą presję wędkarską, związaną z rozpoczęciem sezonu. Pewnie też w skali roku w puli złowionych i zabranych ryb mają największy udział. Dzieje się tak głównie dlatego, że szansa złowienia żerującego kelta jest znacznie większa niż chimerycznego srebrniaka czy ryby zasiedziałej. Przyczynia się do tego też koncentracja ryb na pewnych odcinkach (najczęściej okolice tarlisk) i łatwość określenia stanowisk do żerowania. "Letnia" troć czy łosoś szybko rozchodzi się po dorzeczu, a wchodzące partie ryb nie są zbyt liczne. Sytuacja poprawia się z końcem sezonu, ale wówczas łowione są coraz częściej ryby z oznakami szaty godowej i silnie rozwiniętymi gonadami. Można więc powiedzieć, że sezon zaczyna się i kończy dylematami etycznymi.


Niewytarta samica łososia z przejrzałą ikrą; druga, podbnych rozmiarów została wypuszczona

Dla dobra naszych dzikich populacji troci wędrownej najważniejsze jest zachowanie stad podstawowych z bezpiecznym nadmiarem oraz zapewnienie im odpowiednich warunków do wzrostu i rozrodu. Bezwzględnej trosce powinno podlegać zachowanie pełnej różnorodności genetycznej, opartej na naturalnym doborze i tarle oraz nie dopuszczaniu do udziału w rozrodzie naturalnym osobników pochodzących z hodowli (ze względu na występujący u nich znaczny udział genów wsobnych). Przepisy dotyczące połowów sportowych i gospodarczych muszą wspierać powyższe zasady.

Wobec tego dla każdej rzeki powinny być ustalane co roku limity połowów, do nich dobierana ilość licencji oraz limity roczne dla wędkarzy. W przypadku populacji zagrożonych limity te powinny być zerowe, a jeśli dopuszcza się połowy sportowe, to na zasadzie "złów i wypuść". W niezagrożonych populacjach wszystkie dorodne okazy dzikich ryb, szczególnie samic, powinny być wypuszczane, chyba, że stan stada pozwala na ograniczoną eksploatację - bardzo liczne i zdrowe stada naturalne.

Zupełnie inna powinna być polityka wobec ryb pochodzących z hodowli. Wszystkie one powinny być znakowane i to w taki sposób, aby nie było problemu z odróżnieniem ich od osobników dzikich. Zarybianie nimi rzek, gdzie występują stada naturalne powinno mieć charakter uzupełniający, a przepisy dotyczące limitów i wymiarów dostosowane dla potrzeb ochrony stada naturalnego przed nadmiernym udziałem tych osobników w tarle. W przypadku wsiedleń do rzek, gdzie stada naturalne nie występują, zarówno w przypadku troci jak i reintrodukowanego łososia atlantyckiego, przepisy eksploatacyjne powinny być indywidualnie dostosowywane do wielkości zarybień, pojemności tarlisk, bazy pokarmowej dla młodych ryb i oczekiwanych rezultatów. Zarówno "dorybienia" jak i zasiedlenia rybami hodowlanymi mogą owocować liberalizacją przepisów dla wędkarzy i tym samym większą ich satysfakcją. Oznacza to, że możemy łowić i zabierać więcej i dowolnie duże okazy. Właściwa gospodarka przyczyniłaby się do rozłożenia ciężaru wędkarskiej presji i skupienia jej w miejscach mniej wrażliwych przyrodniczo. Przywróceniu przyrodzie uległoby więcej wód, populacje łososiowatych wzmacniałyby się, gminy bogaciły niemal całorocznym sezonem na wędkarzy, a każdy wędkarz, w zależności od swoich preferencji i możliwości, wybierałby wodę.

Reasumując: miejmy świadomość, że obowiązujące przepisy nie zmuszają nas do połowu keltów, sezon możemy zaczynać później, a każdą rybę możemy wypuścić. I chyba dobrze, że nie musimy patrzeć na wypełnione dojrzałymi gonadami październikowe tarlaki na naszych kijach i brzegach rzek, doświadczać wątpliwości, a potem zaczynać nowych dyskusji etycznych. Problem tkwi w naszych frustracjach, wynikających z braku lub niedoboru ryb i to należy zmieniać. Pamiętajmy też, że ograniczenia, nieraz drastyczne, muszą być i musimy się z nimi godzić, jeśli chcemy długo łowić te przepiękne ryby.

27.04.2013

Prawda leży pośrodku



Do końca okresu ochronnego lipienia pozostał nieco pond miesiąc, dużo to i mało zważywszy wobec jakiej decyzji stajemy w nadchodzącym sezonie w kwestii zabierania ryb tego gatunku z łowiska. Od kilku lat ścierają się poglądy i opinie wędkarzy, których podział staje się coraz bardziej wyraźny, w jednym przypadku trzymających się regulacji zapisanym w RAPR, w drugim wyznających nieprzejednane stanowisko o całkowitym zakazie pozyskiwania lipienia z naszych rzek. Niejako na drodze jednych i drugich pojawiają się lokalne przepisy wyznaczające odstępstwa od RAPR w postaci innych, wyższych wymiarów ochronnych, ograniczenia limitów dziennych przez wprowadzenie w to miejsce okresowych oraz postanowienia regulujące nadmierną presje wędkarską w postaci limitów wejść na łowisko. Niezależnie jak przepisy stanowią pozostaje kwestia subiektywnego podejścia do tematu, czyli wyboru czy bezkrytycznie wykorzystać możliwości jakie stwarzają z nadzieją i wiarą, że obowiązujące są właściwe, wprowadzone na czas, aktualne i z wykorzystaniem wszelkich dostępnych możliwości decyzyjnych. Niestety jest to złudne i pokrętne myślenie, uznające decyzje władz PZW różnych szczebli za jedynie słuszne i w związku z tym zwalniające nas od myślenia. Nasza wędkarzy i związkowa praktyka jednak zdążyła już nauczyć, że widzenie kondycji oraz liczebności populacji lipienia w obu przypadkach bywa często odmienne. Nadal wiele Okręgów traktuje lipienia jak motor napędzający stan związkowej kasy a postulowane zmiany w regulacjach co do sposobu jego połowu, są działaczom nie w smak a ich wprowadzenie napotyka na betonowy opór. Ponieważ nic nie zapowiada rewolucyjnego podejścia ani w sposobie myślenia władz okręgowych ani tym bardziej idących za tym szybkich, rozsądnych i adekwatnych do obecnej sytuacji zmian, pozostaje nam własny osąd i wynikające z niego decyzje.

Chwilowo darując sobie co dzieje się ponad naszymi głowami, powróćmy zatem do obu postaw wędkarskich a w zasadzie to trzeciej prezentowanej jako moje stanowisko w tej sprawie. Śledząc od długiego czasu wypowiedzi kolegów na forach kreujących dwie radykalne i przeciwstawne opinie czy lipienia zabierać w majestacie prawa  zgodnie z przysługującymi limitami czy nie, jestem zmuszony nie zgodzić się ani z jedną ani z drugą stroną.  Bez obawy o krytyczną ocenę tego co za chwile napiszę, powodowaną często uprzedzeniem personalnym lub zwykłą sposobnością do anonimowego i bezkarnego chamstwa okazywanego na forach.

Jednym słowem wybieram się na łowisko z zamiarem pozyskania lipienia w znaczeniu zabrania z wody, czyli potraktowania go jak każdej innej ryby. Natomiast zamiar pozyskania nie oznacza bezkrytycznego i bezwarunkowego dokonania tej czynności. Ujmując rzecz najprościej w łowieniu ryb odnajduję również wszelkie atawistyczne przyjemności, które podpowiadają że celem wędkarskiej wyprawy jest ryba w siatce, stanowiąca jej ukoronowanie. Nie dam się zwariować wszelkimi teoriami o sportowym charakterze wędkarstwa, sprowadzonym do przyjemności przerzucania ryb w rzece łącznie z ich patologiczną i sprowadzoną do absurdu formułą zawodów wędkarskich w przypadku łososiowatych.  Z drugiej zaś strony nie uznaję za słuszne aktualnie obowiązujące przepisy, ze względu na ich nikłą rygorystyczność  a tym bardziej kurczowe trzymanie się ich brzmienia umożliwiającego korzystanie z absurdalnie wysokich limitów dziennych. Pozostawiam zatem sobie moralne prawo i czyste sumienie w przypadku decyzji o zabraniu lipienia, poprzedzonej jednak wiedzą o kondycji jego populacji w konkretnym łowisku.  W praktyce oznacza to 2 - 3 lipienie w sezonie z rzeki na użytek kulinarny, których pozyskanie uznaję za zdecydowanie mniejszą szkodę niż straty wynikające z  rozgrywania zawodów wędkarskich na tym gatunku, skutkujące śmiertelnością ryb a których podstawą jest praktycznie lipieniowy narybek.

Choć dziś dla przeważającej a nawet przytłaczającej ilości naszych rzek oznacza to całkowitą rezygnację z lipienia w muchowym koszyku, nie zmienia to podejścia co do samej zasady. Uznaję za lepszą postawę - mogę, mam do tego niekwestionowane prawo, ale nie chcę w przeciwieństwie do  bezwarunkowego zakazu wynikającego wyłącznie z pokrzykiwania ortodoksyjnych wyznawców no - kill, lub sposobności wynikającej z regulaminu. W moich przyszłych wędkarskich opowieściach zapewne odnajdziecie takie obrazy jak ten otwierający dzisiejszy wpis, lub jak na zdjęciu poniżej z uwalniania okazałego lipienia. Wam pozostawiam wybór drogi u progu sezonu lipieniowego, może w postaci własnego limitu rocznego, który często oznaczać będzie zero. Jednak pozostawi Wam przyjemność uprawiania wędkarstwa w formie do jakiego zostało stworzone,  bez narażania się na publiczny lincz dokonywany przez hipokrytów w przypadku gdy jednak zdecydujecie się na zabranie lipienia z łowiska. Twórzmy własne standardy, bardziej rygorystyczne niż wynikające z regulaminu łowisk, ale tam gdzie to jest dopuszczalne i możliwe nie pozbawiajmy się przyjemności umieszczenia ryby w muchowym koszyku.




26.04.2013

Jętka majowa


Ephemera vulgata Linnaeus 1758

Lada chwila nadejdą majowe dni a z nimi pora połowu szczupaka, której oczekują nie tylko wędkarze spinningowi. Jednak dla muszkarzy to święto jętki majowej, której godowy wylot mieć będzie miejsce na naszych rzekach. Setki a nawet tysiące owadów dopełnią obraz świeżej zieleni nabrzeżnej roślinności a długie i ciepłe majowe dni sprzyjać będą nie tylko owadom, rybom ucztującym na osiadających na wodzie jętkach, ale i nam obserwujących i biorących udział w tym misterium przyrody nie tylko w znaczeniu wędkarskim. Choć pora i obfitość wylotu jętki majowej jest różna dla poszczególnych rzek, to niezależnie wyznacza ją cykl życiowy owada, którego ukoronowaniem jest godowy taniec. Jak zapewne wielu jest wiadomym łacińska nazwa zarówno przedstawicieli Królestwa roślin jak i zwierząt składa się z dwóch członów gdzie pierwszy oznacza przynależność do rodzaju, drugi zaś wskazuje gatunek. W przypadku jętek zaliczanych do rodzaju Ephemera oraz rzędu (wyższej jednostki systematycznej) Ephemeroptera, już samo tłumaczenie na język polski łacińskiej nazwy wskazuje charakter rozwoju cyklu życiowego: Ephemeris – jednodniowy, Pteris – skrzydła. To właśnie ten jednodniowy akt, lub kilkudniowy ( zależnie od gatunku ) w przypadku samic, które przed złożeniem jaj mogą wielokrotnie kopulować z samcami, kończy życie owadów dając początek następnemu pokoleniu. W czasie tym jętki przybierają trzy postacie wizerunku owada dorosłego oczywiście w znaczeniu wędkarskim oraz w sposobie postrzegania przez ryby. Dun – postać owada dorosłego wzlatującego nad lustro wody, Spinner owad osiadający na wodzie z uniesionymi skrzydłami, często w momencie składania jaj oraz Spent postać martwego owada bezwładnie unoszonego przez wody rzeki.

Niezależnie od wizerunku owada również jego kolor wyznacza muchowe strategie a to już cecha gatunku. W tym przypadku mamy do czynienia z Ephemera vulgata ( Linnaeus 1758 ), czyli jętką pospolitą o skrzydłach szarych lub czarnych oraz drugim gatunkiem występującym na terenie Polski, Ephemera danica ( Müller, 1764  ) zwanej jętką górską lub duńską o skrzydłach brązowych. Mimo licznych rozbieżności w polskim nazewnictwie Ephemera danica, za prawidłowe należy przyjąć – duńska a miano górskiej prawdopodobnie jest wynikiem bardziej licznego występowania gatunku na południu kraju. Jednoznacznej odpowiedzi na ten dylemat nie udziela nawet specjalistyczne forum entomologiczne.  Choć w 2007 roku Józef Jeleński wskazywał proces odwrotny przywołując przykład Raby jako rzeki na której Ephemera danica wcześniej nie występowała a jej pojawienie się było efektem przywleczenia z północy. Nie potrafię opisać stanu populacji tego gatunku na rzekach innych jak Reda, jednak tu ona nie występuje, przynajmniej w ilościach zauważalnych w stosunku do Ephemera vulgata, która dominuje podczas późno majowych a wręcz czerwcowych wylotów.  Nam pozostaje baczne przyglądanie się rodzimej populacji jętek, które lokalnie niezależnie od gatunku mogą różnić się tonacją ubarwienia.

W dociekaniach nad zasięgiem występowania Ephemera danica oraz pozostałych gatunków, również w znaczeniu środowiskowym Kolega Józef Jeleński wskazuje na Klucz do oznaczania jętek Ephemeroptera Wysp Brytyjskich pod redakcją Elliotta i Humpescha z roku 1983 oraz opisane tam rozróżnienie gatunków jętki majowej, które w skrócie "wędkarskim" wygląda tak:

Ephemera danica - wyloty od kwietnia do listopada. Larwy znajdują się w jeziorach oraz w wartkich strumieniach i rzekach o dnie żwirowo- piaszczystym.

Ephemera lineata lata w lipcu. Larwy głównie zamieszkują wielkie rzeki.

Ephemera vulgata - wyloty od maja do sierpnia Larwy znajdują się zazwyczaj w rzekach o dnie mulistym.

Z konkluzją: To by się zgadzało z grubsza z podziałem na polską Północ i Południe, w załączeniu rysunek charakterystycznych wzorów na odwłokach tych gatunków, rycina z powyższego wydania.  


  


Poniżej zdjęcia Ephemera danica, autorstwa Kolegi Pawła z Krakowa.



25.04.2013

Narodowa histeria


Widok na parking przy jazie w dniu dzisiejszym  ...

Ostatni wpis na blogu wywołał spore emocje i głosy oburzenia wobec upublicznienia informacji o Palii alpejskiej w Redzie. Pominę wszelkie personalne wycieczki, inwektywy i obraźliwe słowa, skupiając się na argumentacji komentujących, która niestety z trudem przebijała się między złośliwościami. Podstawowym zarzutem był przewidywany i ponoć potwierdzony masowy najazd wędkarzy na Redę wywołany wpisem i dalej szkodliwe konsekwencje jakie przyniósł dla rzeki. Jak się okazuje nawet niesprawdzone informacje zasłyszane z drugiej ręki wywołują nieprzemyślane wypowiedzi, których ton i treść można jedynie przypisać personalnym uprzedzeniom, lub braku umiejętności czytania tekstu ze zrozumieniem. Jeden z adwersarzy napisał - " parking zawalony, ludzi jak pierwszego no i jadą z koksem ”.  Jak się okazuje parking jest pusty a wędkarzy ani widu ani słychu.
Natomiast szkoda, że moi oponenci nie porozmawiał z tymi wędkarzami co to palię do rzeki przerzucali i nie wysłuchali ich argumentów -  ja rozmawiałem.  Ręce by Wam opadły wobec wiedzy na temat zarybień Redy lipieniem i potokowcem. Jakby podstawić im kontenery tęczaka i palii gotowi byli sypać te ryby do rzeki w ilościach bez ograniczeń. Wędkarzy tych interesuje wyłącznie szybkie mięso z rzeki ( 99.9% spinningistów), szczególnie ryby niepodlegające żadnym ograniczeniom połowowym a nie jakieś programy odbudowy populacji gatunków rodzimych. Takie jest obecnie oczekiwanie wędkarzy i wobec takiej postawy zredagowany był mój wpis na blogu.

Niezależnie mamy najlepszy przykład jakie emocje wywołuje hasło ryba w rzece i jak nikogo nie interesuje jaki to gatunek. Równie dobrze można sypnąć szczupaka a nawet karpia byle brał na spinning i pies z kulawą nogą nie zaprotestuje, bo już niewielu obchodzi powrót Redy do pierwotnego składu gatunkowego. Nie wielu jest też w stanie pogodzić się za czasem jaki jest na to potrzebny i z wieloma ograniczeniami, które należało by wprowadzić. Trudno zatem się dziwić z jakim oporem wprowadzane są zmiany w wymiarach ochronnych czy limitach dziennych, o których pisałem w artykule. Program dla Redy
Wystarczy zatem rzucić hasło ryba w rzece by wywołać narodowa histerię a wszelkie starania o odbudowę populacji rodzimych uznać za niepotrzebne ceregiele. Po co drodzy Koledzy wędkarze się krygujecie, wnioskujcie do RZGW o zarybienia tęczakiem i palią, by zamienić Redę w staw hodowlany gdzie za symboliczną opłatą drzeć będziecie te gatunki na kotwiczkach zestawów spinningowych. Przy okazji pomstując w myślach lub na głos, jakie to tłumy nad rzekę ściągają i że nie ma gdzie własnego woblera zapuścić. Co niektórzy powrócą do nostalgicznych wspomnień mienionego okresu, jako to po cichu i w samotności na Redzie łowili. Na koniec drogi Kolego, który tak ochoczo wyrywałeś się ze swoimi komentarzami na FFF, Redy nie zabija pisanie o sprawach rzeki, ale hipokryzja tych którzy chętnie i ochoczo zamienili by ją w kanał spływający pstrągiem tęczowym.

24.04.2013

Palia powraca


 W ostatnich dniach rzeka Reda a w zasadzie kanały nad jej biegiem prowadzące wodę do pobliskiej hodowli,  jak magnes przyciągnęły sporą grupę wędkarzy, nie mniejszą niż z początkiem sezonu trociowego. Powód - Palia alpejska, która masowo pojawiła się w tym miejscu. Wszystko za sprawą podniesionej kraty zabezpieczającej wlot do stawów hodowlanych i masowej ucieczki ryb. Jednym słowem obsada jednego ze zbiorników spłynęła w ilości kilku tysięcy sztuk. Mimo szybkiej reakcji właścicieli w postaci sieciowego odłowu uciekinierów na kanałach, spora ilość ryb padła udziałem wędkarzy, którzy w kilka dni odłowili pozostałą część na doprowadzeniach wody. Ryby wyjątkowo żarłoczne, brały na większość spinningowych obrotówek jednak w przypadku muchy zadziwiający był ich naturalny sposób zachowania mimo okazywanego głodu i całego życia spędzonego w betonowym stawie. W ciągu dnia z impetem atakowały nimfy, by pod wieczór z chwilą wylotu sieczki całkowicie przestać się interesować tymi pierwszymi. Rozpoczęło się klasyczne zbieranie suszu, oczkowanie oraz ignorowanie wszystkiego co pływa w toni lub przy dnie.

Co gorsza zgromadzeni w tym czasie spinningiści uznali wieczorne godziny za koniec aktywności ryb, nie zauważając jak szybko palia powróciła do swoich naturalnych sposobów żerowania, podobnych do pstrąga i charakterystycznych dla łososiowatych. Pisze o tym bo pośród łowiących pojawiła się grupka domorosłych zarybiaczy rzeki, entuzjastów naprawiania świata w myśl hasła im więcej ryb w rzece tym lepiej.  Rozpoczęło się masowe przerzucanie ryb z kanałów do rzeki, niezależnie od ilości jaka samodzielnie spłynęła podczas ich ucieczki ze stawów. Wszelkie argumenty że jest to gatunek obcy, który w rzece nie powinien się znaleźć odbijały się jak od betonu a na fali uniesienia wizją rybnej Redy, kolejne palie lądowały w rzece. Zakładając ilość ryb ich żarłoczność i zwyczaje pokarmowe z wylęgiem lipienia na tym odcinku możemy się w tym sezonie pożegnać. Jedynym pocieszeniem jest miejsce domorosłych zarybień, czyli poniżej jazu który raczej powstrzyma ryby przed migracja w górę rzeki.  Palia jest gatunkiem anadromicznym, czyli spędzi pierwszą część życia w rzece a naturalny okres przypisany temu zwyczajowi to 3- 4 lata, jest wystarczający by stanowić konkurencję dla nielicznej, rodzimej populacji pstrąga potokowego.

21.04.2013

Magia dywanu z Adamem Gierczakiem cz. 2 Wzory much



W pierwszej części Adam prezentował technikę wiązania much dywanowych, dziś kilka wzorów powstałych z wykorzystaniem tego materiału … zapraszam.

Od autora:
Jak sama nazwa wskazuje, jest to po prostu sztuczne futro. Trudno nazwę tę przetłumaczyć na język polski; można też np. ją tłumaczyć jako rękodzielnicze futro. czyli sztuczne ostatecznie i myślę, że tego trzeba się trzymać. Jeśli ktoś chciałby zapytać z czego ten Craft fur właściwie jest - tajemnica handlowa :) ale jakby nie było powstaje z tworzyw sztucznych. Craft fur'y są różne, naprawdę. Co producent to inny materiał mamy w rękach. Nie ma co kurczowo trzymać się jednego, jednej i tej samej firmy. Trzeba próbować różnych. Na rynku jest ich masa. Znaleźć je także można np. w sklepach z używaną odzieżą; są często stosowane w branży odzieżowej w czapkach, kurtkach, torbach. Dlaczego są różne; są długie i krótkie, o włosiu grubym i cienkim, ze sztucznym podszerstkiem i bez, z włosiem połyskującym i nie, z włosiem przezroczystym i nie. Jakich my potrzebujemy? Ciężko powiedzieć. Na pewno natomiast z każdego można ukręcić sztuczną muchę :)
 
2 najważniejsze kolory to biały i raz jeszcze biały. Tak poważnie, to warto mieć kilka. Tak dobierać, aby nasze muszki miały ten piękny efekt przejścia kolorystycznego. Z białego do czarnego na przykład warto przechodzić kolorami szarym, oliwkowym, błękitnym, miedzianym; jak to w przyrodzie jest naprawdę. Craft fur jest niesamowicie wdzięcznym i łatwym materiałem w pracy. Głównie jakby nie było stosowanym do streamerów. Największą zaletą takich przynęt jest ich niewielka waga - nie nasiąkają wodą jak sierść naturalna. Można też stwierdzić, że jest to tani materiał, a w dodatku łatwo dostępny.
Adam Gierczak   
 


19.04.2013

Pośniegówka


To już niestety ostatnie zdjęcie z mojego wysłużonego aparatu. Na ostatnim pstrągowaniu wykonałem efektownego koziołka w rzece, solidnie zatapiając siebie łącznie z fotograficznym sprzętem. Od lat używałem starego modelu Nikon Coolpix bez zabezpieczenia przed wodą i w końcu tak musiało  się skończyć. Choć dziwię, że tyle wytrzymał, zważywszy w jakie rzeczne dziury czasem włażę lub w jakich miejscach przedzieram się na drugi brzeg w poszukiwaniu miejscówki lub tematu do zdjęcia. Czas na zakup kolejnego, tym razem wodoodpornego bo wyprawa na ryby bez aparatu, to pół wyprawy. Wypada chyba powiedzieć – żegnaj stary przyjacielu.

Na Redzie idzie pośniegowa woda a raczej kolor nawiązujący do takiego charakteru. Mimo wysokich temperatur w ostatnich dniach w lasach od północnej strony zalega śnieg a ostatnie deszcze spływające w dorzeczu, zabierają po drodze wszystkie zimowe pozostałości. Łowi się fatalnie, szczególnie że wieją silne wschodnie i północne wiatry, praktycznie nieprzerwanie od stycznia. Czyli w znaczeniu muchówki nadal czas oczekiwania, choć nawet w tych warunkach udało mi się posadzić na kiju solidnego tęczaka. Tylko na kiju bo cwana ryba sobie tylko wiadomym sposobem odnalazła w tej błotnistej wodzie zawadę z nadbrzeżnych korzeni i tam się zaparła uwalniając z haczyka. O ile na Redzie mocno trącona woda to efekt raczej ostatnich opadów deszczu , to na górnej Łebie przewalają się strumienie błota ze śnieżnych roztopów a obraz rzeki widoczny na zdjęciach poniżej, skłania do pozostania kolejny weekend w domu.

 



17.04.2013

Kiedy chłopak marzył o tęczówce cz. 5


W obecnej części nasza historia zatacza małe koło by powrócić do wód Zatoki Puckiej. Miejsca, które było początkiem mojej przygody z wędkarstwem nie tylko morskim. Opisane dzieje prowadzą nas do szczęśliwego końca w znaczeniu odrodzenia tego akwenu jako atrakcyjnego łowiska. Dla jednych szczęśliwego, dla innych niekoniecznie bo zmienił się jednak jego charakter, gdzie w miejsce szczupaków i okoni, pojawiły się morskie pstrągi ( trocie ) i łososie, jako dominujące w ekosystemie drapieżniki. Niestety nie obyło się bez ingerencji człowieka, jednak czy do końca przemyślanej? Od lat Zatoka Pucka objęta jest programem ”Ryby dla zatoki”, którego początki sięgają 1997 roku. Wskazano w nim nie tylko podział tego akwenu na dwie naturalne hydrologiczne strefy, ale też propozycje odbudowy zróżnicowanej ichtiofauny odpowiednio dla obu obszarów. Część wschodnia, zewnętrzna to wody o znacznie silniejszym zasoleniu, nawiązujące do charakteru wód Zatoki Gdańskiej i część wschodnia wewnętrzna, zwana Zalewem Puckim. To właśnie ten drugi akwen, płytszy o mniejszym zasoleniu i szybciej ulegający zmianom termicznym uznano za dogodne pole do szybkiej odbudowy populacji wielu gatunków ryb. Choć w programie wskazano na bytujące tu niegdyś gatunki, szczupak, okoń, płoć, to odbudowie ich liczebności poświęcono niewiele uwagi, może jedynie w postaci propozycji odbudowy tarlisk w ujściu Płutnicy.

Przystąpiono natomiast ochoczo do zarybiania wód zatoki pstrągiem tęczowym i tu rodzi się wiele wątpliwości mimo opisanej w projekcie argumentacji. Podstawą to takich działań był niekontrolowany wzrost liczebności Ciernika, w znaczeniu nieobecność naturalnych drapieżników a za możliwy sposób redukcji tego gatunku uznano obecność tęczaka. Problem ciernika jest oczywiście faktem, ryby która osiąga sukces reprodukcyjny przez opiekę nad potomstwem i budowę gniazd, nawet w trudnych warunkach środowiskowych jakie spotkały wody zatoki w ostatnim okresie. Ciernik miał zatem czas i sposobność zdominować płytkie, przybrzeżne wody w czasie gdy ich kondycja nie sprzyjała rozwojowi innych gatunków. Stał się zatem problemem nie mniejszym niż gatunek inwazyjny Babka bycza, szczególnie z racji konkurencji pokarmowej wobec narybku cennych gospodarczo i wędkarsko gatunków.

Do walki z ciernikiem ruszył pstrąg tęczowy. W 2005 roku w ramach wskazanego wyżej programu, Stacja Morska UG zarybiła akwen wewnętrzny części Zatoki Puckiej pstrągami tęczowymi w ilości ok. 40 tys. sztuk, z czego 4 tys zostało oznakowanych. Przyjęte uzasadnienie tej decyzji wskazane jest w treści opisującej Projekt ” Tęczowy Pstrąg ”, cytuję: ”Uznano, iż pstrągi tęczowe powinny być bezpiecznym narzędziem dla zmniejszenia udziału ryb ciernikowatych w strukturze ichtiofauny Zatoki Puckiej, ponieważ nie rozmnażają się w naszych wodach, a ich liczebność możemy ściśle kontrolować wielkością zarybień. Ponadto pstrągi tęczowe nie konkurują z rodzimymi gatunkami - trocią wędrowną i łososiem o ich pokarm.”  Projekt ” Tęczowy Pstrąg ”

Choć nie potrafię wskazać opracowania, które podsumowuje efekty tych poczynań, to argumentacja użyta w w/w projekcie budzi już wiele wątpliwości. Obawiam się, że pomysłodawcy sięgając po gatunek obcy nie do końca byli w stanie przewidzieć potencjalne negatywne skutki, szczególnie wobec stwierdzeń o niekonkurowaniu tęczaka z innymi łososiowatymi oraz pozostałymi gatunkami.. Zapominając przy tym o jego wędrownym charakterze i możliwości żerowania w rzekach wpływających do Zatoki Puckiej, jak rzeka Reda, czego liczne przykłady miały miejsce przez lata w postaci wędkarskich połowów tego gatunku na Redzie. Szczęściem dla rzeki a w zasadzie dla jej populacji lipienia jest naturalna bariera na drodze pokarmowej migracji tęczaka postaci jazu w Ciechocinie. Jaz  Kondycja i liczebność lipienia zmaga się obecnie z wieloma problemami a dokładanie kolejnego w postaci żarłocznego tęczaka z morza byłoby ostatnim gwoździem do trumny, szczególnie wobec występującej populacji pstrąga tęczowego w postaci uciekinierów z hodowli.  Gdzie się podział lipień z Redy


Dzisiejszy wpis rozpoczyna stwierdzenie ” Opisane dzieje prowadzą nas do szczęśliwego końca w znaczeniu odrodzenia tego akwenu jako atrakcyjnego łowiska ...” To prawda, bo szczęśliwie tęczakowy eksperyment dobiegł końca a dziś nieliczne sztuki z tamtego okresu stają się udziałem połowów sieciowych oraz wędkarskich, pozostawiając krainę wód zatoki we władaniu troci i łososia.

16.04.2013

Kiedy chłopak marzył o tęczówce cz. 4



Ostatnie lata dwudziestego wieku zwiastowały koniec wędkarskiego średniowiecza, zapowiadając nadejście renesansu. Epoki, której pierwsze dziesięciolecie pisane jest współczesną historią rozwoju wędkarstwa morskiego. Poprzedził je okres nie tylko światowego rozwoju sprzętu i przynęt dedykowanych morskim połowom, ale też powszechna dostępność do tej oferty przez krajowych wędkarzy, zarówno w postaci oferty sklepów stacjonarnych jak po niedługim czasie internetowych. Zmiany polityczne a w dalszej kolejności ustrojowe, spowodowały rozluźnienie uścisku żelaznej kurtyny, by w końcu zaniechać wszelkich zakazów opuszczania nabrzeży polskich portów na pokładach statków i kutrów. Czas mija szybko, wydarzenia sprzed lat stają się ulotne, ale dla wędkarzy morskich na pewno w pamięci pozostały sceny, gdy samo zbliżenie się do kutra stojącego na cumach w porcie budziło niepokój wartowników Wojsk Ochrony Pogranicza a przebywanie na portowych główkach było bacznie obserwowane przez lornetki funkcjonariuszy. O ile żołnierze służby zasadniczej dość szybko oswajali się z widokiem naszych postaci na nabrzeżach, o tyle oficerowie o zbyt czerwonych szlifach wykazywali się nieustanną czujnością i przywoływaniem nas do porządku. Było to o tyle trudne, gdyż naszą ciekawość budziły zwykle okonie ustawiające się w cieniu burt cumujących jednostek a naszym ulubionym zajęciem było odpychanie od nabrzeża jachtów by móc przyjrzeć się stadom garbusów uciekających od smugi światła. Była to jednak dziecięca zabawa, choć z wiekiem nasze potrzeby rosły a konieczność wchodzenia na pokłady kutrów w poszukiwaniu śledziowej przynęty potęgowała nerwowość funkcjonariuszy. Jednak z czasem otworzyła się droga do morskich połowów w strefie wód przybrzeżnych Bałtyku, do których dostęp umożliwiał już tylko dowód osobisty. Opisywana historia 40 lat, przyniosła zatem ogromne zmiany w dostępie do bałtyckich łowisk oraz w sprzęcie i technikach połowu, ale czy zmieniły się ryby?
 
W tym miejscu wypada zacząć od dorsza i jemu przypisać popularyzację wędkarstwa morskiego. Bez wątpienia był motorem rozwoju tej dziedziny, choć zbiegło się to w czasie z radykalnym zmniejszeniem się jego populacji oraz ograniczeniem rybackich połowów. Niestety Bałtyk został przełowiony gdy w latach 80 - tych ubiegłego wieku połowy gatunków przemysłowych osiągnęły poziom pięciokrotnie wyższy niż przed II Wojną Światową, szacowany na 1 milion ton rocznie. Szczególnie dotkliwie odbiło się to na jego południowych, żyznych akwenach, czyli między innymi na wodach wzdłuż polskiego wybrzeża. Basenu Bornholmskiego, Rynny Słupskiej i Basenu Gdańsko – Gotlandzkiego, stanowiących główny kierunek corocznych wędrówek dorszy z tarlisk położonych na zachód od wyspy Bornholm. Eksploatacja ryb bałtyckich w tym dorsza, w okresie poprzedzającym wstąpienie do Unii Europejskiej większości krajów nadbałtyckich w tym Polski, regulowana była Konwencją Gdańską z 1973 roku. Jednak po roku 2004 konwencja straciła moc prawną a jej miejsce pojawiły się rozporządzenia unijne regulujące ilość dopuszczalnych połowów w narodowych strefach krajów członkowskich UE, co w przypadku dorsza oznaczało 20 tys. ton w roku 2012 dla polskich rybaków.  Nastąpiły zatem daleko idące obostrzenia niosące za sobą określone konsekwencje. Choć pierwszym skojarzeniem jest ochrona populacji dorsza, śledzia, szprota, gaładzicy (flądra) i łososia, to również pamiętać należy o pozytywnych skutkach jakie przyniosło zmniejszenie presji rybackiej na cały ekosystem morski. Szczególnie w strefach otwartego morza gdzie z racji stosowania narzędzi połowowych w postaci włoków dennych i pelagicznych następowało dziesiątkowanie gatunków ryb nie stanowiących wartości rynkowej oraz bezkręgowców dna morskiego.

Jednak radykalnie zmniejszone limity połowowe miały również znaczące konsekwencje ekonomiczne a dla wielu dla rybaków zawodowych oznaczały koniec uprawiania rybołówstwa. Po części przyczyniły się do wykorzystania części floty kutrów rybackich, przemianowanych z czasem na jednostki wędkarskie. Ostatnie lata do gwałtowny rozwój tej dziedziny wędkarstwa, dziś liczni armatorzy prześcigają się w ofertach morskich połowów a dorsz bez wątpienia zajmuje czołową pozycję na liście oczekiwań.


Wędkarski sezon na na tą rybę trwa w zasadzie nieprzerwanie a jedynie nieprzyjazne stany morza lub okresowa obfitość belony lub bałtyckiej troci zaprząta myśli morskich wędkarzy. W tym miejscu pamiętać musimy, że rabunkowa eksploatacja zasobów Bałtyku znalazła swój oddźwięk również w aktualnie obowiązujących przepisach regulujących zasady wędkowania na wodach morskich . Dla dorsza oznacza to wymiar ochronny 35 cm, który reguluje Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 30 kwietnia 2002 r. w sprawie gatunków organizmów morskich, dla których ustanawia się okresy lub wymiary ochronne.  Rozporządzenie Ministra Rolnictwa   Również dzienny limit połowu został ograniczony do ilości 7 sztuk.


Niestety obowiązujące przepisy budzą masowy sprzeciw wędkarzy, szczególnie wobec limitów dziennych a na forach trwa nieprzerwana dyskusja i utyskiwanie nad relacją kosztów jakie towarzyszą morskim wyprawom w stosunku do potencjalnych korzyści. W tym miejscu wypada zwrócić uwagę, że dorsz był, jest i będzie rybą i tak należy go pojmować czyli w znaczeniu wędkarskim z uszanowaniem obecnego stanu jego populacji. Dostarcza niezapomnianych emocji podczas połowu a dobry szyper zawiedzie Was na łowiska gdzie bez kłopotu pozyskacie siedem dorodnych sztuk na użytek kulinarny, pozostawiając w wodach Bałtyku egzemplarze mniejsze lub ilości dające szansę odbudowie liczebności dorszy. Kończąc tą część zapraszam przyszłych amatorów połowu dorsza do lektury publikowanego wcześniej tematu, opisującego sprzęt, przynęty i techniki wędkowania    D - jak dorsz     ... c.d.n



14.04.2013

Kiedy chłopak marzył o tęczówce cz. 3



Nasza opowieść prowadzi nas w lata 90 – te ubiegłego wieku. Nawet z pobieżnej lektury poprzednich części odsłania się obraz Zatoki Gdańskiej i Puckiej a opisane wędkarskie zdarzenia stanowią jedynie tło prezentacji ichtiologicznej historii obu akwenów. Pierwotne bogactwo gatunków ryb, ich liczne populacje stopniowo zanikały, by dla niektórych z nich stać się ostatecznym cmentarzyskiem. Nastąpił koniec dla szczupaka, sandacza i okonia a liczebność węgorza spadła do katastrofalnej ilości. W ten sposób wody zatok pozbawione zostały naturalnych drapieżników dając pole do rozwoju i ekspansji gatunków bez znaczenia gospodarczego o co w naszym przypadku oznacza, również gatunków wędkarskich. Szczególnie boleśnie doświadczyła tego Zatoka Pucka zniszczona wieloletnim procesem zanieczyszczania ściekami z lądu, pozbawiona szybkiej wymiany wody z otwartym morzem, gdzie długotrwałe zaleganie chemicznych i biologicznych skażeń doprowadziło do jej całkowitej degradacji.

W tym okresie jakby mało było nieszczęść, doszło do nieoczekiwanego i daleko idącego w konsekwencjach pojawienia się ekspansywnego gatunku obcego w postaci Babki Byczej Neogobius melanostomus. Babka bycza Ryby przywleczone z południa Europy ze wskazaniem mórz Czarnego, Azowskiego i Kaspijskiego,  natychmiast znalazły dogodne warunki do rozwoju a natychmiastowy proces aklimatyzacji w wodach zatoki doprowadził w krótkim czasie do rozbudowy ogromnej populacji. Choć do dziś nie wskazano jednoznacznie sposobu jakim ten gatunek dostał się do naszych wód, to za najbardziej prawdopodobną przyczynę uznaje się ich obecność w wodzie zbiorników balastowych statków, które w tamtym okresie zawijały do portu w Gdyni. Mogła to być ikra, narybek a nawet dorosłe osobniki, jednak niezależnie to właśnie gdyński port był miejscem początku inwazji gatunku. Naturalnym siedliskiem Babki byczej są podwodne konstrukcje nabrzeży, zatopione głazy i betonowe wzmocnienia falochronów, których zakamarki, jamy i wszelkiego rodzaju dziury stanowią miejsca bytowania i żerowania. Niestety sieć podobnych konstrukcji ciągnie się wzdłuż całej linii brzegowej Zatoki Puckiej, co początkowo choć ograniczało siedlisko do powyższych, to niestety wyznaczyło ogromny, dogodny obszar do zasiedlenia.


Babka bycza, choć to nazwa przyjęta w Polsce już w okresie rozwoju gatunku w naszych wodach, w rzeczywistości jest Babką czarnopyską jak wynika z tłumaczenia nazwy łacińskiej Neogobius melanostomus. Jednak trudno się dziwić przyjętej nazwie bo gatunek ten osiąga nawet 25 cm i masę 350 g a jej charakterystyczna wielka, bycza głowa, dalej rozpowszechniła wizerunek ryby potocznie zwanej ”Byczkiem”. Jak widać to spora ryba i uwzględniając jej gwałtowny i niezmiernie liczny rozrost liczebności nie trudno domyślić się skutków dla gatunków rodzimych. Co gorsza jej zwyczaje siedliskowe również uległy zmianie, przez opuszczenie urządzeń portowych i zasiedlenie otwartych wód zatoki, przez adaptację do zakopywania się dnie na rozległych obszarach morskiego dna. Pozwoliło to na pokonanie wód Zatoki Puckiej nie tylko w wzdłuż linii brzegowej usianej niezliczonymi podwodnymi głazami, ale też przez otwarte jej wody. Jest to drapieżnik żywiący się organizmami dennymi jak krewetki czy małże a jego żarłoczność zmniejszyła bazę pokarmową do tego stopnia, że praktycznie wyparte zostały gatunki rodzime jak Węgorzyca, Węgorzyca oraz niewielkie w stosunku do Babki byczej, Babka czarnoplamka długość 4 cm, Babka piaskowa długość 4 cm, Babka mała 7 cm, Babka czarna - maks. długość 12cm. W tym miejscu należy podkreślić drugą a może podstawową bazę pokarmową, czyli ikra i narybek a to już krok do katastrofy pozostałych gatunków ryb tak znaczących dla nas pod względem wędkarskim. Odwracając ten proces należy zwrócić uwagę na skuteczną ochronę własnego wylęgu, przez opiekę Babki byczej nad własnym potomstwem. Początkowo ikrą opiekuje się samica, która nie tylko składa jaja w dobrze przygotowanym i chronionym gnieździe, ale dalszą opiekę nad wylęgiem przekazuje samcowi.

Boleśnie mogłem się o tym przekonać, gdy po kliku latach z przyjaciółmi powróciliśmy do połowów morskich z początkiem lat 90 – tych odwiedzając port w Władysławowie. Kuszeni wspomnieniem obfitości flądry, okonia, płoci, pstrąga tęczowego nasze przynęty powędrowały na piaszczyste dno z portowej główki i do wewnętrznych basenów w oczekiwaniu wymienionych gatunków. Jakie było nasze rozczarowanie, gdy po wielu godzinach wędkowania nie doczekaliśmy się nawet jednego brania. To była katastrofa, nie tylko w znaczeniu wędkarskim, ale dosłownie obnażony obraz rybnej pustyni. Chcą przekonać się o prawdziwości głoszonych od lat opowieści o dominacji babki byczej, wystarczyło przynęty skierować na dno w pobliże nabrzeża, by natychmiast na każdym zestawie meldowała się ryba tego gatunku. Były ich dziesiątki na zaledwie kilku metrach, gwałtownie połykających wszystko co nalazło się na haczyku. Nigdy wcześniej i później nie przeżyłem takiego wędkarskiego rozczarowania, zmuszony do zakończenia dnia łowiąc jedynie niezliczone ilości ”byczków”


Oczywiście ekspansja gatunku obcego nie była w tym okresie jedynym powodem katastrofalnego stanu łowisk Zatoki Puckiej, ale na tyle dotkliwym i zauważalnym, że doczekała się uwagi a wręcz znaczącego miejsca w projekcie ” Ryby dla Zatoki ” Ryby dla Zatoki
gdzie czytamy: ”W wyniku wieloletniej degradacji w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, z połowów niemal całkowicie znikły, niegdyś ważne gospodarczo gatunki ryb, jak płoć, szczupak, sieja, a zasoby innych (okonia, sandacza) zostały silnie zredukowane. Z czasem połowy ryb słodkowodnych w Zatoce Puckiej niemal całkowicie straciły znaczenie gospodarcze, a rybacy zatokowi swój potencjał skierowali na gatunki morskie pozyskiwane w zewnętrznej części Zatoki i na otwartym morzu. Zanik ryb słodkowodnych w tym ważnych dla zachowania równowagi biologicznej drapieżników spowodował zmiany w strukturze ichtiofauny. Niszę uwolnioną przez pozbawione siedlisk, cenne gatunki ryb zajęły ryby ciernikowate, lepiej przystosowane do zmian środowiska Zatoki Puckiej. Zdegradowany akwen stał się także podatny na inwazję obcego gatunku ryby – babki byczej, który w ciągu kilkunastu lat, wraz z rybami cienikowatymi, zdominował przybrzeżną strefę Zatoki Puckiej. Obecnie ryby ciernikowate i babki bycze stanowią w strefie brzegowej ponad 99% biomasy ichtiofauny. Ich liczebność i równomierne rozmieszczenie, pozwalają na znaczną kontrolę nad zasobami innych ryb w tym młodocianych stadiów drapieżników, dla których później same mogłyby stanowić pokarm",.  ... c.d.n.

13.04.2013

Kiedy chłopak marzył o tęczówce cz. 2


Nadeszły lata 70 - te za nimi kolejne dziesięciolecie, okres wzlotów i upadków. Tych pierwszych bo Epoka Gierkowska, z co raz śmielszym otwarciem na zachodnie technologie ośmieliła producentów sprzętu wędkarskiego z obozu socjalizmu. Pojawiły się kołowrotki spinningowe o stałej szpuli, a obok nich wędziska spinningowe, również teleskopowe. W zasięgu ręki nas jako nastolatków stał się krajowy Prexer, niemiecka Germina czy czeski Tokoz. Nowym przedmiotem westchnień stały się obrotówki ABU Droppen, połyskujące na wystawach Pewex - ów oraz markowy zachodni sprzęt wożony do kraju przez marynarzy. Coraz częściej w rękach wędkarzy dostrzec można było Daiwę, amerykańskiego Caymana lub szwedzki Shakespeare . Jednak w morskich połowach na bałtyckich zatokach nadal sprzęt i umiejętności nie grały większej roli, Wydawało się że morskie zasoby są nieprzebrane a proces degradacji zatok trwał niezauważalnie choć nieprzerwanie.

Póki co królował połów flądry z główek portowych Helu i Władysławowa a złowienie kilkunastu kilogramów tych ryb w kilka godzin nie stanowiło problemu. Przychodziły chwile gdy nie dało się łowić na dwie wędki, bo dopiero co zarzucony zestaw z filetem śledziowym targany był przez rybę.  Nierzadko flądra nie mogła nawet doczekać się porcji przynęty, bo opadający filet zabierany był w biegu przez belonę lub dorsza. Na morskich nabrzeżach spędzaliśmy całe doby, jadąc nocnym pociągiem na Hel, wracając ostatnim statkiem do Gdyni. Łatwiej było natargać siaty ryb niż wyprosić kilka śledzi na przynętę od miejscowych rybaków, którzy z racji państwowych rozporządzeń cały połów natychmiast zdawali do przetwórni. Choć flądra była obowiązkowym punktem programu to jednak nie ona budziła nasze emocje a celem gruntowych połowów był Skarp. Ogromny morski drapieżnik, również z rodziny płastug jednak osiągający imponujące rozmiary i adekwatną do nich waleczność. Posadzony na kiju natychmiast dawał o sobie znać mocnym zaparciem w toni i nagłym, gwałtownym murowaniem do dna na wysokości nabrzeża. Nierzadko lądowanie tej ryby kończyło się długim spacerem po falochronie do szerokich, betonowych stopni schodzących do samej powierzchni morza. Zawsze z podziwem przyglądaliśmy się jego piaszczystej barwie, chropowatym wyrostkom na skórze i ogromnej paszczy, która po rozwarciu ni jak nie pasowała do wizerunku płastugi. Była to ryba również spinningowa, gdy przy wolnym prowadzeniu ciężkich wahadłówek nierzadko stawała się trofeum zatokowych połowów z łodzi.   Skarp,Turbot ( Psetta maxima )
Nieoczekiwaną odmianą był połów rzadkiej w Bałtyku ryby, potocznie zwanej Morskim diabłem. W rzeczywistości to Kur diabeł  Myoxocephalus scorpius, pięknie ubarwiona ryba szczególnie od strony brzucha w postaci białych i pomarańczowych plamy, o iście diabolicznym wyglądzie. Ogromna głowa z licznymi wyrostkami oraz płetwy o ostrych promieniach wzbudzały nasz zachwyt i zgrozę nadmorskich spacerowiczów.   Kur diabeł

Nocą te same zestawy gruntowe po zmianie przynęty, raczyły nas węgorzami grubości solidnego męskiego przedramienia. Łowiło się grubo i solidnie a jeszcze przez lata królowała polska żyłka ”Gorzowska” nie cieńsza niż 0.40. Dziś to nie do pomyślenia, ale w tamtych czasach do połowu morskiej płoci i okoni stosowało się takie średnice również do przyponów wiązanych właściwie z żyłki głównej. W niczym to nie przeszkadzało a na pewno nie umniejszało skuteczności łowienia ryb tych gatunków. Baseny portu w Helu, Jastarni i Władysławowa słynęły z ławic dorodnych okoni, które falami naraz atakowały wszystkie zrzucone wędki. Bywały dni gdy decydowaliśmy się zostać kolejną dobę na główkach portu w Helu w oczekiwaniu na odejście ostatniego statku, by rzucać okoniowe zestawy już w kilwater ”Halki” największego i ostatniego tego dnia statku wycieczkowego do Gdyni.  Jej pracujące śruby i wzburzona woda, pobudzały ryby do natychmiastowych brań, kiedy to wieczorną porą niezliczone garbusy nawiedzały portowe baseny.  Nierzadko towarzyszyły im morskie pstrągi tęczowe, uciekinierzy z eksperymentalnych hodowli sieciowych na zatoce. Równie grube płocie łowione na cisto z  miejscowej piekarni uzupełniały wędkarskie menu. Najlepszym było to surowe do wypieku drożdżówek, pachnące i żółte od szafranu.

Były to złote czasy a obfitość ryb praktycznie nakazywała zapomnieć o licznych wodach śródlądowych, niezliczonych jeziorach Pojezierza Kaszubskiego. Nadeszły jednak chwile gdy masowe śnięcie węgorzy w Zatoce Gdańskiej ujawniło trwającą przez lata degradację jej wód . Natychmiast pojawiły się teorie spiskowe o rzekomym przecieku zbiorników z Iperytem, gazem bojowym z beczek zatopionych wojennych okrętów i tych imperialistycznych, lub z okresu II Wojny Światowej. Prawda jednak była bardziej banalna a przyczyny z czasem oczywiste. Dla populacji węgorzy znaczenie miały przede wszystkim wody zatoki Puckiej, płytkie o małej objętości, które przez lata poddawane znacznej eutrofizacji powodowanej spływem ścieków i zanieczyszczeń z lądu, doprowadziły do silnej degradacji ekosystemu. ( Proces opisany- Sapota 1984). To był gwałtowny i jednoznaczny komunikat wysłany przez naturę, że zatoka kończy swój okres świetności również w znaczeniu wędkarskim … c. d . n

12.04.2013

Kiedy chłopak marzył o tęczówce cz. 1



Ostatni opis morskiej siei skłonił, by cofnąć się w czasie do lat świetności morskich łowisk. Pamiętam Zatokę Pucką i Gdańską z końca lat 60 - tych i późniejszego okresu, to było wędkarskie eldorado. Metrowe szczupaki z wodorostami na łbie, eksperymentalne hodowle tęczaka w morskich zagrodach, płocie do łokcia, okonie z Helu i Władysławowa, turboty jak płyty chodnikowe. Tak było do czasu tajemniczego pomoru węgorzy a za nimi innych gatunków.

Z końcem lat 60 - tych miałem 10 lat i zamiast marzyć o rowerze tak jak wszyscy moi rówieśnicy, moim jedynym pragnieniem było stać się szczęśliwym posiadaczem wędki, kołowrotka i żyłki. Gdynia - mały sklepik wędkarski na Placu Kaszubskim był mekką wędkarzy a dla chłopców w moim wieku ciastkarnią, do której przychodziliśmy nieomal codziennie przyłożyć nos do wystawowej szyby. Czasem udało nam się wślizgnąć do środka i z zazdrością przyglądać się jak wędkarze oglądają sprzęt, rozważając dylematy czy kupić wędkę bambusową czy może na początek leszczynową. Tak leszczynową, dziś trudno w to uwierzyć, ale do połowów spławikowych produkowano wędziska z leszczyny, dwuczęściowe, lakierowane z mosiężną skuwką łącząca składy zakończone w miejsce przelotek pętelką na szczytówce. Modelem ekskluzywnym była wędka bambusowa, od prostych patyków, które jako ”jednoskłady” stały do wyboru w wiklinowym koszu, do wieloczęściowych gruntówek z przelotkami. W tamtych latach ulice Gdyni, podobnie jak wszystkich miast Polski były czarno – białe. Królowały szare ortalionowe płaszcze, brukowane drogi przemierzały nieliczne samochody a tłumy szarych ludzi speszyły z pracy i do pracy.

Dla mnie i moich kolegów z podwórka ten wędkarski sklepik był jednak wielobarwną, tropikalną wyspą pośród codziennej szarości, pełną egzotycznych atrakcji i pokus a naszym marzeniem była tęczowa żyłka. Nie była ani lepsza ani gorsza od pozostałych ”Gorzowskich” linek, które dziś uznalibyście za sznurki do wieszania bielizny, ale była tęczowa. Pamiętam jak jej barwy na szpuli kołowrotka nadawały znaczenia, podkreślając stopień wtajemniczenia i wyznaczały wędkarska pozycję. My chcieliśmy być na jej szczycie, móc stanąć obok dorosłych nad brzegiem wody i dumnie prezentować nasze spełnione marzenie. Były to czasy skromnego kieszonkowego, które dzieciaki dostawały co miesiąc od rodziców, w większości przeznaczanego na oranżadę w szklanych butelka zamykanych drucianym uchwytem, lub dropsy bez względu na opakowanie zawsze w tym samym smaku. Był to zwykle grosze wydzielane mam ze skromnych rodzinnych budżetów, które ni jak nie szło obrócić na sprzęt wędkarki. Może udało się kupić klika haczyków, resztę pozostawiając naszej pomysłowości i wszech panującemu majsterkowaniu. Ołowiane żołnierzyki przetapialiśmy na ciężarki zwykle pod nieobecność rodziców, u których nasze alchemiczne eksperymenty budziły grozę gdy w miejsce garnka z zupą, na węglowej kuchni pojawiał się tygielek z ołowiem.

Kołowrotki robiliśmy sami a milowym krokiem w naszej technologi było pojawienie się metalowych nakrętek do słoików, które służyły za boczne ścianki szpuli. Wystarczyło pozbawić dwa dżemy z domowej spiżarki przykrycia, by móc zmontować morski multiplikator. Kawałek okrągłego kołka stanowił rdzeń szpuli do którego przybite po bokach nakrętki z mocowaną mimośrodowo korbką z kawałka drewna na śrubie, stanowiły całkiem praktyczną konstrukcję. Nawet sklepowa, leszczynowa wędka była poza naszym zasięgiem, pozostawało więc samemu wyciąć kawał gałęzi, by móc zmontować sobie wędkarski zestaw.

Byliśmy też zgrają małych kłusowników, choć wyłącznie w znaczeniu braku przynależności do PZW, ale nikt nie zwracał na nas uwagi bo były to czasy gdy żyło się z kluczem na szyi. Rodzice pochłonięci pracą zwykle postawiali potomstwo z nadzieją, że ich codzienną drogę wyznacza trasa szkoła, dom, podwórko. Uwielbiałem dni kiedy lekcje kończyły się już koło południa, tornister dostawał solidnego kopa w tajnym schowki gdzie skrywane były nasze wędkarskie skarby i zwykle one były miejscem pierwszych kroków po ostatnim szkolnym dzwonku. Godzinami mogłem się gapić na domową produkcję wahadłówek dziadka, który przy pomocy prostych narzędzi wykuwał ogromne mosiężne lub miedziane blachy, na które łowił w Zatoce Puckiej szczupaki jak wanna a wanny w tych latach małe nie były. Spinningiem była klinga floretowa z przyspawanymi przelotkami i dorobionym dolnikiem, ale tylko takie wędzisko dawało radę w trollingu podczas morskich połowów na rybackich łodziach.

Jak to w Gdyni bywało, wiele rodzin żyło z morza i na morzu, tak i mój ojciec pływał we flocie handlowej. Gdy moi koledzy w dniu wejścia statku do portu wypatrywali ojców w nadziei na zagraniczne podarki w postaci markowych spodni, ja czekałem na jego powrót wiedzą że pojedziemy na ryby. Moimi przyjaciółmi była grupka rówieśników, tak samo zwariowana jak ja a jedynie lekcje biologi lub geografii mogły przykuć nasza uwagę w szkolnych ławkach. Naszą pasją była akwarystka i oczywiście wędkarstwo. Pytacie dlaczego, oczywiście z racji rodzinnych tradycji, wszechobecnej w życiu naszych rodzin wędkarskiej pasji, ale przede wszystkim dlatego że wody pełne były okazałych ryb. Celem naszej szczenięcej gonitwy na portowe nabrzeża były płocie. Ogromne, nie dlatego że byłem mały a one duże, ale dlatego że były to 30 - sto centymetrowe i większe wypasione morskie prosiaczki. Kręciły się licznymi ławicami w pobliżu falochronów, dając sposobność do niezliczonych udanych brań i lądowań nawet na naszym domorosłym, leszczynowo - słoikowym sprzęcie. Przynętą były czerwone robaki, na które co jakiś czas dla odmiany połykał garbaty morski okoń. Często żałuję, że nie mam zdjęć z tam tego okresu, choć nikt o tym wtedy nie myślał a i liczne komunistyczne zakazy fotografowania w pobliżu portowych urządzeń wykluczały taką możliwość. Jednak tamte przeżycia, czasy, sprzęt i ryby tak dalece zapadły w pamięci, że dziś widzę je wyraźnie jak żywe obrazy. Widzę też kolory tęczowej żyłki, spełnionego marzenia szczenięcych lat  ...  c.d.n.


11.04.2013

Z okazji 10 - lecia istnienia Sklepu Wędkarskiego RED w Wejherowie



Z okazji 10 - lecia istnienia Sklepu Wędkarskiego RED w Wejherowie na wszystkie zakupy w dniach 18 - 24 kwietnia 2013 w sklepie stacjonarnym udzielamy 10% rabatu !!!

Dla użytkowników FB przygotowaliśmy natomiast mały konkurs. Spośród osób które nas polubią, lub już to zrobiły i do 18 kwietnia 2013 udostępnią ten post wszystkim na swojej osi czasu wylosujemy trzech szczęśliwców. A dla nich nagrody:
Kołowrotek Cormoran Black Bull
Wędka Cormoran i-Cor 
Komplet trzech nowych przynęt Jaxon.
Zapraszamy do zabawy i oczywiście do skorzystania z wyjątkowej okazji kupna wymarzonego sprzętu 10% taniej !!!

FACEBOOK Sklep Wędkarski "RED"

Słow kilka od autora

RED … to nie tylko 10 - cio letnia historia sklepu, ale też historia rzeki Reda, od której wziął swoją nazwę. Popularność i marka sklepu nie jest zatem przypadkiem, bo złożyły się na to doświadczenia wędkarskie zarówno właściciela Witka Polakowskiego jak i jego pracowników. To znakomici wędkarze nie tylko muchowi czy spinningowi, których galerię zdjęć z okazałymi rybami odnajdziecie na stronie Facebooka sklepu, Stanowią załogę spełniającą wszelkie oczekiwania w postaci fachowych porad udzielanych Kolegom nabywających sprzęt czy akcesoria. Świadomie w miejsce klient użyłem zwrotu Kolega, bo taką atmosferę udało się stworzyć właścicielowi sklepu, który nierzadko jest miejscem wędkarskich spotkań również towarzyskich. To miejsce zawsze z przyjemnością odwiedzane pozbawione typowego dla handlu pośpiechu, gdzie obok doskonałej oferty handlowej jest czas by w miłej atmosferze wysłuchać porad, podpytać o strategię połowu, wybór sprzętu lub przynęty.

Sklep RED. to również wizytówka rzeki Reda, z którą nieodłącznie jest związany. To niezliczone akcje wspierające Redę w postaci zbiórki pieniędzy i przekazywanie środków własnych na potrzeby wsparcia Społecznej Straży Rybackiej, zakupu sprzętu jak choćby kamery internetowej monitorującej migrację troci na jazie, czy fundowanie nagród na wędkarskie zawody lub konkursy. Zarówno Witek jak i jego pracownicy, to aktywni działacze Klubu Lipień, inicjatorzy i orędownicy wielu skutecznych przedsięwzięć na rzecz rzeki. Do flagowych należą, zamiana wymiaru ochronnego lipienia do 35 cm, utworzenie odcinka no – kill, program popularyzowania C&R oraz wiele innych służących czystości rzeki, ilości oraz kondycji łososiowatych. Wymogiem współczesnego wędkarstwa jest dostępność oferty handlowej niemal 24 godziny na dobę i takim oczekiwaniom i potrzebom wędkarzy wychodzi naprzeciw sklep RED w postaci dogodnych godzin otwarcia. Jednak na wędkowanie załogi pozostaje już niewiele czasu, ale zawsze przedłożą dobro rzeki nad własną przyjemność gdy pada hasło - trzeba pomóc.


Włąciciel sklepu RED, Witek Polakowski


Załoga Sklepu RED, Olgierd Runtz zapalony spinningista.


Krystian Kujawa, spinningista i karpiarz.