30.08.2014

Prawdziwki biorą jak szalone


Okolice Wejherowa to nie tylko bliskość rzeki Redy, ale ogromne kompleksy leśne. Z początkiem jesieni zawsze rodzą nie tylko borowiki ale odwieczne dylematy czy na ryby, czy na grzyby. Dziś wybór padł na te drugie i jak się okazuje był słusznym. Tych, którym nie dane było odwiedzić lasy lub wybrali wędkę, informuję prawdziwki biorą jak szalone ... 



Chrząszcz z rodziny biegaczowatych, Biegacz fioletowy – Carabeus violaceus







Żaba z grupy żab brunatnych, Żaba trawna – Rana temporaria






Kolega z FFF sugerował zastosowanie metody No-kill, Catch & Release i bezzadziorowy nożyk. Nie mogłem się jednak oprzeć więc w ruch poszedł podbierak typu GHOST z silikonową siatką.


29.08.2014

Lobelia jeziorna nad Redą ... ?


Treść napotkanej nad brzegami Redy tablicy, bardzo mnie zdziwiła. W związku z tym skierowałem pytanie do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Gdańsku o zasadność umieszczenia tej informacji.

Lobelia jeziorna (Lobelia dortmanna)

Poniżej treść odpowiedzi, za którą serdecznie dziękuję:



28.08.2014

OS " Bezrybie"


Dyskusja, która ostatnio miała miejsce na Fly Fishing Forum, dotycząca Czarnej Przemszy skłoniła mnie do podjęcia trudnego tematu, czyli potencjału polskich rzek. Sukces OS. San, czy OS. Dunajec uruchomił lawinę oczekiwań wobec podobnych inicjatyw na pozostałych wodach górskich. Teraz każdy wędkarz stając na brzegu swojej rzeki, rzeczki czy ciurka roztacza wizję łowiska, które dorówna w/w OS-om w jakości i liczebności populacji pstrąga i lipienia. Uważny czytelnik zatrzyma się na chwilę na powyższym akapicie a ja wykorzystam ten czas na wyjaśnienie innej kwestii.

No-kill, ochrona, zarybienia, czasowy zakaz zabierania ryb z łowiska, organizacja tarlisk, zmniejszenie limitów itp., z pewnością przyczyniają się do wzrostu jakości i liczebności populacji pstrąga potokowego i lipienia. Tych działań zaniechać nie można. Zaniedbania niektórych Okręgów PZW w tej kwestii są nadal rażące i pozostawiają wiele do życzenia. Wielokrotnie o tym pisałem, szczególnie wobec ZO Gdańsk i zdania nie zmieniam. Jest to kwestia bezsporna, jednak nie ona jest sednem sprawy. Cokolwiek uczynimy dla rzek, będzie to miało określoną skuteczność oddziaływania i w rezultacie ograniczony wpływ na ilość ryb w rzece.

Nawet wzorowa gospodarka na wielu rzekach, które zwykle jedynie z nazwy są wodami górskimi nie poprawi sytuacji na tyle by sprostać oczekiwaniom wędkarzy. W przypadku oczekiwań można mieć na myśli tęsknotę za rybnymi łowiskami. Gorzej gdy padają bardziej dosadne stwierdzenia w postaci żądania wędkarzy. Kierowane do Zarządów Kół, Zarządów okręgowych, wyrażane w niewyszukanych postach i komentarzach na licznych forach wędkarskich.
Prawda jest taka, że większość naszych rzek nie ma takiego potencjału i nie są w stanie udźwignąć takiego rybostanu, jaki sprostał by oczekiwaniom współczesnych wędkarzy. Ludzi nierzadko zapatrzonych w wody Norwegii, Alaski czy Kamczatki, oczekujących podobnych ryb u nas, w ilości i wielkości jak na tamtych wodach.

Potencjał rzeki to złożony kompleks czynników. O ile ogromne zastrzeżenia można mieć do PZW w przypadku wszelkich zaniechań dotyczących niszczenia rzek przez kajakarzy, budowy MEW, wszech panującej melioracji, inwestycji przeciwpowodziowych, to możliwości Związku i nas wędkarzy też są ograniczone. To, o czym najczęściej zapominamy to fakt, że na mocy umowy dzierżawy (podpisywanej w naszym imieniu przez władze Okręgów PZW) wody płynące są przez nas użytkowane rybacko. Jesteśmy tylko jednym z wielu użytkowników danej wody i dlatego nasze działania muszą być kompromisem pomiędzy wieloma (często sprzecznym) interesami społeczności lokalnych, rolnictwa, przemysłu itd. Jako społeczność wędkarska powinniśmy współpracować, ale samodzielnie nie zatrzymamy wpływu rolnictwa, eutrofizacji, zaniku bazy pokarmowej ryb łososiowatych oraz pozostałych czynników biotycznych i abiotycznych. Z pewnością nie w mocy Zarządów PZW różnych szczebli, jest stanąć nad brzegiem rzeki i czarodziejską różdżką pięciokrotnie zwiększyć przepływ wody lub poszerzyć koryto rzeki o 50 metrów.

Jakże często odwołujemy się do przeszłości. Mamy własne wspomnienia rybnych wód lub z zapartym tchem słuchamy opowiadań dziadków. Tą miarą próbujemy mierzyć wartość obecnych łowisk. Zapominamy jednak, że żyjemy tu i teraz nad rzekami, które środowiskowo są jedynie namiastką tamtych wód. Pomijając ten podstawowy fakt masowo i nieporównywalnie licznie, do minionych dziesięcioleci okupujemy rzeki. Stosując przy tym wyrafinowane metody połowu, doskonały sprzęt, mobilność a co gorsza nienasycenie wynikami połowu. Dziś wyjazd na ryby jest udany tylko, jeśli przerzucimy dziesiątki lipieni. A niby, jakim sposobem te dziesiątki ryb, na odcinku 100 m rzeki mają na nas oczekiwać w wodzie, która nie zapewnia im przetrwania. Pomijając brak związkowego monitoringu przeżywalności narybku z zarybień, sami widzicie ich efekty. Sypiemy do rzek setki tysięcy sztuk pstrągów i lipieni a każdy kolejny sezon przynosi, coraz większe rozczarowanie. Ryby nie znajdują w nowym środowisku dość wody i pokarmu aby skutecznie zwiększać biomasę ichtiofauny danego cieku. Dziesiątkowane przez kormorany, wydry, norki amerykańskie, nie osiągają nawet wymiarów ochronnych. Grzechy i zaniedbania PZW to jedno, ale wypada mieć świadomość wpływu pozostałych czynników. Zanim zaczniesz żądać stu kardynałów na 100 metrach rzeki, organizacji OS-u na twoim ciurku popatrz na swoja rzekę. Zadaj sobie trud zdobycia rzetelnej wiedzy na jej temat. Dopiero na tej podstawie oceń jej realny potencjał oraz możliwość realizacji roszczeń, by miodem i lipieniem płynącą była.

26.08.2014

Moje ulubione pudełko z muchami cz. II - sucha mucha


Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że pisząc ten artykuł odliczam z niecierpliwością dni do wyjazdu na San. Dlatego też moje pudełko zostało troszkę wzbogacone, na świeżo ukręconymi. sanowymi jętkami Jego stan różni się nieco od tego standardowego, kiedy uganiam się za jesiennymi lipieniami na Pomorzu. Niniejszy artykuł powstał na podstawie moich doświadczeń i obserwacji. Stanowi pewnego rodzaju uproszczenie i pomija kilka ważnych suchych much oraz sposobów na nie łowienia. Nie mniej jednak zostało w nim podane na przysłowiowej tacy wiele lat mojego wędkowania na suchą muchę. Może on stanowić pewnego rodzaju kompendium dla osób zaczynających przygodę z suchą a także dla osób chcących skompletować swoje ulubione pudełko z sucharkami.

Sucha mucha to majestatyczna metoda, która pozwala zauważyć najbardziej ekscytujący moment brania. To właśnie dzięki tej krótkiej chwili, w której często jesteśmy w stanie zaobserwować moment oderwania się ryby od dna i spektakularnego zebrania naszej muchy z powierzchni powoduje, że wędkarze zarażają się wędkarstwem muchowym na dobre. Często nie wracają już do wcześniej praktykowanej formy wędkarstwa. Osobiście jestem zdania, iż właśnie od łowienia na suchą muchę należy rozpocząć, niekończący się epizod wędkarstwa muchowego. U mnie właśnie tak to się stało.


Moje pudełko z suchymi muchami mocno ewoluowało od tamtego czasu. Z początku wystarczało mi kilka wzorów, na które łowiłem przez cały rok. Świętem oczywiście była jętka majowa, ale to osobne pudełko, które świadomie pominę w tym opowiadaniu. Z biegiem czasu oraz nabyciem doświadczenia z różnych łowisk Europy, moje pudełko zaczęło się zmieniać. Przede wszystkim zacząłem sam kręcić, co pozwoliło mi spojrzeć troszkę z innej perspektywy na muszkę.

Zacząłem zwracać uwagę na jakość poszczególnych części muchy. Dobry haczyk to element najbardziej istotny. Dobry to znaczy przede wszystkim czepliwy, nie za gruby i nie za cienki, wytrzymały a także w odpowiednim kolorze. Celowo napisałem czepliwy zamiast ostry, gdyż według mnie nie wszystkie ostre haki są czepliwe. Czasami niepoprawna konstrukcja łuku kolankowego powoduje, iż hak pomimo bardzo ostrego grotu, odbija się od pyska ryby co generuje dużo pustych zacięć. Oczywiście rodzaj haka determinuje model muchy, jednak są pewne modele haczyków, które doskonale sprawdzają się w wielu różnych wzorach i są piekielnie skuteczne. Po za hakiem, lubię dobre gatunkowo CDC, gęste i równe, zwracam na ten element uwagę w szczególności podczas łowienia lipieni na łowiskach obarczonych dużą presją wędkarską.


Nigdy nie zapomnę wrześniowej wyprawy do Bośni. Nad Ribnik dojechaliśmy pod koniec września, ryby mocno przekłute po całym sezonie do tego krystalicznie czysta i bardzo niska woda. Tylko wysokiej jakości przypon o średnicy 0,10 mm gwarantował brania. Pomimo tego, że nasze pudełka po brzegi wypchane były różnymi lipieniowymi specjałami, notabene kręconymi specjalnie pod tą wyprawę, lipienie kompletnie ignorowały nasze propozycje. Po pierwszych dniach męki z dobrem muchy wypracowaliśmy wspólnie wzór, do którego co jakiś czas lipienie mniej lub bardziej ochoczo się podnosiły. 

Bośniacki emerger, o nazwie „Maciejówka” którego codziennie lekko modyfikowałem w końcu dojrzał do trzech wariantów. Kolor pozostał ten sam. Różnił się tylko gęstością i długością skrzydełek CDC. I tak rzeka otworzyła się przed nami. Wszyscy łowiliśmy na „Maciejówkę” stosując różnej długości i gęstości skrzydełka w zależności od pory dnia i stopnia nasłonecznienia. Z kolei na Sanie ulubioną zabawą muszkarzy jest szukanie odpowiedniego koloru tułowika w małych, kręconych na 18-tce jęteczkach. Lipienie regularnie zmieniają swoje upodobania co do koloru tułowia. Tzw. mucha nic, o tułowiu oliwki, przestaje być skuteczna po południu, kiedy nagle pada hasło, że biorą na cegiełkę, czyli tułów w odcieniu ceglanym.
Moje pudełko podzieliłem na dwie sekcje; jętki i chruściki. Widoczne na zdjęciach chruściki to duże sarniaki, oraz większe chrusty z podwiniętym skrzydełkiem CDC, podbite z góry sarną. Są to bardzo wyporne muchy, doskonale nadające się na szybkie miejsca, używam ich często do łowienia na wymuszonego. Zdarza mi się w ten sposób szukać pstrągów, nawet gdy nie widać żadnych oznak żerowania powierzchniowego.





Zaglądając dalej w sekcję chruścików zauważymy, jeden z najbardziej popularnych i zarazem skutecznych wzorów. Przeze mnie kręcony sporadycznie na 12-tce a najczęściej na 14 i 16-tce. Pojedyncze skrzydełko CDC położone na płasko, tułów z dubbingu lub promienia bażanta, wszystko zakończone odpowiedniej długości jeżynką z wysokiej klasy genetyka. Jest to jedna z moich ulubionych much, wyjątkowo skuteczna na różnych wodach a w szczególności na Pomorzu. Odpowiednio przesmarowana bardzo dobrze pływa. Stosuje różne warianty kolorystyczne. Najbardziej do gustu rybom przypadł zwykły szarak oraz na wiosnę oliwka z czerwoną główką. Ta mucha w różnych wersjach to moje abecadło. Łowię na nią przez cały rok, zmieniam tylko wielkość i wersje kolorystyczne, czasami daje mocny akcent w postaci pomarańczowego lub żółtego odwłoku a także czerwonej główki. Zamykając rozdział z chruścikami dopowiem jeszcze krótko o fajnym sposobie łowienia na te większe, lepiej pływające muchy.

W drugiej połowie lata bardzo lubię łowić na smużącego dużego chrusta. Metoda jest bardzo prosta a brania są niezwykle spektakularne. Zdarza się często, że pstrąg wyskakuje z wody, lub leci po powierzchni, trzepiąc ogonem w powietrzu aby pojmać z impetem smużącego, tłustego chrusta. Całe łowienie odbywa się idąc w dół rzeki, na długiej lince. Rzucamy pod drugi brzeg, czekamy aż prąd wody zacznie napierać na linkę, tworzący się balon sprawi, że nasz chruścik wystartuje ruchem jednostajnie przyśpieszonym spod drugiego brzegu. Właśnie ten moment najbardziej stymuluje pstrągi do gwałtownego ataku. Łowiąc w ten sposób nie musimy muchy podawać precyzyjnie przed stanowisko ryby, pstrągi nie rzadko wyskakują ze swoich jamek i gonią gwałtownie tak prowadzoną muchę. Idealnie jest „wystartować chrustem” tuż nad głową ryby, nie dając jej zbytnio czasu do namysłu.


Druga strona mojego pudełka z sucharkami zarezerwowana jest dla jętek. Ta wdzięczna grupa owadów występuje w przyrodzie w ogromnych ilościach. Największe to jętki majowe oraz March browny. Nie znajdziecie ich w opisywanym pudełku gdyż dla nich razem z konikami polnymi i chrabąszczami zarezerwowałem oddzielne pudełko. Na prezentowanym zdjęciu pudełka, zauważycie, że muchy są poukładane mniej więcej od największych z lewej strony do najmniejszych z prawej. Wielkość to dla mnie bardzo ważne kryterium doboru. Często rozmawiając z doświadczonymi muszkarzami na pytanie co się roiło, słyszałem odpowiedź; wiesz roiła się taka oliwka na szesnastce. Bardzo zwięzła i cenna informacja, która od razu przeistacza się w moim umyśle w prostą wizualizację muchy. Odnośnie wielkości zasada jest taka, że sezon zaczynamy z dużymi muchami, przechodząc latem na średnie by dotrzeć do jesiennej zabawy z muszkami na hakach numer 18. Późną jesienią i zimą gdy jesienie, żerują na sieczce, stosujemy muchy kręcone na hakach powyżej numeracji 20. Ja jednak w większości przypadków ograniczam się zarówno w kręceniu jak i łowieniu do wielkości 18. Na Pomorzu moim ulubionym rozmiarem w okresach tak zwanej rójki popielatki (październik) jest wielkość 14 i 16.

Wspomniana popielatka to mucha określana przez pomorskich wędkarzy w kolorze dymu papierosa. Szara, prosta w konstrukcji, może być z jeżynką lub bez, ważne żeby dobrze pływała. Nie ma znaczenia, jeśli trafimy w moment rójki to konstrukcja będzie miała drugorzędne znaczenie, ważniejszy będzie rozmiar i poprawne prowadzenie, bez smużenia. Wprawne oko wypatrzy kilka popielatek kręconych na 14-tkach w prezentowanym pudełku.

Sytuacja z doborem odpowiedniej muchy zmienia się diametralnie na południu gdzie lipienie potrafią bardzo dobrze obejrzeć muchę zanim zdecydują się na branie. Tutaj wariacji jest nieskończona ilość. Liczy się wszystko; odcień oraz rodzaj tułowia, długość i gęstość skrzydełek, ogonek lub jego brak, kolor haczyka. Każdy sam, empirycznie, przewiązując zgrabiałymi rękami z zimna wiele muszek, docinając skrzydełka, wyrywając ogonki musi dobrać muchę na której tak ochoczo żerują grube sanowe kardynały. Nie ma nic bardziej frustrującego jak bombardowanie oczek, widok białych pysków zbierających malutkie jętki, pysków które całkowicie ignorują naszą starannie wyselekcjonowaną muszkę.


Oprócz doboru odpowiedniej imitacji jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której nie sposób nie wspomnieć w tym momencie. Prezentacja czyli poprawne, jak najbardziej naturalne, delikatne położenie muszki na wodzie oraz naturalne prowadzenie, spływ bez najmniejszych zakłóceń, naturalny dryf jętki która albo usiadła na powierzchni żeby złożyć jaja lub dopiero co wychodzi z wody, rozprostowuje skrzydełka w celu osuszenia i pokonania grawitacji. Ponadto w takiej sytuacji musimy zawsze obserwować jak nasza mucha prezentuje się podczas przepuszczania. Jeśli jętki wychodzą z wody to warto zastosować tzw. emergera czyli imitację częściowo zanurzoną pod wodą, wystają tylko skrzydełka i główka. Skrzydełka powinny sterczeć pionowo i na to należy zawsze zwracać uwagę. Jeśli mucha kładzie się na bok lub przechyla należy ją poprawić lub zmienić.

Muszę tutaj jeszcze wtrącić, że ryby częściej ochoczo zbierają muchę, która się wyraja. Oczka są bardziej agresywne i gwałtowne. W drugim wariancie dostępności jętki dla lipieni, czyli tak zwanej muchy powracającej, siadającej, zbiórki są bardziej subtelne i spokojne. Często na wolniejszej wodzie bardzo trudno wtedy oszukać duże lipienie. Przechytrzenie takiego cwaniaka wymaga dużego kunsztu i finezji jednak satysfakcja jest podwójna. Ogromną przysługę podczas łowienia tych trudnych lipieni daje odpowiednio dobrany zestaw. Przypon koniczny, który umożliwi delikatne położenie muchy na wodzie. Łowiąc na Sanie trudne lipienie używam dobrej jakości przyponu konicznego, koniecznie przeźroczystego bez żadnego zabarwienia, do którego dowiązuję węzłem zderzakowym półmetrowy odcinek, dobrej miękkiej żyłki o średnicy 0,12 lub 0,10mm. Cały przypon ma długość troszkę ponad trzy metry i daje w stosunku do krótszego troszkę więcej czasu na przepuszczenie muchy szczególnie jeśli nasze rzuty przecinają dwie lub trzy rynny z różnej szybkości prądami.


Do delikatnej prezentacji małych muszek ważnym a może i najważniejszym elementem zestawu jest sznur, który musi mieć odpowiednie skonstruowaną głowicę, długą i łagodną, umożliwiającą stopniowe rozładowanie energii w końcowej fazie rzutu. Pozwoli nam to spokojnie rozprostować przypon w powietrzu i delikatnie opaść małej muszce na powierzchnię. Warto tutaj również zaznaczyć, że do delikatnej prezentacji nie należy przeciążać wędki. Sznur powinien być dobrany klasowo. Od kilku sezonów używam EGO SUPER, linki która w stu procentach spełnia powyższe wytyczne co do konstrukcji. Długa, łagodna głowica została specjalnie zaprojektowana do stopniowego rozładowania energii i przekazania jej w odpowiedni sposób na przypon. Nawet podczas energicznych między wymachów nie wyczuwam najmniejszych szarpnięć i przeciążeń. Rozprostowanie przyponu w powietrzu następuje poprzez delikatne uniesienie, przytrzymanie i potem opuszczenie wędziska w końcowej fazie rzutu. Natomiast do łowienia dużymi, muchami uwielbiam linkę EGO FIGHTER. Skondensowana głowica niesie duże jętki majowe, chrusty oraz koniki polne dokładnie w punkt tam gdzie chce. Bez względu na to czy wieje wiatr FIGHTER pozwala formować wąską pętlę, która tnie powietrze i stanowczo niesie dużą muchę. W przypadku FIGHTERA nie musimy długo bujać linki w powietrzu, wystarczy kilka między wymachów i sami wyczujemy, że linka wymusza na kiju dodatkowe ładowanie. Osobiście dużą wagę przykładam do odpowiedniej kalibracji zestawu. Sznur musi być zawsze odpowiednio dobrany do wędki a całość pasować do stylu łowienia i łowiska. Niestety na pewnym etapie nie ma rzeczy uniwersalnych.  


Tekst i zdjęcia: Maciej Gałgański

25.08.2014

Kultura wędkowania … haczyki bezzadzirowe.


Temat opisujący nasze zachowana nad wodą co jakiś czas powraca na strony mojego portalu. Z jednej strony ubolewam, że tak rzadko. Z drugiej zaś mam świadomość, że jest to temat z gatunku tych ciężkich. Wiem, że wolicie barwne opisy połowu ryb, piękne zdjęcia, jednym słowem pozytywny przekaz. Wskazywanie naszych wad i przywar bywa stresujące, szczególnie gdy robiąc własny rachunek sumienia, musimy choćby po cichu przyznać się do grzeszków. Kulturę wędkowania i zachowania nad wodą kształtuje wiele okoliczności. Porządek na łowisku, stosunek do Kolegów, formy komunikacji jakimi się do siebie zwracamy. W tej ostatniej kwestii dałem swego czasu wyraz publikując artykuł, który weyfikuje pokutujące stereotypy:
Towarzyszu wędkarzu

Wielu z nas, w sposób szczególny podkreśla przynależność do muchowego klanu. Wyróżnia nas sprzęt, ubiór chętnie epatujący metkami uznanych firm. Wizerunek dopełniamy gustownym kapeluszem, w którego otok wpinamy muchy. W powszechnym, choć niekoniecznie prawdziwym znaczeniu, oznacza to - jestem kimś lepszym, stojącym na szczycie wędkarskiej hierarchii. Myślę, że mając na uwadze wielowiekową historię wędkarstwa muchowego, po części mamy do tego prawo jednak to zobowiązuje. Naszą powinnością jest być przykładem dla pozostałych Kolegów, parających się innymi metodami wędkowania. Nasze środowisko winno być motorem i propagatorem tych wszystkich zmian, które stały się wymogiem współczesnych łowisk. W tym miejscu haczyk bezzadziorowy powinien stać się synonimem wędkarza muchowego a za jego sprawą większości pozostałych. Trudno liczyć na przekaz związkowy, bo ten jeszcze lata całe dusić się będzie w sosie zawodów, rekordów na plan i podobnych atrakcji, łącznie z listą zasłużonych dla PZW.


Nie możemy oglądać się na innych. Liczyć, że ktoś za nas poniesie to przesłanie. Począwszy od własnej postawy, gdzie bezzadzirowy haczyk stanie się naturalnym i ostatecznym dopełnieniem naszego wizerunku. Kończąc na edukacji, popularyzowaniu, zachęcaniu lub może czasem, zawstydzeniu posiadacza muchowego pudełka napchanego zadziorami.



24.08.2014

"Lipień jesieni" ... Konkurs fotograficzny


Nie ma bardziej wdzięcznego tematu dla obiektywu aparatu, niż klimat jesiennych rzek. Nie ma też bardziej godnego motywu niż barwa lipieni. Zapraszam zatem Kolegów do udziału w konkursie fotograficznym, którego motywem przewodnim będzie „Jesienny lipień”, organizowanym przez portal "W krainie pstrąga i lipienia".

Inspiracji można poszukiwać w przykładach wymienionych tematów, osobno lub łącznie:
  1. Reportaż ( np. cykl zdjęć z wyprawy)
  2. Jesienna rzeka ( krajobraz, woda, otoczenie rzeki)
  3. Mucha ( w naturalnym otoczeniu lub z rybą)
  4. Lipień w obiektywie ( rzecz jasna ryby i tu gorąca prośba o nienadsyłanie zdjęć lipieni uwalonych w liściach i piachu oraz "narybku" i najważniejsze lipieni martwych)
Prace proszę nadsyłać do dnia 15 grudnia br. i po tym terminie nastąpi rozstrzygnięcie konkursu oraz przyznanie nagród i wyróżnień. Wierzę jednak, że niezależnie od zmagań konkursowych, niemałą satysfakcją bęzie możliwość podzielenia się z Kolegami efektami własnych poszukiwań fotograficznych. Wszystkie zdjęcia spełniające podstawowe kryteria estetyki będą opublikowane. Regulamin konkursu w części dotyczącej praw autorskich, zasad publikacji oraz lista nagród zostaną podane wkrótce. Myślę jednak, że są to szczegóły a najważniejszym jest by Waszym lipieniowym wyprawom, towarzyszył aparat fotograficzny.

Prace konkursowe oraz ewentualne pytania, proszę nadsyłać: dalekiport@wp.pl
Oczekiwana rozdzielczość zdjęć 1024 x 768

23.08.2014

Zobacz wędkarzu co masz w garażu


Jesienią każdy dzień nad rzeką jest jak Boże Narodzenie. Magiczny barwami okolicznych lasów, kolorem wody, w której odbijają się ich korony. To świąteczny czas wędkarzy muchowych, dla których otwiera się sezon połowu najokazalszych lipieni. Dla wielu z nas wigilia nadchodzących przygód jest czasem przygotowań. Spędzamy godziny przy muchowych imadłach wiążąc nimfy i suche muszki, których rozmiary zmniejszać będziemy z każdym tygodniem upływającego, jesiennego czasu. Przeglądamy stan wędzisk i zawartość kołowrotków. Mamy swoje preferencje i ulubione linki muchowe, które sprostają delikatnej prezentacji niewielkich muszek. Jednak na nie też przychodzi czas przemijania. Zmęczone wieloma sezonami połowu, lub starszej generacji stawiają nas wobec decyzji zakupu nowej. W takich chwilach odruchowo sięgamy po ugruntowane firm nieco zapominając, że świat idzie na przód. Wymagający rynek wędkarstwa muchowego, nie jest hermetycznym tworem i zawsze pozostawi nieograniczone pole dla sprzętu w projektowanie którego, włożono serce i duszę muszkarza.  


Wobec podobnych dylematów u progu sezonu, miałem okazję przez ostatnie tygodnie łowić linką Ego Nymph Master. Pozostawiając na boku opis producenta, czas na własne spostrzeżenia. Jest wiele kryteriów zgodnie z którymi, oceniamy wartość sznura. Choć nie wymienię ich w hierarchii ważności, bo wiele w tym indywidualnych sposobów postrzegania, to zacznę od miękkości. Do tej pory mój wybór zawsze oscylował pomiędzy doskonałymi linkami S.A. a Cortlandem. W obu przypadkach zależnie od modelu mogłem odnaleźć sznur muchowy, który był odpowiednio miękki i jednocześnie pozbawiony pamięci. Choć po spełnieniu tego warunku pozostawał niedosyt innych właściwości. S.A. Wydawał się zbyt miękki, ale doskonały do delikatnej prezentacji, Cortland akuratny, o mocnych, cichych powłokach lecz nieco siermiężny w średniej półce cenowej. Ostatecznie po latach wędkowania konsekwentnie trwałem przy Cortlandzie i nadal uznaję ich produkty za bardzo dobre.

Teraz mam kolejny dylemat, bo przyszło mi wybierać między Cortlandem a linkami EGO, szczególnie w przypadku modelu Nymph Master. Przyznam, że jestem w niezłej rozterce, bo sentyment do starej firmy wskazuje jej wybór. Z drugiej zaś strony te kilka tygodni wędkowania nowa linką EGO, były niezwykle przyjemnym doświadczeniem. W przypadku pierwszego wymienionego kryterium, bez względnie jest kompromisem w stosunku do w/w firm. Całkowicie pozbawiona pamięci, bezszelestnie przesuwa się przez przelotki wędziska. Powłoka wydaje się być szczególnie odporna na standardowe zużycie, choć tą właściwość przyjdzie mi ocenić w dłuższej perspektywie czasowej. Podobnie jak odporność i zachowanie parametrów w warunkach niskich temperatur zimowego wędkowania. Póki co zachowuje się doskonale, kierując nas do oceny następnych parametrów.

Ładowanie wędziska jest wzorowe, szczególnie w przypadku SAGE XP w klasie 5, kija dość szybkiego o znacznym zapasie mocy, którego czasem musiałem doszacować linkami WF6. W przypadku EGO Nymph Master, spokojnie można wybrać linkę nominalną WF5. Wymienione parametry choć ważne, stanowią jednak zaledwie podstawę skutecznej prezentacji w tym przypadku nimfy. Stając jesienią nad brzegami rzek Pomorza, nieuchronnym będzie odwieczny dylemat czy sucha mucha, czy nimfa. Fanatycy krótkiej nimfy mają sprawę z głowy, lecz i oni w parametrach Nymph Master odnajdą wiele nowatorskich rozwiązań jak krótki front taper , który doskonale poradzi sobie z ciężkimi nimfami. Dodatkowo linka jest tak zaprojektowana, że końcówka sznura stała się wyjątkowo mało podatna na boczne podmuchy wiatru. Zabarwiona na świetnie widoczny kolor pomarańczowy, którego możliwość dostrzegania docenią też zwolennicy dalekiej nimfy.


Na szczęście część rzek Pomorza, jak widoczna na zdjęciu Wda, są rzekami o krystalicznie czystej wodzie. Rzeki głębokie, które nawet przy niskim stanie nie pozwalają brodzić, naturalnie eliminując metodę krótkiej nimfy.

W tym miejscu odsłania się prawdziwa wartość nowej linki, czyli skuteczna i komfortowa prezentacja nimf na znacznych odległościach. Mogę Was zapewnić, że linką EGO Nymp Master położycie muchę gdzie chcecie i jak chcecie. Bez względu czy będzie to rzut rolowany, czy pełne ładowanie wędziska i umieszczenie muchy pod przeciwległym brzegiem do swobodnego dryfu. Widać, że w projekt włożono niemało pracy, wiedzy i doświadczenia muchowego, bo najmniejszy sygnał mogący wskazywać branie jest doskonale wyczuwalny. Nie tylko optycznie dzięki barwie końcówki, ale przede wszystkim na szczytówce oraz w palcach przytrzymujących sznur muchowy. Nie bez znaczenia pozostaje jej doskonała pływalność czyniąc linkę nie tyle uniwersalną, co gotową do użycia w przypadku konieczności zaserwowania suchej muchy. Od lat byłem sceptyczny w przypadku niespotykanych kolorów linek, zwykle do suchej, mokrej i nimfy wybierając żółte, bobrze widoczne na wodzie. W opisywanym modelu zastosowano kolor miętowej zieleni ( moja definicja), który o dziwo widoczny jest doskonale na wodzie. Może i tą właściwość doceni część Kolegów podobnych ślepaków jak ja.

Jednym zdaniem pomijając słowo polecam, poddaje pod rozwagę możliwość zakupu EGO Nymph Master. Wierzę, że podobnie jak ja będziecie pełni satysfakcji łowiąc linką, w której powstanie włożono naprawdę ogrom pomysłów i muchowego doświadczenia.

Zainteresowanych odsyłam do strony producenta : Ego Nymph Master



22.08.2014

Spinningowe mity i legendy


Nieoczekiwane spotkania z rybami wpisane są w scenariusz naszych wędrówek brzegami rzek i jezior z wędką muchową bądź spinningiem. Mam na myśli przyłów czyli połów gatunków, dla których dany akwen niekoniecznie wydaje się być środowiskiem naturalnym. Czasem sama definicja np. woda górska sugeruje, że obecność sandacza, szczupaka lub okonia jest nienaturalną. Pamiętać jednak musimy, że szczególnie w przypadku rzek Pomorza w/w definicja powstała na użytek regulacji sposobu wędkowania na szczególnych warunkach. To oczywiście za sprawą obecności ryb łososiowatych, prowadzonych zarybień tymi gatunkami, naturalnym ich tarłem oraz okresowym pojawianiem się w rzece jak w przypadku srebrniaków troci. Jednak wiele z tych rzek na długich odcinkach ma środowiskowy charakter wód nizinnych, stanowiący doskonałe siedlisko dla innych niż łososiowate ryb drapieżnych i karpiowatych. Współistnienie obu zespołów gatunkowych widoczne jest szczególnie w ostatnich latach, gdy nasze pomorskie rzeki ulegając eutrofizacji co raz bardziej zmieniają swój charakter. Obecnie pstrąg i lipień z trudem odnajdują dogodne warunki do rozrodu i rozwoju populacji. Zmienia się jakość wody, zmniejsza baza pokarmowa oraz potencjalne stanowiska a to za sprawą dewastacji nurtu i brzegów pod spływy kajakowe. W takich warunkach co raz łatwiej wypatrzyć klenia, jazia czy szczupaka, niż konkretnego pstrąga.

Nie lepiej sprawa wygląda na jeziorach Pomorza. Słynące onegdaj wody z okazałych i licznych szczupaków i głębinowych garbatych okoni, dziś przełowione do ostatnich granic nie wiele mogą już zaoferować. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce wystarczyło nieco rozejrzeć się po linii brzegowej, by bez trudu zlokalizować stanowiska ryb i nałowić się do syta. Dziś nawet łodzie, echosondy, wyrafinowane techniki spinningu nie dają gwarancji spotkania szczupaka lub stadka dorodnych okoni. Wobec tego, co posadzi się na kiju wzbudza emocje a jeśli są to ryby karpiowate złowione na błystki, urasta do rangi legendy. Dla jednych połów flądry na nimfę w Redzie będzie niemałym zaskoczeniem, dla innych leszcz na spinning.


Swego czasu spinningowałem na jeziorze Dąbrowskim w pobliżu Kościerzyny. Majowe połowy zawsze były tam owocne. Dno było twarde, miejscami kamieniste i łagodnie opadając udostępniało bez szczególnego brodzenia strefę głęboką na 3 - 4 m w zasięgu niewielkich obrotówek. Choć brak było roślinności wynurzonej, to rzadkie łąki rdestnicy zdradzały stanowiska szczupaków. 

Przed południem miałem już na rozkładzie dwa okazałe zębate i gdy obrotowa błystka ABU DROPPEN o charakterystycznym tułowiu w formie metalowej łezki, penetrowała krainę drapieżników,  nastąpiło solidne uderzenie. Zacięcie i siedzi, choć opór był silny ale jakiś dziwny. Pierwsza myśl – spory Esox, jednak ryba mimo że, dawała się gładko prowadzić do brzegu, zapierała się w nurcie pływając to w prawo, to w lewo. Wreszcie udało się podnieść ją do lustra wody. - leszcz. Wynoszę to, to na brzeg, mierzę – 68 cm, ryby w wysypce tarłowej. Zacięty centralnie za pyszczek i widać, że z premedytacją zaatakował obrotówkę. Leszcz długi, choć chudy i z pewnością wytarty.





 Wobec takich zdarzeń rodzą się wędkarskie mity i legendy, stanowiące próbę wyjaśnienia nieoczekiwanych połowów. Zajrzałem do literatury wędkarskiej, której szczątkowe opisy podejmowały próbę interpretacji. Lansowany był pogląd o terytorialnych zachowaniach leszczy w okresie tarła, które chronią połacie ikry a następnie wylęgu. Pojawiająca się w takich miejscach niewielka obrotówka prowokuje je do ataku, czyli na potencjalnego intruza mającego rzekomo zagrozić potomstwu. To błędny pogląd, bo rozród leszczy dotyczy innej strefy wody czyli pasa roślinności wynurzonej o niewielkiej głębokości. Ważniejszym jest jednak sposób przetrwania gatunku w postaci ogromnej ilości składanej ikry, z której nawet niewielka procentowo liczba narybku zapewnia sukces. Ryby, które stosują taką strategię pozostawiają ikrę i wylęg samym sobie, nie opiekując się potomstwem.

Co zatem czyni leszcza gatunkiem spinningowym? Odpowiedź jest prosta – głód. Spinningowe połowy leszczy mają miejsce na przełomie maja i czerwca, gdy ryby osłabione po trale zaczynają pokarmowe wędrówki. W tym okresie przepływająca w niewielkiej odległości, mała błystka staje się łatwym i łakomym kąskiem. Aby się o tym przekonać w kolejnych latach odwiedzałem w podobnej porze roku malownicze jeziora Chodzieży. Tam ogromna populacja dorodnych leszczy bywała poligonem w połowach na spinning. Sytuacja powtarzała się w postaci centralnych ataków na obrotówki, choć zawsze było to udziałem dużych ryb, powyżej 50 cm. Druga połowa czerwca praktycznie eliminuje w dalszym czasie możliwość połowów tego rodzaju. Trudno uznać leszcza za rybę spinningową, tym bardziej dostarczającą oprócz zdziwienia emocji bardziej dosadnych. Jednak w gorączce majowych połowów, może wato wiedzieć, czym woda może nas uraczyć i z jakiego powodu.


Ponieważ na FORS temat wzbudził pewne emocje, wpis uzupełniam o fragmenty przebiegu dyskusji, których wybór jest skrótem, lecz nie zmieniającym sensu  treści:

Kolega Maciej:

Przeczytałem artykuł no i nie we wszystkim ma Pan rację. Tarło leszczy to niekoniecznie płytka strefa przybrzeżna (partie dan pokryte roslinnością gdzie głębokość wynosi około 2-4 m). Po drugie mówił Pan o ogromnej liczbie ikry...hmmm, leszcz nie jest jedną z najbardziej płodnych ryb, a taki sandacz zdecydowanie bije go na głowę i pilnuje gniazda, więc ja to sie ma do braku terytorializmu, bądź opieki nad potomstwem. Inna historia to zjadanie ofiar - to prawda, że najczęstszą przyczyną ataków jest głód oraz ciekawość, natomiast na poczatku sezonu "żywieniowego" wystepuje mała wybiórczość pokarmowa, ale na ten temat to chyba należałoby w innym wątku.... 

odpowiedź:

Podaje Kolega sytuację skrajnych głębokości warunków tarła a nie te, które ryby chętniej wybierają ze względu na szybciej nagrzewające się strefy wody w okresie wczesnej wiosny.

Rzecz kolejna: „Po drugie mówił Pan o ogromnej liczbie ikry...hmmm, leszcz nie jest jedną z najbardziej płodnych ryb, ” 

Jest - jeśli zauważymy, że gatunek ten wyciera się stadnie w przeciwieństwie do sandacza, który jest gniazdownikiem. Zestawienie obu gatunków na potrzebę udowodnienia tezy o nierzetelności tekstu jest lekkim nadużyciem. To dwie różne strategie rozrodcze, gdzie w przypadku sandacza samiec zagania do gniazda 1 – 2 samice w przeciwieństwie do leszcza, którego samce i samice w liczbie czasem kilkudziesięciu sztuk odbywają zbiorowe tarło.

Rozrodczość względna w przypadku obu gatunków kształtuje się na podobnym poziomie:
na 1 kg masy ciała
leszcz - 150 - 200 tys, ziaren ikry
sandacz - 45 - 250 tys. ziaren ikry
W obu przypadkach warto zauważyć, że tarło obu gatunków przypada na podobny okres a więc wiosny gdzie relatywnie ciepła woda sprzyja szybkiemu rozwojowi zarodków a więc nie zachodzi potrzeba gromadzenia w ziarnach ikry dużych zapasów pokarmowych. Ikra jest zatem drobna i możliwa do generowania jej w podanych ilościach.

Kolega Maciej:

Po sprawdzeniu kilkuset leszczy w sezonie tarłowym i pobraniu ikry do rozrodu (niewielką część z nich uśmiercono ze względu na konieczność oceny stopnia dojrzałości gonad i ilości uzyskanej ikry - można to robić przeżyciowo aczkolwiek nie mam rtg ani usg) okazało się, ze ilość pozyskanych produktów płciowych jest znacznie niższa od tej cytowanej w literaturze. Być może wynikało to ze specyfiki zbiorników i jest za wcześnie na wyciąganie takich wniosków aczkolwiek obraz, który uzyskałem potwierdza wcześniej przedstawiona tezę. Apropos sandacza to parę lat temu uczestniczyłem w dość pokaźnym projekcie sandaczowym i stąd moje doświadczenia.

dopowiedź:


Szczerze mówiąc nadal nie rozumiem dlaczego dyskusja podążyła w tym kierunku. Z treści mojej publikacji jasno wynika, ze „spinningowe zachowanie leszczy” nie jest efektem zachowań terytorialnych podczas tarła. Użyte sformułowanie wobec tego gatunku – ogromna ilość ikry, pozostaje nadal prawdziwe i nie wiem skąd u Kolegi taka konstrukcja myślowa by licytować się w płodności z sandaczem. Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia, bo nie płodność gatunków jest istotą problemu, ale strategie rozrodcze i wynikające z nich zachowania lub ich brak wobec intruzów, w tym przypadku przynęt spinningowych.


Jednak by rozwiać wątpliwości Kolegi …

Dyskusja na temat poziomu płodności jest dość jałowa i odciągająca uwagę od głównego problemu. Zacytowałem dane literaturowe dotyczące przedziału płodności u leszcza (oparte na wieloletnich badaniach i wielu opulacjach z całej Polski). To, że w trakcie badań jednej populacji ktoś uzyskał inne wyniki nie świadczy o tym, że dane literaturowe są błędne, ale odkreślają jedynie specyfikę badanej populacji(na to może mieć wpływ wiele czynników: kondycja, baza pokarmowa, termika, zagęszczenie opulacji, średnia wieku populacji, tempo wzrostu itd.). Ważna jest skala wartości mówiąca o potencjale danego gatunku a nie dyskusja czy to jest 50 czy 70 tyś.

Chodziło o podanie skali porównawczej dotyczącej omawianych gatunków. Sandacz jest nietypowym przypadkiem gatunku opiekującego się wylęgiem. Nietypowym, ponieważ u gatunków wykazujących opiekę na wylęgiem obserwuje się wyraźną tendencję przechodzenia od ilości do jakości, (czyli niewielka liczba jaj, ale dzięki opiece o dużej przeżywalności). Taka strategia pozwala na zwiększenie wielkości jaj przy mniejszej ich liczbie i zwiększenie wielkości dzięki temu klującego się wylęgu. Sandacz wykazując opiekę nad ikrą i wylęgiem pozostał nadal przy strategii nie jakość tylko ilość ikry.

Posądzanie leszcz o jakiekolwiek instynkty opiekuńcze wobec złożonej w trakcie stadnej "orgii" ikry jest nieporozumieniem. Dotyczy to szystkich gatunków składających ikrę "zespołowo", których pomysłem na przetrwanie jest ogromna ilość składanych jaj dająca większe szanse na przeżycie mimo wielu czyhających niebezpieczeństw.


21.08.2014

Moje ulubione pudełko muchowe – nimfy część I.


Tytułem krótkiego wstępu. Na strony mojej witryny zaprosiłem z nieukrywaną przyjemnością Macieja Gałgańskiego, który w cyklu artykułów podzieli się z Wami swoimi doświadczeniami.
Maciej oddaję ci głos ...

Witam czytelników "W krainie pstrąga i lipienia". W tym krótkim, 3-częściowym periodyku chciałbym pozwolić Wam zajrzeć w moje ulubione pudełka z muchami. W tej części opiszę ich zawartość w kontekście metody dalekiej nimfy. Nawet gdy nastawiam się na połów wyłącznie na suchą to i tak pudełko z nimfami mam zawsze ze sobą. Tak na wszelki wypadek a jego brak powoduje pewnego rodzaju dyskomfort psychiczny. Chciałbym tutaj od razu nadmienić, iż moją ulubioną metodą jest daleka nimfa rzucana pod kątem 45 stopni pod prąd. Ten sposób łowienia lubię bardzo. Często łowię w ten sposób na upatrzonego co szczerze dostarcza mi większych emocji niż łowienie na suchą muchę. Nigdy nie zapomnę pięknego kardynała z Sanu, którego skuszenie do brania wymagało przewiązania chyba całego pudełka much. Dokładnie widziałem jak napływa moja nimfka na stanowisko lipienia, po czym ten gwałtownym skokiem w bok otworzył biały pysk co było sygnałem do delikatnego zacięcia.  


Wracając jednak do tematu głównego, czyli pudełka z nimfami chciałbym od razu zaznaczyć, że moje pudełko zostało skompletowane właśnie do łowienia metodą dalszej nimfy. Podstawowy podział opiera się na wadze nimf. A więc dzielę nimfy według wagi na: lekkie -bez obciążenia swobodnie dryfujące, na wolno tonące - z mosiężną lub wolframową główką ale bez lamety na tułowiu oraz na szybko tonące - czyli główka wolframowa lub mosiężna z hakiem owiniętym lametą z ołowiu z reguły o smukłym, stożkowym tułowiu. Rozróżniam jeszcze czwarty stopień tonięcia, to tak zwana cegła, jednak świadomie pominę jej budowę, gdyż bardzo rzadko znajduje ona zastosowanie w metodzie dalszej nimfy.  

W pierwszych dwóch rzędach prezentowanego na zdjęciu pudełka, znajdziecie skórzaki oraz kiełże, które zaliczam do pierwszej grupy nimf. Są lekkie i doskonale utrzymują się w toni, świetnie nadają się do penetrowania rozległych, równych lipieniowych płani. Zawieszając się w toni, umożliwiają długi dryf. Ma to ogromne znaczenie zarówno w miejscach gdzie ryb jest mało i musimy ich szukać jak również na tzw. OS-ach gdzie szukamy ryb aktywnie żerujących. Łowiąc lekkimi nimfami można sobie pozwolić na prawdziwie dalekie rzuty. Rzucamy przed siebie lub pod kątem 45 stopni w górę, starając się aby nimfy przepłynęły nie daleko od naszego stanowiska. Ważne aby cały czas wybierać z odpowiednią prędkością sznur, który nie może być napięty, powinien mieć trochę luzu tak aby nie zakłócał naturalnego dryfu nimf ale jednocześnie mieć możliwość szybkiego zacięcia.


Oprócz poprawnej techniki prowadzenia bardzo istotnym elementem, który determinuje tak naprawdę długość rzutu jest możliwość rozprostowania przyponu w końcowej fazie rzutu. Dlatego oprócz odpowiedniego sznura warto jest stosować przypon koniczny. Ma to ogromne znacznie, gdyż nierozprostowany przypon spowoduje, że nie będziemy w stanie zauważyć brania. Gdy łowimy daleko pod prąd bardzo często zmuszeni jesteśmy poprawiać linkę. Nad rzucanie linki jest ogromnie ważne ponieważ zapobiega ciągnięciu przez sznur zestawu, które powoduje, że nasze nimfy zachowują się w sposób nienaturalny. W tym momencie nieocenioną przysługę daje odpowiedni sznur. Ja używam EGO NYMPH MASTER, który został de facto stworzony do takiego łowienia. Dzięki długiej, odpowiednio wyprofilowanej głowicy sznur bardzo łatwo i przyjemnie się nad rzuca, nawet gdy mamy wysnute kilkanaście metrów. Nieoceniona jest również pomarańczowa końcówka, którą doskonale widzimy zarówno podczas ostrego słońca jak i w trakcie kiepskich warunków oświetleniowych.  Ego Nymph Master


Wracając jednak do mojego ulubionego pudełka z nimfami to przyglądając się uważnie zobaczycie również cięższe nimfy z większymi główkami. Takie nimfy można również spowolnić, dając im dodatkowy kołnierz lub nawijając odpowiedni tułów. Są takie momenty, szczególnie na Pomorzu gdzie lipienie lubią łakome kąski i często siadają na duże muchy prowadzące. Kończąc, chciałem jeszcze wspomnieć o kolorystyce i imitacjach. Stara zasada mówi, że muchę wiążemy dopiero nad wodą i jest w niej dużo prawdy. Najlepiej jeszcze, przed zawiązaniem muchy wejść do wody i dokonać przeglądu dryfującej palety owadów oraz podnieść kamień i zobaczyć, które owady najbardziej energicznie się ruszają




Na zdjęciach widać duże larwy chruścika oraz małego hydropsyche. Lipienie wybiorą pokarm, którego jest największa dostępność w danym momencie. Oczywiście to duże uproszczenie, często może się okazać, że dobranie odpowiedniej muchy nastąpi dopiero po przewiązaniu kilkunastu sztuk a nasze skuteczna nimfka będzie miała różową główkę. Niemnie jednak im więcej mamy różnego rodzaju much tym lepiej, czasami naśladować będziemy naturę innym razem skuteczna będzie nimfa o nazwie Red Bull. Niezbędnym standardem jest brąz i jego odcienie oraz wszelkie oliwki i zielenie i tych kolorów zawszę się trzymam. C.D.N. ...

Tekst i zdjęcia: Maciej Gałgański

19.08.2014

Trwać godnie jak stare drzewo



Zmieniają się czasy, zmienia sprzęt muchowy. Aluminium, węgiel i gore-tex dziś nieodzowne komponenty ekwipunku muszkarza wyznaczając jego status. W zapomnienie odchodzą relikty przeszłości, wysłużone muchówki, stare kołowrotki to widok dziś rzadki a trzymające je w dłoniach postacie jawią się nie mniej archaicznie. 





Spotkałem kiedyś wędkarza i choć był człowiekiem u schyłku życia, jego postać zdradzała dziesiątki szczęśliwych lat na rzeką. Niespiesznym lecz wprawnym ruchem posyłał linkę ku wodzie, która leniwie niosła morką muchę. Sposób w jaki to czynił, zdawał się być mieszanką rutyny, nawyków oraz spokoju wędkarza spełnionego. Mocne wędzisko pamiętać musiało ryby, o których dziś marzymy. Trzymane pewną ręką, nadal gotowe było zmierzyć się z każdym mieszkańcem głębin a wciąż wyczulone zmysły przeczyły sylwetce staruszka. Miejsce, które obławiał choć było wygodnym i stosownym do wieku fragmentem rzeki, swoją świetność straciło już wiele lat temu. Trudno było tam spotkać nawet niewielkiego pstrąga i lipienia a srebrniaki nieczęsto gościły w tej wodzie. Miał tego świadomość, bo znał tą rzekę jak nikt. Nie oczekiwał już wiele, może tylko szumu wody, powiewu wiatru na twarzy, widoku nurtu, który ponosił jego muchę.








Długą chwilę stałem opodal by nie płoszyć chwili, by nie tracić widoku starego człowieka, którego postać na tle rzeki, była godniejsza niż stare drzewo. Dzień był szary, ponury, nawet smutny. Tak dalece inny od purpurowych kolorów października, czy jaskrawej zieleni wiosny. Jego skromny ubiór przygnębiał, jak widok rzeki w tym dniu. Wysłużona kapota i kapelusz nie mniej wiekowe jak on, mgliście rysowały jego sylwetkę na tle drobnej mżawki, sączącej się z ołowianych chmur. Brunatne korony buków gdzieś na odległych wzgórzach, zlewały się z barwą pałatki otulającej sylwetkę wędkarza. Nieomal był niewidoczny, jak duch rzeki wtopiony w jej krajobraz.

Zrobiło mi się żal, nie wiem czy jego czy siebie. Może widoku człowieka w ostatnich dniach życia nad wodą, może wobec własnego poczucia przemijania. Chciałem już przerwać zadumę, nie były to dobre myśli. Podszedłem bliżej witając się ostrożnie, spojrzałem na jego twarz. Była starsza niż postać. Wokół zamglonych oczu liczne bruzdy były świadectwem wiatru, który latami smagał jego oblicze. Ogorzała twarz była schludna, jakby nie pasująca do reszty. Zapięta na ostatni guzik wytarta flanelowa koszula, nie godziła się z widokiem staranie ogolonej twarzy. Tak jak by wizyta nad rzeką była świętem a mimo ubóstwa nie wypadało stawić się zaniedbanym.

Rozmawialiśmy tylko chwilę. Nie było potrzeby snuć opowieści. Nie żalił się na starość, na wodę bezrybną, na młodych. Chciał tylko być tu i teraz, pozostawiony w spokoju, zadumie z gonitwą wspomnień o rybach, które były jego udziałem. Spojrzałem na jego wędzisko. Stara zniszczona klejonka z dolnikiem nie bardzo muchowym. Ot pordzewiały uchwyt, który w niepewnym uścisku trzymał muchowy kołowrotek. Wytarty bęben nie nosił już śladów oznaczeń a chybotliwy ruch nawijał spękany sznur muchowy. Czy może być coś magicznego w muchowym kołowrotku, może zaklęta w nim dusza starego człowieka ? 

17.08.2014

Nie tędy droga przyjacielu


Lubiłem to miejsce szczególnie. Tam rzeka szeroko rozlana dawała okazję wyrzucić spory kawał muchowej linki bez obawy spotkania muchy z koronami drzew. Nie wiele było tak uroczych miejscówek, gdzie klarowna woda płynąc twardym, żwirowym korytem była siedliskiem okazałych lipieni wieczorami zbierających susz. Za dnia z impetem atakujących nimfę, na przemian z pstrągami choć młodszego rocznika ale w pokaźnej ilości. Tego miejsca trzymała się wszelka ryba bez trudu odnajdując siedliska dla swojego gatunku, robiąc też miejsce dla gości okazjonalnie goszczących w rzece, pstrągów tęczowych i źródlanych.

Z czasem niewielka odległość od domu, obfitość ryb i komfortowe warunki łowienia stały się dla jedynym słusznym wyborem, by ten uroczy fragment rzeki taktować wyłącznie miejscem prób wszelkich nowych much rodzących się w głowie i przy imadełku. To były radosne i niezapomniane chwile, gdy wstając od muchowego warsztatu z nową mokrą muchą, nimfą czy sucharkiem mogłem za chwilę stanąć w nurcie i pytać mieszkańców rzecznej krainy o efekt godzin spędzonych w doborze koloru, proporcji i wielkości muchy. Choć młode roczniki zawsze ciekawskie, żarłoczne i nienasycone dość szybko stawiały cenzurkę, jednak nie ich zadaniem było dokonać rzetelnej oceny.



W krainie tej mieszkał pstrą profesor, który za rewir swój upatrzył spory kawałek wody okalający wielki konar, pod którym mieszkał na stałe. Rosnąca nad nim kępa krzaczastej wierzy rzucała cień na wodę a podmyta burta dawała schronienie samotnej rybie. Widywałem go rzadko, gdy czasem ale ostrożnie patrolował w niewielkiej odległości swój teren. Mimo, że głęboko ukryty w swej kryjówce i niedostępny dla wzroku zawsze tam był gotowy zmierzyć się z intruzem naruszającym jego domowy mir, lub zaspokoić potrzeby kulinarne. To on był wyzwaniem i najlepszym cenzorem moich muchowych pomysłów. Najchętniej gustował w mokrych muchach o ile te z mojego imadełka były w stanie sprostać jego wyrafinowanemu poczuciu ”smaku”. To dla niego przerzucałem pudła z materiałami, buszowałem w książkach szukając inspiracji. Jemu dedykowałem zakupy kolejnych dubbingów, kapek i haczyków. Najczęściej zdawał się mówić: - Nie, nie tędy droga przyjacielu, siadaj do imadełka. Wróć jak wymyślisz coś bardziej smakowitego. I wracałem z uporem tworząc kolejne muchy, które po czasie i jemu smakować zaczęły.


Los sprawił, że dwa kolejne lata nie było mi dane odwiedzić mojej ryby i rzecznego uroczyska. Wreszcie nadeszła wiosna roku następnego, gdy z zapasem kolejnych muchowych pomysłów zrodzonych długą zimą, wybrałem się z wizytą. Stanąłem na brzegu rzeki i zamarłem. To była mieszanka osłupienia, przerażenia i nieodpartej złości gdy zobaczyłem pustą wodę. Rzekę prostą jak rów, zamuloną, brzegi pozbawione wszelkiej roślinności a po chatce mojego pstrąga nie pozostał nawet ślad … teraz płyną kajaki.

16.08.2014

Kaszlak, laga i rock and roll



Zima, wtedy zawsze padał śnieg. Parkując samochód, dobrze było zapamiętać miejsce postoju, by rankiem nie odśnieżyć pojazdu sąsiada. Fiaty 126 p ustawione na parkingu jeden obok drugiego, przykryte czapą śniegu wyglądały podobnie, na kształt małych kopek zimowego puchu. Mały Fiat był zadziwiającym pojazdem. Choć z zewnątrz przypominał zabawkowy samochodzik, to napawał dumą szczęśliwych posiadaczy przedmiotu marzeń socjalistycznego społeczeństwa lat 80 - tych. Jego wnętrze jednak było przepastne a skromna zewnętrzna powłoka nie zdradzała możliwości upchania do niego kilku chłopa, sprzętu wędkarskiego jak na wojnę i bagażu plecaków, kurtek, butów i wszelkiego innego dobra, który dało by się obdzielić kompanię wojska. Pozostało tylko użyć kija od szczotki do popchnięcia rozrusznika, bo pociąganie za manetkę linki było zimową porą ryzykowne, o ile wcześniej nie została już urwana. Wreszcie " kaszlak" odpalał, charcząc dając do zrozumienia, że niekoniecznie dojedzie do celu i oto otwierała się przed nami droga ku wielkiej rybie. 

Słupia i Bydlino, mekka trociarzy była celem wyprawy pojazdem, który nie słyszał o zimowych oponach a przyczepność zapewniała ogólna masa pasażerów i ładunku. Zaśnieżona i oblodzona droga zmuszała do wyjazdu nocą, by te marne dziś 100 km pokonać w kilka godzin, meldując się nad rzeką o świcie. Trociowe wyprawy tamtych czasów łączyły w sobie nie tylko emocje, nieprzespane noce podekscytowanych wędkarzy ale liczne wyzwania, którym należało sprostać. Najpierw jedyny w mieście sklep wędkarski, który należało odwiedzać co kilka dni w nadziei, że coś rzucą. Rzucanie towaru na półki było powszechna praktyką handlową a ów termin na stałe zagościł w języku tamtych czasów. Może żyłki, może błystki a nie daj Boże wędzisko Germina z NRD. Nasze nadzieje pozostawał najczęściej płonne i wypadało się pogodzić ze starą żyłką "Gorzowską" na kształt sprężyny, od lat nawiniętą na wysłużony kołowrotek. 

Jednak żadne przeciwieństwa losu i pomysły socjalistycznej gospodarki nie były nas w stanie zatrzymać, no może jedynie reglamentowana benzyna na kartki, której dodatkowe 5 litrów trzeba było podstępnie wyżebrać na stacji CPN. Metody były różne, na chorą matkę, rodzącą żonę, jednak ostatecznie sprawę załatwiał banknot z wizerunkiem narodowego wiesza, naukowca lub jakiegoś przywódcy wiecznie żywego.

Oto stajemy na udeptanym śniegu nad brzegiem Słupi. Narodu po horyzont. Zawsze mnie zadziwiała przedsiębiorczość rodaków, którzy wobec podobnych wzywań, trudności i komunistycznego wiatru w oczy potrafili stawić się tłumnie 1 lutego, bo tak zaczynał się wtedy sezon, nad brzegami trociowych rzek. Mróz jak pies, zgrabiałe dłonie, które już podczas jazdy zdążyły przywyknąć do zimna w pozbawionym fabrycznie ogrzewania Małym Fiacie, sprawnie matują spinningowe zestawy. Na skręconych żyłkach zastygłych na kształt szpuli kołowrotka dyndają obrotówki. 

Zaczynamy ... witać się z Kolegami. Dzień doby Kolego, Dzień dobry Kolego i gdy po piętnastu minutach wędrówki brzegiem stale uchylamy czapki w poszukiwaniu miejsca na postawienie podeszwy gumofilca. Przychodzi refleksja, że w Bydlinie jak na ul. Świętojańskiej w Gdyni w niedzielne przedpołudnie, gdy wszyscy mieszkańcy manifestują swoją wiarę w drodze do kościoła.

Szczęśliwie był  z nami Edziu. Mały, ruchliwy człowieczek  z wędką trzykrotnie dłużą od niego. Wędkarz legenda, podobnie jak jego słynna szczupakówka, znana pod nazwą "Laga". Mimo licznych wspólnych wyjazdów nigdy nie mogłem przyjrzeć się z czego wędzisko Edziu zbudował.  Kiedy pierwszy łyk herbaty rozgrzewał nasze zbolałe w "Maluchu" ciała, Edziu zdążył już zawsze zniknąć w trzcinowiskach jezior będących celem naszych jesiennych wypraw. Jego obecność zdradzała tylko Laga wystająca sporo ponad przepastne trzcin , które sięgały Edziowi dobry metr nad głowę. Słychać było tylko trzask przedzierającej się jak dzik postaci kolegi pośród wygniatanych nadbrzeżnych chaszczy i świst wahadłówki z impetem wyrzucanej na solidną odległość przez Lagę.

Gdy my wreszcie zdążaliśmy do jeziora, Edziu już wracał. Wywalał na trawę dwa, trzy szczupaki i zalegając obok w cieniu pobliskiego drzewa zwykł był mówić:
- Za gorąco na wędkowanie, trzeba poczekać do popołudnia.

Był to stary numer Edzia, który doskonale znał nasze reakcje i leżąc na brzegu podśmiewał się w duchu z naszych gorączkowych prób dotrzymania mu kroku w ilości złowionych ryb. Co zwykle było niemożliwe bo choć o dwie głowy wyżsi od niego, z naszymi klasycznymi spinningami nie dawaliśmy rady rozległemu pasowi trzcin. Zarośniętych i niedostępnych jezior, które Edziu z premedytacją typował na wspólne wyprawy. Parcie ku wodzie miało jednak swoje dobre strony, bo wobec tłoku i ścisku nad zimową Słupią, Edziu torował drogę Lagą, ku resztkom wolnego brzegu. Były to jednak stanowiska marne a czesanie ich obrotówkami przyprawiało nas jedynie o ból głowy wobec tu i ówdzie padających kolejnych troci, szczęśliwcom zajmującym fotele w pierwszym rzędzie. Kiedy ręce zbolałe nie tylko od machania wędziskiem, ale od nieustannego uchylania czapki w powitaniach kolejnych wędkarzy rządkiem sunących w poszukiwaniu szczęścia, nadszedł czas na decyzję ... jedziemy w górę rzeki.


Gdy pierwsze emocje opadły a raczej zadeptane zostały w tłumie, nadeszło znużenie i senność. Nawet pokasływanie malucha nie było w stanie spędzić snu z powiek w drodze na nowe łowisko. Opadająca głowa i piekące oczy nie dały śledzić trasy gdy wieźli mnie jak barana. Nie wiem gdzie samochód się zatrzymał, dość że była tam rzeka a nie było wędkarzy. Nawet Edziu zwolnił tępo ponownego rozkładania sprzętu, na tyle by z politowanie spojrzeć na mój wobler, który wiązałem do zestawu. Nie, nie, to nie na tą wodę powiedział i czmychną z lagą w nieznane.

Pozostałem z Andrzejem, kolegą od lat po kiju, który jak zwykle spokojnie podchodził do wędkowania a emocje objawiał jedynie ogłaszając zacięcie prostym komunikatem - siedzi. Jemu na szczęście mój wybór przynęty był obojętny, co ostatecznie rozwiało moje wątpliwości tak skutecznie zasiane przez Edzia. Oto zmierzałem do rzeki uzbrojony w wobler Corado, długi na 12 cm, w kolorze niebieskiego grzbietu i srebrzystych boków. Faktycznie wyglądał dość monstrualnie wobec małych i zwinnych obrotówek kolegów. Pierwsza godzina w leniwym rytmie była na przemian czasem eksperymentów z nową przynętą i obławianiem nurtu, który nie zdradzał potencjalnych stanowisk ryb. Ot rzeka płynęła równo, dość szeroko aż do zakrętu, u wylotu którego solidny pień drzewa sterczał w korycie rzeki pod przeciwległym brzegiem. Gałęzie stanowiły nawis stale budowany przez wszystko co rzeka niosła, by ostatecznie utworzyć coś na kształt małej, pływającej wysepki a raczej owalnego pomostu, pod który dało się wprowadzić wobler. W takich warunkach i możliwościach podania przynęty, widok sporej drewnianej rybki na mojej żyłce wreszcie mnie ucieszył. Pierwszy rzut powyżej stanowiska i ściągnięcie pod nawis, drugi identyczny i trzeci. 

Wobler ostro schodził pod wodę i gdy wychodził z głębin w kierunku wolnego nurtu, kijem targnęło aż zatrzeszczał. Ryba z takim impetem walnęła w przynętę, że nawet moje spóźnione zacięcie nie dało jej szans ominięcia kotwiczek. Z miejsca ruszyła pełnią sił w kierunku otwartej wody dają znać o swojej wielkości. Kawał cielska uparcie parł z nurtem ku mojej radości wybierając żyłkę z prawie dokręconego hamulca. Do czasu jednak, gdy stary rzeczy wyjadacz stwierdził, że nie tędy droga i nagle wykonał zwrot pod mój brzeg gdzie poniżej wielka kępa krzaczastej wierzby zalegała na wodzie. Gdy żyłka zaczęła szorować zwisające gałęzie nadszedł czas na decyzję. Hamulec do końca i nie ma wyjścia, zleżała "Gorzowska" 0,30 musi wytrzymać. Ściągnąłem rybę w moim kierunku do końca ostro prowadząc ją do podbieraka. Mimo sprzeciwu w postaci wyskoków i efektownych młynków, którym towarzyszyły rozbryzgi wody - lądowanie i oto jest ...

Usiadłem w na brzegu, kij bezwładnie odrzucony na bok a ja przyglądam się szamoczącej się w siatce rybie. Jeszcze odtwarzam w pamięci dopiero co mienione chwile, gdy jak duch nad moją głowa pojawił się kolega. Eee ... ładny pstrąg ale mały powiedział Edziu, swoim nosowym głosem malkontenta. Zaraz zniknął za zakrętem, tylko świst lagi jakby przyspieszył rytm wyrzucanej wahadłówki. Odnalazł się też Andrzej, mierzymy 68 cm cielska pięknego samca pstrąga potokowego. 


15.08.2014

Poszukiwany żywy lub martwy


Współczesny przekaz internetowy, lepszy lub gorszy, rzetelny a często pełen wędkarskiej fantazji jest źródłem wieści i wiedzy o lipieniu. Przeglądam fora, galerie zdjęć, opisy wypraw z połowu tej ryby w nadziei odnalezienia tych samych emocji, które były moim udziałem wiele lat temu, gdy pierwszy raz stanąłem nad brzegiem rzeki z muchówką. Rzadko je odnajduję pośród wędkarskich opowieści, które dziś epatują radością i dumą złowienia lipienia w ogóle. Niewielkie, śledzikowatych kształtów ryby wypełniają kadry zdjęć i nie wypełniają siatki nawet najmniejszych podbieraków. Z wiekiem jednak co raz częściej zmuszam swoją pamięć, aby odtwarzała jakim byłem przed laty by nie ganić młodszych, bo przecież świat postrzegałem podobnie jak oni. Spoglądam na młodego wędkarza, który z dumą prezentuje lipionka, bo przecież złowił go na muchę. Czasem wierzę, że chciał by pozować wyłącznie z okazałym kardynałem a czasem przychodzi zwątpienie. Może każdy złowiony dziś lipień godny jest uwiecznienia a może młodzi zadowalają się wymiarkami, nie zadając sobie trudu sięgania po te najokazalsze. Nawet nie chcę rozstrzygać tych dylematów, pozostawiając wybór młodszemu pokoleniu. Przekażę Wam jednak moją opowieść o rudzielcu, rzece za domem i lipieniach. 

Mając za sobą kawał "szczupakowego" życia, chętnie siadałem w grupie wędkarzy by snuć historie wypraw. Zwykle wtedy prześcigaliśmy się wielkości i ilości złowionych zębatych a najlepsze wody odsłaniały swoje tajemnice w towarzystwie bez obawy ich przełowienia. Szczęśliwcy wyciągali z pudełek obrotowe błystki ABU z dumą przekonując pozostałych o wyższości nad Algą. Pośród nas co jakiś czas pojawiał się Kolega z wyższej półki, mogący pochwalić się połowem troci na Słupi lub Parsęcie. Jednak i on nie jawił się tak godnie, jak pewien rozmówca, który pewnego razu rozpoczął swoja opowieść o muchowych połowach lipieni. 

Była to historia pór roku, owadów spędzających swój żywot w rzecznej toni, dla który przychodził czas wylotu. Kolorów jesieni i długich czerwcowych wieczorów. Roślin i zwierząt oraz rzeki, po środku której rysowała się postać wędkarza z muchowym wędziskiem. Ten ogrom wiedzy, spostrzeżeń oraz doświadczeń z każdą chwilą zniechęcał słuchaczy gotowych zamienić to wszystko z powrotem na spinningowy zestaw. Na jezioro, gdzie jedynie trzcinowiska, grążele, rdestnica i metalowa przynęta wyznaczały miarę sukcesu. Mnie jednak z kolejną upływającą minutą wyobraźnia co raz wyraźniej rysowała obraz pulsującego ciężaru na delikatnym zestawie muchowym, który za chwilę zamieni się na widok purpurowego kardynała o płetwie jak żagiel wielkiej i symbolicznej. Tak i pozostałem w zadumie, wypiekach na twarzy i nieodpartej chęci doświadczenia tego wszystkiego, co wydawało się tak nieosiągalne.

Szczęśliwie przyrodnicza pasja i od dzieciństwa gromadzona wiedza dość szybko pozwoliła zgłębić tajemnicę rytmu rzeki. Jednak sztuczna mucha, linka muchowa, wędzisko pozostało wyzwaniem. Znikąd pomocy, porady a jedynie wiedza płynąca z wędkarskiej korespondencji pozwoliła sklecić pierwszy muchowy zestaw. Mucha nadal była enigmą, skomplikowanym tworem, który miał powstać z udziałem mych niezgrabnych paluchów. Sucha muszka, imitacja chruścika bo o takiej wtedy się mówiło, nie o nimfie, klusce ołowiu owiniętej czymś tam z rękawa sweterka, miła zrodzić się jako pierwsza. 

"Rudzielec". Jeszcze bez proporcji, z ciętym CDC, zbyt długą jeżynką i nieproporcjonalnie małym haczykiem.  Długo wymieniać by błędy, ale to pierwsza mucha, na którą łowiłem lipienie.















Imadełko kupiłem sobie pod choinkę i by nadać temu wydarzeniu rangę odpowiednią z jego odpakowaniem poczekałem do świątecznej wigilii wraz z zawartością bobinki, paczuszki dubbingu, CDC i koguciej kapki. Pierwszego dnia Świąt przepadłem domownikom z oczu na jakiś tydzień, pewnie do Sylwestra, całymi dniami cierpliwie i mozolnie motałem pierwsze muchy. Początkowo potworki, które przypominały wszystko oprócz chruścika, aż do chwili gdy powstał ten na zdjęciu również chruścika mało przypominający. Tak upłynęła najdłuższa zima mojego życia, wypełniona męczącymi telefonami do Kuby Chruszczewskiego z prośbą o drobiazgowe porady, zamęczaniem Kolegów na Fly Fising Forum, gdzie w katalogu much nie pozostawiali suchej nitki na moich wyrobach.

Nadszedł czerwiec, pora z opowieść wędkarskie biesiady. Rzeka, tuż za domem, jeszcze dzika, miejscami niedostępna i jakże tajemnicza. Po tygodniach wiosennych ćwiczeń na łące, uwiązany niby chruścik nareszcie dotknął rzecznego lustra. Raz, drug, trzeci i coś się uwiesiło. Wyciągam to, to z wody., niby płotka, tylko dłuższa i pachnie jakoś dziwnie. Lipień... ?, poczułem się oszukany. Takie inwestycje, tyle zachodu, koledzy koszą szczupaczyska a ja tu moczę tyłek dla takich szprotek?. A gdzie te kolory, emocje, ryby na granicy wytrzymałości zestawu. Młynki murowania i odjazdy. Hmm ...  do bani z tym muchowaniem. Jednak był to poważny człowiek a jego opowieść ze wszech miar wiarygodna, pewnie robię coś nie tak. 

Mijały tygodnie, miesiące upartej wędrówki brzegami rzeki. Zmieniały się muchy powoli trafiając w gusta co raz to większych ryb, aż nadszedł czas kardynała. Październik złoty, kolorowy, nastrojowy kiedy woda zaczęła żyć innym rytmem. Pamiętam to zdziwienie gdy zassana muszka na chwile pozostawiła lejek na wodzie szybko ukryty nurtem i zacięcie ryby, która z uporem długie chwile nie chciała okazać swojej wielkości. Tylko jej siła wystawiała na próbę delikatny zestaw i cienki przypon zmuszając do rozwagi gdy serce waliło jak młot. Wreszcie go uniosłem, lipas, kardynał wielki, purpurowy jako żywo wyjęty z opowieści. Rzeka, po środku której rysowała się tym razem moja postać z muchowym wędziskiem.

Kto raz doświadczy kardynała, pospiesznie opuszczać będzie miejscówki z narybkiem. Zapomni o ledwie wymiarowych lipieniach, Uśmiechnie się tylko na widok 40-staka. Pokocha prawdziwie rzekę, jej mieszkańców, będzie całą swoją wiedzą i możliwościami dbał o ich dobro. Będzie chronił lipienie i nauczy się z biegiem czasu, z umiarem oraz rozwagą zabierać je rzece.