24.01.2016

Nowości od Kenarta ... WINNER PRO


Wobler Kenart Winner Pro - Fot. facebook.com/WobleryKenart

Szczęśliwie wczorajszy spacer nad Redą był okazją do spotkania Adama. Jeśli warunki wędkowania lub chwilowy brak ryb nie wynagrodziły porannego trudu dotarcia nad rzekę, to spotkanie kolegi i ciekawa pogawędka zadośćuczyniły. Adam to dystrybutor woblerów Kenart ale przede wszystkim ich entuzjasta w praktyce wędkarskiej, która zaowocowała niezliczonymi okazami zimowej i letniej troci, złowionymi na Pomorzu na woblery tej firmy.



W pełni podzielam opinię o łowności woblerów Kenart. Pisałem o nich wielokrotnie i sam łowiłem lub byłem świadkiem licznych połowów troci oraz morskich tęczaków na tę przynętę. W moim przypadku faworytem z kolekcji Kenarta jest model Dynamic, jednak producent oferuje kilka naprawdę doskonałych konstrukcji jak Fox oraz Winner. Ten ostatni w tym sezonie doczekał się nowej odsłony w postaci modelu Winner Pro, o którym Adam pisze tak: "Nowy fantastyczny wobler KENARTA do łowienia Troci na pomorskich rzekach na zimowe i letnie niżówki, przy niższym stanie wody fantastycznie penetruje dołki, szczególnie polecam na Srebrniaki. Ciekawa migotliwa praca, oraz fajna kolorystyka, na pewno sprawdzi się na rzekach przy połowie dużych pstrągów ma całe 7 cm, właśnie zacząłem jego testowanie ...".

O doświadczeniach i przygodach Adama z woblerami Kenart możecie przeczytać na jego profilu FB 

oraz na Blogu autora  


Fot. Kenart Wobleromania


Jak pisałem jestem fanem modelu Dynamic, jednak Adam poławia na wszystkie modele a jak widać po sukcesach jego wybór jest słuszny. W starszej wersji woblery Winner oferowane są w całej gamie kolorów, również tych ulubionych przez mnie widocznych na zdjęciach poniżej na modelu Dynamic. Jednak jak Adam podpowiada nowy model Winner Pro, niebawem może doczeka się pełnej oferty kolorystycznej ...  www.kenart.pl



23.01.2016

Kostka lodu


Miałem iść dziś na ryby. Piękny świt gdy czerwone niebo kontrastowało z grubymi czapami śniegu na widocznych za oknem świerkach wprowadzał w radosny nastrój. Spojrzałem jednak niżej na samochód, który wyglądał jak kostka lodu i na termometr ... minus 12 stopni. Nie, nie to czas desperatów pomyślałem o tych, którzy właśnie prostują kości na rzeką. Pewnie teraz brną po kolana w śniegu lub walczą z soplami lodu na przelotkach już po pierwszych przelotach woblerów. Kilka nerwowych rzutów i dalej, dalej bo za plecami pielgrzymka kolejnych wędkarzy a przed nimi miejscówki, do których za chwilę trudno będzie się dopchać. Poczekam, może jutro bo idzie odwilż i warunki wędkowania zrobią się znośne. Skoro już mam nie złowić ryby, to choć postoję nad rzeką bez malinowego od morzu nosa. 

A teraz zapomnijcie o tym co napisałem, bo oczywiście pojechałem nad rzekę. Z mozołem odkułem lodowisko na pojeździe, by oto stanąć na parkingu przy Redzie. Tam jak ulu, jedni przyjeżdżają, inni już pakują manele do samochodu. Co kilkanaście metrów wędkarz i wielkie, totalne zero u wszystkich. Godzina dwunasta koniec i dzień można podsumować ... piękny spacer w pięknych okolicznościach przyrody.




22.01.2016

Klątwa nowego


Wreszcie przełamałem klątwę nowego ... sprzętu. Jakoś tak mam, że cokolwiek pojawi się na moim wyposażeniu z kolejnych zakupów sprzętu wędkarskiego jest jak Jonasz. Za diabła nie da się na to złowić ryby przez dłuższy czas, aż przychodzi taki dzień gdy wędka lub kołowrotek zostają odczarowane. Nie inaczej było z ostatnim nabytkiem - kołowrotkiem Penn. Pięć ostatnich wyjść nad wodę było na pusto nie licząc jednej ryby, która spadła. Dopiero dziś dwa tęczaki odczarowały sprzęt i teraz mogę już śmiało człapać nad rzekę. Jeśli nic nie złowię to winne będą ryby a nie pozbawiony dziewictwa młynek. 

Jak widać śniegu u nas po kolana, tylko wczoraj sypnęło ok 30 cm białego puchu. W Redzie woda jednak cieniutka, klarowna i stan rzeki niziutki. Do tego sporo słońca i dziesiątki wędkarzy po obu brzegach a środkiem koryta maszerują muszkarze z krótką nimfą. W takich warunkach trudno o ryby, a te co jeszcze w rzece pływają coraz bardziej sponiewierane licznymi kontaktami z wędkarzami tak dostały po głowie, że spotkanie ze srebrniakiem zakrawa na cud. Nie powiem zdarzają się nawet okazałe trocie ale to niebywały fart lub samozaparcie starych wyjadaczy, którzy nie odpuszczają żadnej godziny wędkowania.

Mnie pozostaje kilka godzin w weekend lub czasem godzinka po pracy jak dziś gdy rzeka obdarzyła dwoma pstrągami. Choć długie jak miesiąc to cienkie jak wypłata. Obecnie na większe sukcesy trudno będzie liczyć, bo Zatoka Pucka zamarznięta na amen i nowa ryba raczej do rzeki nie wejdzie. Jak mawiają autochtoni troć pod lodem nie chodzi. Może za kilkanaście dni, bo idzie odwilż i pewnie pójdzie choć na chwilę grubsza woda z roztopów. Tyle prognoz i oczekiwań, pobożnych życzeń, czarów oraz przesądów ... trzeba iść nad rzekę.


17.01.2016

Penn Spinfisher V 3500


Nie ma kołowrotków wiecznych. Każdy model i konstrukcję można zmęczyć do stopnia nieużywalności a wszystko zależy od intensywności spinningowania, warunków i rodzaju łowiska, stosowanych przynęt oraz indywidualnej troski i dbałości o sprzęt. Są natomiast modle kultowe, ponadczasowe, które nieomal w niezmiennej formie od wielu lat dominują na rynku oraz w rankingach wędkarzy. Czy do tej grupy można zaliczyć kołowrotek Penn Spinfisher ?. Na tak postawione pytanie trudno dać jednoznaczną odpowiedź, choć podpierając się opinią i charakterystyką opisaną na podstawie testów, kołowrotki Firmy Penn zasługują na uznanie ze względu na niezawodność w trudnych warunkach i mocną konstrukcję. To jednak zdawkowa opinia a do wnikliwej analizy odsyłam pod wskazany link:  Penn Spinfisher fishing-test.pl

W tym miejscu proponuje dotrwać nie tylko do końca opisywanej tam charakterystyki ogólnej, jakości wykonania, relacji cenowej, przeznaczenia i testów praktycznych oraz oceny końcowej, ale też do opinii użytkowników w komentarzach. Jak to zwykle bywa zdania są tam podzielone, podobnie jak na innych portalach i forach gdzie temat wyboru kołowrotka jest dyżurnym i obowiązkowym wątkiem. Wielu z Was pyta o zdanie użytkowników różnych modeli szukając podpowiedzi wobec własnego dylematu co do wyboru pierwszego lub kolejnego młynka. Szczególnie gdy oczekujemy od przyszłego kołowrotka cech, które pozwolą sprostać trudnym warunkom wędkowania jak rzeki trociowe lub połowy morskie.

Tak to już jest, że im więcej się czyta i próbuje dowiedzieć tym bardziej wszystko staje się zagmatwane wobec sprzecznych opinii prowadzących nas ku niezliczonym markom i modelom. Przychodzi jednak czas gdy trzeba podjąć decyzję i kliknąć przycisk - kupuję. To oczywiście mała aluzja do zakupu przez internet ale najczęściej na taką jesteśmy skazani wobec niższej ceny niż w stacjonarnym handlu lub wobec braku upatrzonego kołowrotka w tradycyjnych sklepach wędkarskich. W tym miejscu pewnie niejeden stwierdzi, że nie ma to jak wziąć młynek do ręki, pokręcić i wszystko będzie jasne ... chodzi jak masło lub nie.


Tu jednak się nie zgodzę wobec wiary, że pierwsze ruchy korbką na sucho w sklepie wyznaczą wartość i przyszłe walory użytkowe kołowrotka. Przez dziesięciolecia wędkowania miałem ich naprawdę wiele, ale by zilustrować pewną prawidłowość wybiorę w opisie trzy ostatnie modele. Idąc od końca ... Daiwa Legalis 2500, na sucho chodziła jak masło, nieomal jak Shimano Twin Power, już nieco oporniej przy małym pstrągowym woblerku, natomiast przy woblerze 7 cm katastrofa - tarcia, zgrzyty i charczenie. Ledwie zipała by ostatecznie zmielić wnętrzności po zamarznięciu dostałej się do środka konstrukcji wody. Kolejnym była Okuma Salina - kołowrotek, który był stabilny czyli podobnie zachowywał się na sucho jak i po obciążeniu pokaźną przynętą (wobler, wahadłówka, obrotówka), nawet w ostrym nurcie. Dobry rzeczny robotnik z pełnym przełożeniem wartościowych cech na morskie spinningowanie ale bez szaleństwa. I na koniec ostatni nabytek Penn Spinfisher V 3500 ... tu sytuacja zgoła odwrotna.

W tym miejscu słów kilka o własnych wrażeniach, bo warto temu modelowi poświęcić nieco uwagi. To jeden z nielicznych kołowrotków, którego przesyłki nie mogłem się doczekać. Szybko chciałem zweryfikować krążące o nim opinie, nerwowo wydłubując go z opakowania, by po dokręceniu korbki przekonać się o jego tajemniczych właściwościach tak szczegółowo opisanych w przytoczonym teście. Pierwsze wrażenie faktycznie wszystko idzie z oporem, choć bardzo płynnie z wyjątkiem mechanizmu zbijania kabłąka. Twardy i wymagający sporo siły, lecz na dzień dobry do przyjęcia. Kołowrotek ciężki lub przynajmniej cięższy od poprzednich używanych przez mnie modeli ...  jednym słowem uczucia mieszane. 

Wszystko zmieniło się nad wodą, bo Penn Spinfisher V 3500 jest jak samochód na dotarciu lub urządzenie, z którego nie zostały zdjęte jakieś fabryczne blokady. Jednak z każdym kolejnym przelotem przynęty zaczyna żyć własnym rytmem. Naprawdę trzeba kilku dni intensywnego wędkowania by ułożył się a jego solidne mechanizmy nabrały płynności działania do stopnia siły jaka została im przeznaczona. W relacji z kijem spinningowym nagle waga młynka przestaje być zauważalna a co ciekawsze miałem wrażenie, że doskonale integruje się z wędziskiem ostatecznie tworząc monolit. Pracę woblera czuje się całym zestawem, inaczej niż przy innych kołowrotkach gdy kij pracował sobie a młynek sobie.


To oczywiście zbyt krótki okres użytkowania Penna by wydać wiążącą opinię. ale w warunkach łowiska sprawuje się lepiej niż oczekiwałem. Miałem też okazję obserwować zmagania wersji 4500 podczas dorszowych połowów. O ile nie dziwła lekkość z jaką sobie radził na płytszych akwenach Łeby przy lżejszych pilkerach, to na głębi Władysławowa - czapka z głowy. Podczas kilku wypraw ani pisnął przy pilkerach 180 gram i dorszach podnoszonych z 80 metrów. Niezależnie od głównych cech użytkowych Penn Spinfisher ma kilka drobnych ale ważnych rzetelności jak opis pojemności szpuli. Często zdarzało się, że podane metry określonej średnicy żyłki nijak się nie mieszczą, tu jest inaczej. Dla żyłki np. 0, 28 producent podaje 190 metrów i tak jest faktycznie. Tradycyjna żyłka 150 metrów z handlu wymaga w tym przypadku podkładu by wypełnić szpulę Penna. Na zdjęciu poniżej żyłka nawinięta z podkładem. 

Drugą ciekawostką jest uproszczenie mechanizmu przez brak biegu wstecznego, co mnie cieszy bo nigdy z niego nie korzystałem a przypadkowe przestawienie zapadki tylko sprawiało kłopot z niekontrolowanym obrotem szpuli. Nie bez znaczenia jest też cena ok 340 zł, co lokuje ten kołowrotek w klasie sprzętu tańszego. Jednak zachowując zaprojektowane walory przez lata a mam taką nadzieję, Penn Spinfisher V 3500 wart jest nawet większych pieniędzy. Ostatnia uwaga, bo wobec tego modelu w wersji 3500 przypisana jest łatka - do cięższego spinningu. To raczej odniesienie do mocy i trwałości mechanizmów niż gabarytów młynka. Spokojnie Penn Spinfisher V 3500, to klasyczna wielkość typowego kołowrotka trociowo - szczupakowego.



12.01.2016

Trotka po pracy


Trudno oprzeć się choć kilku chwilom nad rzeką, nawet w drodze z pracy do domu. To zaledwie godzinka wobec wieczornej szarówki kończącego się dnia. Jednak czasem tyle wystarczy by spotkać się z srebrniakiem. To nie okaz, zaledwie 52 cm lecz i tak większa niż złowiona w niedzielę. Tu i tam słyszę o większy trociach łowionych w tym sezonie, jednak mi rzeka nie darzy. No ale takiej nie złowię siedząc w domu, zatem warto każdą nadarzającą się okazję wykorzystać na pobyt nad rzeką.

Tak to już jest, że ta wymarzona ryba uderzy w chwili zwątpienia, gdy zmęczeni setkami spinningowych rzutów, owiani wiatrem człapiemy do samochodu. Wtedy niejako z obowiązku obrzucamy kolejne miejscówki. I gdy myślami błądzimy w obłokach. wtedy cholera przywali. Jeszcze większym zaskoczeniem jest atak troci w pierwszych rzutach woblera, gdy dopiero "układamy' zestaw do zastanej wody. Drugi, trzeci przelot przynęty i gdy przyglądamy się jak wobler będzie pracował, nagle ... bum. W obu przypadkach trudno o skuteczne zacięcie i mnie dane było przeżyć podobne z trocią spotkania. Efekt raczej znany, bo ryby nadal w rzece pływają. 

Nie dalej jak kilka dni temu, po pierwszym wypuszczeniu woblera coś dłubałem przy kołowrotku. Gdzieś niedbale zwinięta żyłka po ostatnim wędkowaniu skręciła się w dokuczliwą brodę. Otworzyłem kabłąk by zyskać nieco metrów na walkę z pętelką a wobler w tym czasie zyskał kolejny dystans w dół rzeki. Wreszcie nawijam żyłkę by odzyskać kontakt z przynętą i co ... zaczep. Próbuję uwolnić wobler i w tym momencie na moim zestawie dość fajna ryba wykręca młynek pod samą powierzchnią. Czuję jej szarpnięcie i wszystko wraca do stanu początkowego. Wobler nadal kiwa się tam gdzie się kiwał ... a ja myślę sobie, ot takie prawo pierwszego rzutu.

11.01.2016

Poranna kawa z Kawoszem


Ciemno jeszcze, do świtu i wyjścia nad wodę kilka godzin. Popijam kawę spoglądając na pudełka z woblerami. Jakoś tam skromnie, standard utrwalony od kilku lat. Choć wszystkie poukładane w przegródkach to zaufane wzory i modele, to jak każdy wędkarz czuje niedosyt. Może pośród nich nie ma tego, który dziś da okazje spotkania z trocią lub pięknym tęczakiem. Sami wiecie jak to działa, można przez trociowy dołek przepuścić wszystko a kolejny wędkarz, który zapuści swój wobler w to miejsce ku naszemu zdziwieniu oznajmia - siedzi.

Obecna oferta woblerów to nieprzebrana ilość wzorów i kolorów. Zarówno tych ze standardowej oferty znanych firm, ale przede wszystkim to czas świetności domowej produkcji. Co rok przybywa niewielkich manufaktur oraz warsztatów, w których zaciszu powstają kapitalne przynęty. Część z nich jest znana w całym kraju, część to lokalne trociowe "killery", zależnie od sposobu dystrybucji. Zwykle o możliwości ich nabycia decyduje lokalny rynek lub wielkość produkcji. Zatem po te polecane lub upatrzone warto zabiegać już w miesiącach jesiennych, poprzedzających sezon zimowych połowów łososiowatych.

Nie wiem czy też tak macie, ale ja uwielbiam łowić na przynęty którym wierzę. Wszelkie wynalazki, które nabyłem w odruchu sklepowych emocji zwykle po chwili lądują w pudełku a na agrafkę wraca sponiewierany licznymi przygodami stary wobler. W takich chwilach doceniam komfort skupienia się na jego pracy, sposobie prowadzenia, czy miejscu podania przynęty. Nadchodzi jednak czas gdy wypada zawierzyć innym modelom, kształtom oraz kolorom i wtedy stajemy przed dylematem.


Zaufanie ... to słowo zdaje się być kluczem uzupełnienia stanu naszych przynęt. Kierując się takim przesłaniem trafiłem na propozycję woblerów Sambor. To co piszę nie jest reklamą, nie ma podtekstu lansowania jakiegokolwiek producenta lub produktu ale szczerą chęcią podzielenia się z Wami moimi spostrzeżeniami w odruchu entuzjazmu, który towarzyszy chęci posiadania tych przynęt. Nie łowiłem jeszcze  tymi woblerami, nie potrafię opisać ich pracy lub skuteczności, ale wielkość, kształt i przede wszystkim ubarwienia jakoś przypadły mi do gustu wobec wyzwania jakie stawia moja rzeka i " moje" ryby.


Wobler Sambor - Kawosz

Poniżej znajdziecie jeszcze mały przegląd propozycji kolorystycznych, jednak za najciekawszą a może najbardziej oryginalną wypada mi uznać tytułowego  - Kawosza. Sam autor pisze o nim  tak: "Kawosz”- Wobler z przeznaczeniem na ryby łososiowate, długość 65 – 75 mm, masa 6-8 gram wersja przegubowa, tonąca, praca agresywna (wężowata), głęboko schodzące. Skuteczny do obławiania rynien i głębokich dołków". Mnie to przekonuje i stanowi budzącą zaufanie rekomendację, by wobler ten znalazł się w moim arsenale trociowych przynęt. Sam jestem ciekaw pierwszych doświadczeń z taką konstrukcją. Nigdy nie łowiłem łamańcami, ale jest w Redzie kilka dołków, które chętnie spenetruję Kawoszem.


Jak wspomniałem, niżej to wizerunki części propozycji woblerów trociowych. Wybrałem te, które widzę w mojej rzece. Również proponowana wielkość 6,5 cm to idealny gabaryt na pomorskie rzeki. Ważne jednak, że wszystkie wyszły z pod ręki wędkarza - praktyka, który wprowadzając nas w świat swoich przynęt pisze tak:

" ... Czas upływał jak woda w rzece, miniony okres przygody z rękodziełem poświęcałem na tworzeniu nowych wzorów i testowaniu ich w warunkach naturalnych. Wyciągane wnioski pomagały stworzyć coraz lepsze przynęty. Obecnie kiedy mam sprecyzowany kierunek działania tworzę woblery łamane oraz klasyki, wykonuję je z drewna lipowego. Są to Woblery dedykowane takim rybom jak troć, pstrąg, szczupak, kleń i jaź, okoń. W najbliższym czasie rozpocznę zaawansowane prace nad modelami dedykowanymi wyłącznie boleniom ... "  Przemysław Samborsk- o mnie




06.01.2016

Gdzie szukać troci w Redzie


Nakładając na topografię rzeki Redy obserwacje z ostatniego dziesięciolecia a właściwie doświadczenia blisko 20 - stu lat wędkowania na Redzie, wyłania się obraz zimowych połowów troci. Podział rzeki na strefy rybne i nie rokujące spotkania z tym gatunkiem zdaje się być prosty a jego granicę wyznacza Jaz w Redzie Ciechocino, który dzieli rzekę na dwie krainy. To oczywiście duże uproszenie, jednak w obecnym rytmie zmian klimatycznych jest i może stać się trwałą wskazówką gdzie wybrać się w poszukiwaniu troci w sezonie zimowym. Krótko mówiąc odcinek w górę rzeki od jazu to kraina kelta, w dół ku morzu to kraina srebrniaka i morskiego tęczaka.


Środkowa Reda, okolice wiaduktu kolejowego w Redzie, powyżej jazu.

Przyglądając się równocześnie temperaturom jakie w ostatnich latach towarzyszyły trociom na tarliskach można w przybliżeniu określić rok, po którym próżno było szukać keltów i oczekiwać wędkarskiego spotkania z nimi, niezależnie czy uznamy fakt ich połowu za etyczny i właściwy. Taką datę przyjmuję na rok 2010. Przed tym rokiem listopad i grudzień były miesiącami mroźnymi, często z pokrywą śniegu a warunki i temperatury przytrzymywały potarłowe ryby w rzece, aż do pierwszych tygodni sezonu. Zatem poprzedzające ten rok sezony zimowych połowów troci zachęcały wielu wędkarzy do wędkowania na całej długości rzeki a szczególnie jej górny odcinek był okupowany na potęgę.


Reda w górnym biegu, keltowa miejscówka, okolice "ptaszarni"

Obrazy zakrwawionych keltów od mostu "piaśnickiego" przez "komin", "ptaszarnię" aż do jazu nie należały do rzadkości. Wydeptanie wzdłuż rzeki ścieżki, co rusz plamy krwi na śniegu stanowiły nie tylko o frekwencji wędkarzy ale też o ilości ryb (keltów) łowionych w tamtych czasach. Napotkani wędkarze okupowali godzinami dziury lub biegali gorączkowo po rzece a spotkanie przedstawicieli obu grup zwykle owocowało prezentacją złowionych ryb. Szczytowym okresem połowu kelta w Redzie był rok 2009 a po nim cieplejsze miesiące końca następnych lat radykalnie zmieniły sytuację.


Połów kelta, rok 2009, odcinek Redy poniżej obecnego mostu do Osiedla Fenikowskiego

Kolejne sezony to czas kiedy próżno było szukać ryb w znaczącej ilości w górnym odcinku rzeki. Listopad i grudzień to okres dodatnich temperatur, często bardziej miesiące te przypomniały aurą wrzesień i październik. Ryby szybko opuszczały tarliska i równie szybko spływały do morza. Zatem towarzystwo wędkarskie przeniosło się poniżej jazu, wędkując aż po granicę rezerwatu"Beka" i taką sytuację mamy po dzień obecny. 


Dolny odcinek Redy, gdzieś w połowie drogo od jazu do rezerwatu"Beka"

Rozpoczęła się "świetność" dolnego odcinka ze zmiennym szczęściem, jednak za najlepszy sezon połowu srebrniaka i morskiego pstrąga uznaje rok 2013. To był mroźny, choć nie tak jak obecny styczeń ze sporą pokrywą śniegu. Woda była gruba, lekko trącona a rzeka szybko reagowała na chwilowe roztopy. Pogoda była dynamiczna, od słonecznych dni, do pochmurnych niżówek a praktycznie każdy dzień przynosił kontakt z rybą. Na obserwowalnym odcinku rzeki w zasięgi wzroku miewałem kilkunastu wędkarzy i rzadko się zdarzało by któryś wracał o kiju. Nierzadko padały komplety srebrniaków, do tego piękne tęczaki a na otarcie łez podrośnięte pstrągi z hodowli. 


Połów tęczaków sezonu 2013

Tego roku ryb było naprawdę w bród, również okazałe kelty nie należały do rzadkości ale grubo poniżej ich występowania w poprzednich latach. Wszystkie wymienione równie skutecznie łowiono na woblery, obrotówki i wahadłówki a amatorzy muchy (nimfy) o ile dopchali się do rzeki również zakosztowali pulsującego ciężaru na muchowym kiju.


Tęczak z sezonu 2013, 64 cm

Tegoroczny sezon jest kopią ostatnich lat w znaczeniu klimatycznym, gdy ostatnie miesiące roku przypomniały wiosnę a początek sezonu przywitał nas zimą. Z tą jednak różnicą, że obecne temperatury ujemne są ekstremalne a ryb w rzece nie ma, lub jak wolą wierzyć wędkarze nie biorą bo za zimno. W tych dywagacjach pominąłem kilka ważnych czynników oprócz stałej tendencji zmian klimatycznych a mianowicie liczebność troci podczas ciągu tarłowego, wpływ UDN na kondycję populacji i warunki przy ujściu rzeki a wiec dostępność dla srebrniaków i morskich tęczaków dolnego odcinka rzeki. Niezależnie jednak z powodów jak na wstępie, górna Reda od kilku lat wydaje się być stracona co z pewnością ucieszy zwolenników ochrony keltów a wędkarska presja obecnie koncentruje się na jaj dolnym biegu.


Niezależnie od zdecydowanie słabszych sezonów po roku 2013, nadal można złowić piękną  troć w Redzie jak ta z zeszłorocznych zawodów w pierwszą niedzielę stycznia.

03.01.2016

Wszystko się może zdarzyć


Poranek 3 stycznia to siarczysty mróz, który nie zachęca do wyjścia z domu. Nawet termometr zamarzł i ledwie można odczytać jego wskazania ale tak na oko jest - 15 stopni ... brrr. Sami wiecie jak uciążliwe jest w takich warunkach zamarzanie przelotek a tym, którzy nie potrafią wędkować w rękawiczkach wspomnienie obolałych od zimna palców tym bardziej podpowiada pozostanie w domu. Domownicy smacznie śpią, w "chacie" cisza i spokój, na stoliku kubek gorącej kawy ... a za oknem zamrożony świat. Jednak gdzieś tam w oddali czekają wędkarskie przygody, więc jak tu nie wyjść z domu. Póki co nie ma pospiechu bo wiem, że z każdą godziną zrobi się cieplej lub wschodzące słońce sprawiać będzie takie wrażenie.

Nad rzeką szału nie ma. Ryb niewiele, pewnie mniej niż wędkarzy. Większość wróci o kiju z malinowym nosem, nie zawsze za przyczyną mrozu. Taka to już trociowa tradycja być w takie dni nad wodą. Ten co za trocią chodzi wie, że wszystko się może zdarzyć ...

Obolały od przenikliwego zimna akumulator jęknął lecz wreszcie samochód odpalił. To dobrodziejstwo benzynowego silnika. Przez lata kupując nowy - stary samochód ostatecznie wyleczyłem się z Diesla, by nie stać pod domem w wędkarskim rynsztunku w takie dni jak dzisiejszy. Na samą myśl, że mam zdejmować z siebie te wszystkie warstwy cuchów, które przysposobiłem na okoliczność mrozu bez zaliczenia choćby jednego przelotu woblera z powodu odmowy współpracy środka lokomocji, zwykle kończyło się gorączkowym poszukiwaniem grupy wsparcia. Każdy sąsiad, który pojawiał się na osiedlu dawał okazję podłączenia kabli do jego akumulatora i zwykle na próżno bo on sam wyglądał podobnej okazji.

No to jadę. Nad rzekę nie mam daleko i za chwilę przekonam się ilu podobnych desperatów stanęło nad jej brzegami. Mam wrażenie, że teraz jeździ się za trocią pogodzonym z losem. To bardziej przyzwyczajenie i nie towarzyszą temu takie emocje jak przed laty, gdy ryba była tylko kwestią czasu. Pochwalę się pustej wodzie jakie to woblery gromadziłem mozolnie jesienną porą, odmawiając strawy sobie i rodzinie. Pogadam z kolegami o zaletach różnych przynęt stosownie do pogody, choć początek rozmowy będzie taki sam. -  Jak tam kolego ... nic, studnia, zero. Jedni stwierdzą, że ryby są ale mróz i nie biorą. W czasie odwilży stwierdzą, że ryby są ale nie biorą, bo trzeba poczekać na mróz. I taka to wędkarska układanka, której jedyną wiadomą jest danina dla PZW.



Jestem nad wodą i jak w tytule - wszystko się może zdarzyć. I się zdarzyło bo oto po raz pierwszy w życiu zamarzł mi kołowrotek. Nieopatrzne zanurzenie w rzece, która jak rzadko niosła śryż eliminuje kręciołka do zera. By zwinąć ostatnie metry żyłki mało nie ukręciłem korbki ... i tyle mojego łowienia.

Z tym mrozem to jak w ruskim kawale. gdy dzwonią do Saszy:
- No jak ta u was Sasza, słyszałem że tam okrutnie zimno
- Nie ... mówi Sasza, całkiem znośnie, tylko minus 15 stopni
- A ja słyszałem, że minus 40
- No tak, ale to na zewnątrz, odpowiada Sasza

01.01.2016

Nowy folder ... Reda 2016


Czy jest coś bardziej magicznego niż oczekiwanie nad brzegiem rzeki na wschód słońca w pierwszym dniu sezonu połowu troci. Gdy nieprzenikniona woda zdaje się kryć tajemnicę wielkich srebrniaków a pytanie brzmi ... nie czy? - a kiedy?.

Tradycyjnie jak co roku, pierwszego stycznia otwieram nie tylko sezon wędkarski ale też nowy folder w moim komputerze. Nadaję mu kolejne oznaczenie zgodne z numeracją roku, dziś następny ... Reda 2016. To miejsce gromadzenia fotograficznych relacji z wędkarskich wypraw, których celem w zdecydowanej większości jest "moja" rzeka. Ile już takich było, może dziesiątki a przecież to lata spędzone nad brzegami pomorskiej rzeki. Jeśli pamięć wędkarza bywa zawodna, to zgromadzone zdjęcia jak w kalejdoskopie przypominają o wydarzeniach, ludziach i rybach. Jak zmieniała się rzeka, wędkarskie praktyki a w tym przypadku pierwsze dni sezonu połowu pstrągów i troci.

Kiedyś, zapewne pokuszę się o podsumowanie tych dni, bo to pouczająca lekcja nie tylko o przemijaniu ale o przyrodniczych zmianach. To czego mogą doświadczać pokolenia, dziś doświadczamy my zaledwie na przestrzeni kilku sezonów. Recz ujmując w jednym zdaniu, mamy kolejne otwarcie wędkarskiego sezonu pod znakiem pstrąga tęczowego. 


To dzisiejsza zdobycz, klasyczny 40 - stak i w innych okolicznościach można by przejść nad faktem jego połowu do porządku dziennego. Teraz się nie da, bo taka ryba cieszy wobec klęski nieurodzaju i porażki wielu wędkarzy, którzy obok mnie stawili się tłumnie nad brzegami Redy. Moje dzisiejsze sąsiedztwo nad rzeką to snujący się bez przekonania koledzy, którym z każdą godziną mijał zapał i chęci do dalszych połowów. Magiczne, pierwsze godziny nad "dziewiczą" wodą, przynajmniej w domyśle wypoczętą okresem ochronnym, amatorom wędkarskich emocji przyniosły jedynie rozczarowanie. 

Krótko mówiąc największą zgłoszona rybą był tęczak 63 cm, kilku wędkarzom dane było złowić mniejsze ryby tego gatunku a jedynie z odcinka do "Beki" nadszedł meldunek o jakimś srebrniaku 50 cm. Dane te oczywiście są niepełne i może "padło" więcej ryb ale własne obserwacje skłaniają już do pierwszego podsumowania - marny sezon nam się zapowiada. Pozostaje jak zwykle nadzieja w interpretacji pogody, która zdaniem wielu w postaci dokuczliwego mrozu zniechęcała ryby do aktywności. 


Nie podzielam tego optymizmu nauczony doświadczeniem ostatnich lat, bo niezależnie od wszystkiego jakim było otwarcie, takim były zimowe miesiące. Wielu trociowych "wyjadaczy" zdaje się szybko to zrozumiało, odpuszczając pogoń za srebrniakiem w postaci zmiany woblerów na mniejsze i bardziej apetyczne dla pstrągów, mimo grubej, kuszącej trociowej wody. Niezależnie od jesiennych inwestycji i niezliczonych odwiedzin w sklepach wędkarskich, dziś królowały woblery małe, ok. 5 cm. Chętnie na zestawach kolegów gościły wszelkiej maści patyczaki, mniejsze Górale, Kenarty i podobne konstrukcje, w jaskrawych i zdecydowanych barwach. Ja też zawierzyłem widocznym na zdjęciach modelom a trociowe klasyki w rozmiarach 6 - 9 cm, zdawały się w zastanej wodzie poruszać  nienaturalnie.



No cóż ... pewnie od kilku już sezonów powtarzam to zdanie, że może kolejne dni przyniosą spotkania z trociami. Jednak przeglądając fotograficzne foldery zapisu wydarzeń poprzednich sezonów, obok wędkarskiej pasji, wytrwałości i nadziei, pozostaje trzeźwy osąd rzeczywistości ... na Redzie nie połowimy troci.